Dalajlama, czyli kłopotliwy numerek

Owóż, najmilsi, nowa się tendencja w polskiej żurnalistyce (niestety, nie tylko) pojawiła. Sympatyczny i mądry Tybetańczyk Lhamo Dhondup, który przybrał potem imię duchowe Dzietsyn Dziambel Ngalang Losang Jeszie Tenzin Gjatso (w skrócie, żeby było dla rodaka dziwniej, bo „od końca”: Tenzin Gjatso), co to uświetnił swa obecnością jubel Lecha Wałęsy, dotychczas występujący jako czternasty dalajlama, stał się z nagła Dalajlamą XIV, niczym Benedykt XVI. Tymczasem: dalajlama, to nie imię (imię dalajlamy przytoczyłem wyżej) tylko taka dziwna nazwa funkcji religijnej. A język polski ma w dodatku tę niemiłą właściwość, że zmiana szyku rzeczownik-przymiotnik powoduje zmianę znaczenia wypowiedzi; kto nie chwyta (coraz mniej ludzi wyczuwa tę różnicę) , niech się zastanowi nad klasycznym przykładem: co innego jest publiczny dom, co innego zaś (rzekłbym filuternie: zgoła) dom publiczny. Niestety, Dalajlama XIV (i poprzednicy) zagościł już także w Wikipedii…

Czytaj dalej

Kilka słów o hipokryzji

mnisiChiny i Tybet. Trudna sprawa. Niby „cały świat” jest przeciw Chińczykom; o czym tu dumać? A jednak, a jednak… Strasznie dużo w tym wszystkim – zwłaszcza u nas, w Polsce – niezrozumienia i zwykłej hipokryzji. Bo tak: Chiny zaanektowały (pół wieku temu zresztą, co chyba ma jakieś znaczenie, bo to znaczy w starożytności…) Tybet; fakt. Ale było to przecież modelowo feudalne, zamordystyczne państwo teokratyczne; też fakt. Więc może to nowoczesność wygrała po prostu z historią? No tak; ale z drugiej strony „narody mają prawo do samostanowienia” … tylko kto tak mówił? Czytaj dalej