Czy jesteśmy racjonalistami?
Czy jesteśmy racjonalistami?
Jestem racjonalistą – mówi o sobie z dumą wielu ludzi. Cóż to jednak znaczy? Jak niemal każde słowo – również i słowo „racjonalista” jest ogromnie wieloznaczne. Warto więc spróbować tę wieloznaczność choć trochę zmniejszyć; temu właśnie jest poświęcony poniższy tekst.
Po pierwsze, może słowo „racjonalista” oznaczać człowieka przyjmującego, że to w rozumie jest główne — a w skrajnym przypadku nawet jedyne — źródło poznania i kryterium prawdy. Zauważmy z miejsca, że ten typ racjonalizmu uznaje więc możliwość poznania całkowicie niezależnego od jakiegokolwiek doświadczenia, a przeto nawet i od rzeczywistości materialnej. Jego skrajnemu wyznawcy taka rzeczywistość w istocie nie jest do niczego potrzebna: tworzy on swoim rozumem rzeczywistość własną.
Wbrew pozorom, takie podejście, choć dla wielu – materialistów specjalnie — na pierwszy rzut oka nieco dziwaczne, bywa arcytwórcze. Wspomnijmy choćby matematyka. Świat jego pojęć i twierdzeń jest właśnie jego osobistą rzeczywistością, która nie musi mieć nic wspólnego z obiektywnie istniejącą rzeczywistością fizyczną, materialną; a mimo to nie powiemy przecież, że ten jego świat jest społecznie czy naukowo bezwartościowy. I nie o to chodzi, że najbardziej nawet abstrakcyjne i z pozoru niczemu dokładnie nie służące spekulacje mogą się — jak to niejednokrotnie historia nauki wykazała — okazać niespodziewanie cenne praktycznie. Chodzi o to, że ów „świat pomyślany”, rządzący się prawami czystej logiki i w jej rozumieniu niesprzeczny, może w pewnym sensie istnieć niezależnie od rzeczywistości zbudowanej z elektronów, protonów i neutronów.
Takie podejście – wiem coś o tym – jest dla wielu nieco trudne do zaakceptowania. Pewien gatunek materialistów powiada na przykład (czy może lepiej użyjmy czasu przeszłego: powiadał…), że matematyka jest tylko emanacją i uogólnieniem prawidłowości, występujących w rzeczywistym świecie – a zatem mówienie, że uprawiający tę naukę uczony nie jest tym światem zainteresowany, jest niezasadne. Ten sąd jest słuszny o tyle tylko, że historycznie tak właśnie zapewne eony temu było: pierwsze twierdzenia matematyki były ścisłym opisem świata fizycznego. Jednakże wraz z odkryciem metody dedukcyjnej nastąpiło w miarę upływu lat kompletne rozdzielenie procesu rozumowania (dowodzenia) od obserwacji; dalej związek rzeczywistości fizykalnej został zredukowany do odpowiedniego doboru założeń wstępnych (czyli aksjomatów, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu określano jako „zdania oczywiście prawdziwe, nie wymagające udowodnienia”), jeszcze potem zaś odrzucono nawet ową „odpowiedniość doboru” pewników. Dziś matematyk przyjmuje sobie zestawy aksjomatów w swoich teoriach w dużej mierze całkowicie dowolnie, bez żadnego oglądania się na rzeczywistość, a wymagając tego jedynie, by przyjęte pewniki nie były między sobą sprzeczne logicznie; czyni to tę naukę w skrajnym przypadku rodzajem czysto intelektualnej gry. Co nie zmienia dziwnego zapewne – a wspomnianego już wyżej – faktu, że najdziksze rezultaty uprawiania tej abstrakcyjnej rozrywki okazują się niezmiernie często nadzwyczaj pożyteczne w praktyce – niekiedy ku wielkiemu zdumieniu (a nawet: zgorszeniu…) samych matematyków.
