Cześć, Maciek

Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie wielki bluesman Tadek Klimonda, genialny akordeonista, świetny kompozytor i najbliższy przyjaciel – a także: niezawodny opiekun – Maćka Zembatego.  – Dwie godziny temu – powiedział łamiącym się głosem – Maciek zmarł w Szpitalu Bielańskim.

Pogrzeb Maćka 8 lipca 2011 (piątek), Cmentarz Wojskowy Powązki, Warszawa, godz. 14:00

Maćka znałem z pół wieku – a przez ładnych parę ostatnich lat byliśmy sąsiadami, klatka w klatkę w tym samym bloku. Wpadałem do niego dość często, prawdę mówiąc głównie po to, by pogadać – ale pretekstem były z reguły jakieś kwestie informatyczne: Maciek był, niestety, kompletnym w tym względzie antytalentem i laikiem. Ekspertem był – jak sam żartobliwie podkreślał głównie – w… gotowaniu i hodowaniu kotów; skromnie pomijał fakt, że dla wielu był ikoną polskiego bluesa i uosobieniem czarnego humoru. O swoim fenomenalnym basie mówił – ot,  genetyczny wybryk natury…

Był człowiekiem trudnym. Co tu dużo gadać: nie oszczędzał swojego organizmu i wchłaniał doń wszystko, co się dało; a dało się sporo, zarówno w płynie jak i w proszku, czy w dymie.  Rozumiał jednak, że nie wszyscy podzielają jego upodobania i nie nalegał na gości, by częstowali się czymś, co im nie odpowiadało. Ale energię miał niespożytą: wciąż projektował nowe płyty, chciał zakładać internetową stację radiową, myślał o jakichś firmach, planował kolejne występy… Musiał zresztą; bo emerytura tego wybitnego twórcy była po prostu komiczna. Ale pieniądze same w sobie nigdy nie były dla niego celem.

Miał w domu własne studio nagraniowe; wyposażenie dali mu w prezencie przyjaciele, głównie Antek Kopff, którego felietony możecie czytać w Studiu Opinii. Gdy był w dobrej formie – ostatnie dwa lata coraz rzadziej – podwórko grzmiało łomotem perkusji i gitarowymi riffami oraz zawodzeniem Tadkowego akordeonu; nagrywali zaś u niego wyłącznie najlepsi, choć nie zawsze znani z najlepszej formy fizycznej i moralnej… Nikt nie miał  pretensji o hałas, choć zapewne niektórzy sąsiedzi mieli w swoim życiu za jego przyczyną ciężkie chwile. Okoliczni menele Maćka uwielbiali: siadywał z nimi na ławeczce i tłumaczył zawiłości telefonu komórkowego…

Znany jest jako jeden z bardów „Solidarności” – i pewno to głównie będzie podkreślane w nekrologach. To on był animatorem sławnego Przeglądu piosenki prawdziwej, był też w stanie wojennym internowany. Gwoli prawdzie należy jednak powiedzieć, że pod koniec życia miał sympatie polityczne ulokowane zgoła gdzie indziej. IV RP i pewnego Prezesa oraz jego akolitów żywo nienawidził i gardził nimi serdecznie, zaś do grona swoich bliskich kumpli zaliczał na przykład Marka Borowskiego i Ryszarda Kalisza. Oraz ostatniego rzecznika prasowego gen. Kiszczaka, często piszącego i w tym blogu komentarze, płk. Wojciecha Garstkę, któremu zresztą powierzył rolę… pułkownika Garstki z SB w swoim ostatnim cyklu słuchowisk (nadawało je późną nocą – ze względu na używane tam określenia i słownictwo – radio TOK FM) „Przygody Wuja Alberta”; cykl ten stanowił ciąg dalszy słynnej niegdyś „Rodziny Poszepszyńskich”. W odróżnieniu od wielu „kombatantów panny S” (a był nim bez wątpienia) nie miał żadnych pretensji do gen. Jaruzelskiego, którego wielce szanował… I strasznie lubił Lecha Wałęsę.

Znał kilka języków. Wspaniale angielski i rosyjski, ale wielokrotnie dowodził oczytania w literaturze w innych językach jak francuski czy niemiecki; nigdy mi na ten temat jednak nic nie powiedział. Erudycję miał kolosalną; jeśli wszyscy rockmani mają podobną wiedzę o świecie, to zdejmuję przed tym środowiskiem kapelusz.

Ciekawy człowiek. Kobiety go kochały – i nie dziwię się. On też im sprzyjał, szczególnie pewnej uprawiającej uznawany za bardzo wolny zawód Ukraince imieniem Liza, której poświęcił przepiękny song.

Szkoda Maćka. Bez niego świat będzie bardziej szary. Nie był zapewne wzorem do naśladowania przez członków kółka różańcowego. Ale – dla mnie przynajmniej – jest wzorem prawdziwego demokraty. I prawdziwym profesjonalnym artystą.

A oto piosenka tytułowa jego ostatniej płyty: Wolność znaczy freedom

9 thoughts on “Cześć, Maciek

  1. Pamiętam…, jak z wypiekami na twarzy, udało mi się przed laty wyżebrać w którejś z bydgoskich księgarni, jedną z płyt Pana Macieja. Była to właśnie TA, gdzie jeden z utworów opowiadał o „onucach od lat nie zmienianych”. Pamiętam również jak słuchając tej płyty, na przemian zarykiwałem się ze śmiechu,a by w chwilę później popaść w zadumę. Być może zabrzmi to dziwnie, ale do dzisiaj posiadam urządzenie, którego nazwa nie jest panu, Panie Bogdanie obca – gramofon. Wiem pan dlaczego? Ze względu na właśnie tę płytę. Po wielu latach, wczoraj wieczorem ponownie jej wysłuchałem. Czas, choć to niemożliwe, na chwilę cofnął się, było jak kiedyś. Cholera…, szkoda chłopa, znowu odchodzą najlepsi.

    Pozdrawiam.

  2. Prawdziwa i niepowetowana strata. Maciej był po prostu człowiekiem. Nic co ludzkie nie było mu obce. Spoczywaj w pokoju!!!

  3. Bolesna wiadomosc, bolesna i wielka strata.Nasuwa sie refleksja, ze tych prawdziwych ……. coraz mniej wsrod nas.Za wielokropkiem kryja sie tylko pozytywne cechy i kompilacje, ktore kazdy z nas moze tu wpisac.
    Wileka szkoda, zal i bol!

Możliwość komentowania jest wyłączona.