Anya

marzynskiMam nadzieję, że Czytelnicy dobrze znają nazwisko Mariana Marzyńskiego i wiedzą, że to wspaniały filmowiec i wielki dzienikarz. Z bardzo dawnych jego dokonań przypomnę tu tylko dwa: świetne seryjne publicystyczne widowiska telewizyjne “Wszyscy jesteśmy sędziami” i “Turniej Miast”. Ten ostatni często jest wiązany z nazwiskiem Mariusza Waltera, który rzeczywiście miał w jego powstanie wielki wkład, ale jako II reżyser i tzw. realizator wozu numer 2. Autorem scenariusza i głównym reżyserem programu był własnie Marzyński, zaś na wozie numer 1 pracował nieżyjący już dziś Tadeusz Kurek.

Po roku 1968 Marzyński – który jest polskim Żydem – opuścił kraj. Wyemigrował do USA, gdzie zrobił sporą karierę telewizyjną i jako wykładowca uczelni dziennikarskich. Cały czas tworzył, jego specjalnością zaś stał się dokument filmowy. No i kilka dni temu TVP Kultura pokazała jego wspaniały film “Anya”.

Czytaj dalej

Reklamy

Szymborska trzykrotnie zgwałcona

Obejrzałem sobie w TVN w niedzielę film Katarzyny Kolendy o Wisławie Szymborskiej. Bardzo się na to szykowałem, bo poezję Szymborskiej uwielbiam; stacja mi w tym szykowaniu się wydatnie zresztą pomogła, bo promocję film miał wyborną. Obejrzałem – i ciśnienie mi skoczyło niemal tak, jak w czasie finiszu Justyny Kowalczyk. Przepraszam za dosadność, ale myślałem, że zdechnę na miejscu. Tylko tym razem nie z emocji, a z wściekłości.

Otóż bowiem ów film (jaki on był – o tym niżej, ale to w tym wypadku niezbyt w sumie ważne)  został trzykrotnie przerwany ogromnymi porcjami w najwyższym stopniu nieapetycznych reklam, w tym jedną na jakieś 60 sekund przed końcem. Rozumiem, że stacja jest stacją komercyjną. Rozumiem, że wydała na film Kolendy masę pieniędzy: plenery w Irlandii, Sycylia, Nowy Jork… Ale czy naprawdę pieniądze trzeba robić na wszystkim? Czy wielkiej poetce w pół słowa musi przerywać durna pinda, opowiadająca dyrdymały o jakichś kosmetykach, garach, czy w ogóle nie wiadomo o czym?

Czytaj dalej

Mamma mia, idźcie lepiej do kina!

Już mam tak dość bieżącej polityki (obserwowanie niesnasek i podszczypywanek między Kaczorem a Tuskiem już wywołuje u mnie mdłości…), że poszedłemz tego wszystkiego do kina. Doceńcie stopień zdesperowania: uczyniłem to, mimo że zapach popcornu i odgłos jego żucia jest dla mnie czymś nieskończenie obrzydliwym, dziś zaś bez tego w kinie w zasadzie nie ma seansu. Wybrałem musical „Mamma mia!”, zrealizowany przez dwie damy, których nazwiska po raz pierwszy przeczytałem na ekranie: reżyserkę Phyllidę Lloyd (okazuje się: znana artystka brytyjska, specjalizująca się w inscenizacji… oper!) i scenarzystkę, też Brytyjkę, Catherinę Johnson. Wybrałem z uwagi na dwie wielkie aktorki: Meryl Streep i Julię Walters, panie nie pierwszej zgoła młodości, które – jak usłyszałem – dokonują w tym filmie rzeczy niebywałych… Czytaj dalej