Kawał prawdziwej telewizji

Ostatnich kilka dni – a właściwie wieczorów – spędziłem przed telewizorem, oglądając z entuzjazmem pewien serial. Ten serial nazywał się „transmisje z konkursu im. H. Wieniawskiego” i zajmował po kilka godzin dziennie na kanale TVP Kultura. Konkurs – w ostrej rywalizacji – wygrała doskonała Koreanka Soyoung Yoon. Drugie miejsce zajęła świetna Japonka Miki Kobayashi, trzecie – Niemiec, Stefan Tarara. Serial – jak to dobry serial – miał swoją dramaturgię: wielkim suspensem na przykład było właśnie trzecie miejsce Tarary, który koncertowo… spieprzył wykonywany koncert Wieniawskiego, ale mimo to pokonał grającego na wspaniałym Stradivariusie Kazacha Erzhana Kulibajewa (nie mogę się przyzwyczaić do – idiotycznej i pretensjonalnej moim zdaniem – angielskiej transkrypcji cyrylicy, nakazującej pisać Kulibaev...). Czytaj dalej

Reklamy

Anya

marzynskiMam nadzieję, że Czytelnicy dobrze znają nazwisko Mariana Marzyńskiego i wiedzą, że to wspaniały filmowiec i wielki dzienikarz. Z bardzo dawnych jego dokonań przypomnę tu tylko dwa: świetne seryjne publicystyczne widowiska telewizyjne “Wszyscy jesteśmy sędziami” i “Turniej Miast”. Ten ostatni często jest wiązany z nazwiskiem Mariusza Waltera, który rzeczywiście miał w jego powstanie wielki wkład, ale jako II reżyser i tzw. realizator wozu numer 2. Autorem scenariusza i głównym reżyserem programu był własnie Marzyński, zaś na wozie numer 1 pracował nieżyjący już dziś Tadeusz Kurek.

Po roku 1968 Marzyński – który jest polskim Żydem – opuścił kraj. Wyemigrował do USA, gdzie zrobił sporą karierę telewizyjną i jako wykładowca uczelni dziennikarskich. Cały czas tworzył, jego specjalnością zaś stał się dokument filmowy. No i kilka dni temu TVP Kultura pokazała jego wspaniały film “Anya”.

Czytaj dalej

Nasze nowe życie kulturalne, czyli konkurs: jak to nazwać?

Moja znajoma, pani – nazwijmy ją – X. żyje i pracuje poza Warszawą. Jest niewiarygodnie aktywną osobą o złożonej bogatej psychice. Próbuje pisać – a pisze, moim zdaniem, bardzo ciekawie. To zupełnie nie jest pisanie „damskie”, ale soczysta, chwilami nawet brutalna, bardzo „czarna” proza, pokazująca jak w soczewce koszmar polskiej prowincji. Namówiłem więc panią X., by spróbowała to swoje pisanie wydać. Posłuchała – i zwróciła się do cieszącego się niezłą renomą wydawnictwa „Lampa i iskra boża”, tego samego, co to wylansowało Dorotę Masłowską. Przesłała im wydruki tekstów normalna pocztą; nie odpowiedzieli, więc wysłała do nich grzecznego maila.

A teraz usiądźcie mocno w fotelach i czytajcie, co było dalej. Z góry mówię, ża ja nie mam pojęcia: śmiać się, czy płakać.

Czytaj dalej