Podkreślmy na marginesie, że najskrajniejsi nawet wyznawcy omawianego poglądu nie są wcale „filozoficznie zobowiązani” do negowania istnienia i poznawalności rzeczywistości materialnej. Oni po prostu tym „fragmentem świata” nie muszą się zajmować, może on być dla nich poznawczo obojętny. Wśród wyznawców tego poglądu znajdziemy nazwiska wielkie; wystarczy ze starożytności wspomnieć Platona, czy — mniej zapewne znanego ogółowi — Parmenidasa z Elei, z czasów zaś nam bliższych — dużo już zresztą mniej skrajnych w głoszeniu swego stanowiska od starożytnych poprzedników — Kartezjusza, Spinozę czy wielkiego matematyka i filozofa niemieckiego Leibniza.
Po drugie, racjonalistą można nazwać — i w języku potocznym tak się właśnie chyba czyni najczęściej — człowieka wyznającego pogląd, iż jedynym wartościowym poznaniem jest poznanie racjonalne, przez co rozumie on podporządkowywanie się rezultatom i metodologii nauki.
Racjonalista w tym pojmowaniu tego słowa neguje więc możliwość poznawania świata przez — na przykład — objawienie, czy nawet intuicję (choć tej ostatniej nie odrzuca całkowicie, dopuszczając ją jako – powiedzmy — źródło inspiracji do sformułowania jakiejś hipotezy; ta jednak dowodzona musi już być metodami nauki i – będzie o tym mowa niżej – sformułowana wedle określonych reguł i z użyciem specyficznego języka).
Przy okazji chciałbym wyjaśnić pewne nieporozumienie; niestety, dość dotkliwe. Jest otóż – spora niestety – grupa ludzi, którzy przez racjonalizm rozumieją jeszcze zupełnie coś innego; są to mianowicie wyznawcy paranauki, ezoteryki i innych podobnych — przepraszam, jeśli kogoś urażę — zwykłych bredni. Odrzuceni — i słusznie! — przez oficjalną naukę, szukają jakiegoś werbalnego alibi dla swej działalności i przekonań; etykietka „racjonalisty” bardzo by się im przydała. Oni więc – „nadzwyczaj racjonalnie” – przypominając szekspirowskie „są na Ziemi i niebie rzeczy, o których nie śniło się waszym filozofom”, głoszą, że rozmaite tajemnicze zjawiska – jak UFO itp. – istnieją realnie, a tylko nie są dotychczas rozpoznane i zbadane przez współczesna naukę. Odmowę zajęcia się tymi zjawiskami traktują a oburzeniem jako dowód konformizmu i konserwatyzmu nauki.
Wyjaśnijmy więc sprawę „otwartym kodem”. Nie ma miejsca w racjonalistycznym światopoglądzie i w rodzącym się właśnie poważnym racjonalistycznym środowisku (mam na myśli powstałe w niemałym trudzie walki z klerykalno-biurokratyczną mitręgą Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów i ludzi skupionych wokół portalu internetowego „Racjonalista.pl”) ani na zwolenników odwiedzin Ziemi przez UFO, ani na różdżkarzy, ani na bioenergoterapeutów, ani sprawdzających codziennie w komputerze wykresy biorytmów, ani na pasjonujących się „niewyjaśnioną” tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego, czy „niepojętymi” zależnościami matematycznymi Wielkiej Piramidy, ani na wyznawców astrologii czy numerologii. Po prostu, racjonalista powinien tym ludziom powiedzieć: nie, państwu dziękujemy.
Racjonalista nie tylko nie zajmuje się pseudonauką, ale jest obowiązany ją zwalczać. Racjonalista uważa pseudonaukę za mentalny śmieć.
A tak na marginesie – cóż to jest, ta pseudonauka?
Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie „z odwrotnej strony”. Zapytajmy więc: czym jest nauka? Z góry zastrzegając, że — z uwagi na ogromną obszerność tematu (ok. 15 000 znaków w definicji tego pojęcia w Encyklopedii PWN) i charakter naszego pisma — próba wyjaśnienia sprawy musi być maksymalnie uproszczona, można powiedzieć, że najważniejszym aspektem pojęcia jest jego pewien aspekt metodologiczny. Dla ułatwienia sobie dzieła załóżmy dodatkowo, że zajmujemy się nauką w rozumieniu zbliżonym do sensu angielskiego terminu science, tzn. naukami przyrodniczymi, ścisłymi, technicznymi. Nie ograniczy to w niczym naszych rozważań nad pseudonauką, ta bowiem — o ile wiem — z rzadka tylko zagraża dorobkowi poważnej humanistyki.
Tak więc nauka — w tym rozumieniu — posługuje się bardzo precyzyjnymi regułami. W badaniu zjawisk świata rzeczywistego wymaga na przykład ich powtarzalności w warunkach laboratoryjnych; pojedynczy fenomen, choćby „dostrzeżony” przez tysiące ludzi, nie jest i nie może być przez nią w ogóle poważnie rozpatrywany inaczej, jak pewne zjawisko z zakresu psychologii zbiorowości; z tego właśnie powodu wypadają z obszaru zainteresowań nauki w zasadzie wszelkie zjawiska typu UFO. Co więcej, owa powtarzalność też jest obłożona bardzo ścisłymi rygorami, wykluczającymi — powiedzmy — zajmowanie się takimi zjawiskami, jak psychokineza, telepatia, duchami itp., których w żaden sposób nie daje się uzyskać w warunkach laboratoryjnych. Mówienie przez zwolenników spirytyzmu o tym na przykład, że duchy „nie lubią laboratorium”, to zwykły wykręt i jawne bałamuctwo.
Z tych właśnie powodów — przypomnijmy kilka sławnych przykładów — do lamusa historii trafiły takie głośne odkrycia, jak „pamiętająca woda”, „promienie N”, czy nawet uznana za „niemal pewną” fuzja termojądrowa w temperaturze pokojowej; a na marginesie warto zauważyć, że ich prawdziwość ogłaszali ludzie z tytułami naukowymi. Tak więc należy przy okazji przestrzec przed bałwochwalczym stosunkiem do uczonych; oni też mogą się zajmować pseudonauką, z pobudek czasem ideologicznych, czasem zaś dla kariery czy rozgłosu; ale tytuł profesorski owej pseudonauki w żaden sposób nie uświęca, ani nie stanowi dowodu prawdziwości jej tez.
Errare humanum est – powiada znane przysłowie łacińskie; biedakom, których od dziesiątków lat nie uczy się już w liceum tego wspaniałego języka wyjaśniam, że znaczy ono „błądzić jest rzeczą ludzką”. A że nauka jest dziełem człowieka, więc i nie dziwota, iż uczeni też popełniają błędy. Przy tym nie mam na uwadze ani błędów umyślnych, (bo te nazywamy oszustwem, którego popełnienie też się zresztą czasem uczonym zdarza), ani wynikających z niedostatku wiedzy, (bo wówczas popełniający ów błąd nie zasługuje w pełni na miano uczonego). Myślę o błędach interpretacyjnych; błędach w zasadzie nie do uniknięcia, kiedy to badacz stawia jakąś hipotezę, którą potem ktoś inny obala. Takie błędy, to właściwie żadne błędy — a cały ten proces stawiania mylnej hipotezy i późniejszego obalania jej (lub niekiedy wykazywania, iż jest ona słuszna tylko w pewnych warunkach), to nic innego, jak normalny rozwój nauki.
Weźmy na to ostatnie przykład ekstremalny: mechanikę Newtona. Do czasów teorii względności przypisywano jej walor prawdy absolutnej; dopiero wielki Einstein wykazał właśnie, że ma ona stosowalność ograniczoną do świata prędkości znacznie mniejszych od szybkości światła. Nie obalił więc wcale — jak wielu uważa — teorii Newtona, ale ją tylko uogólnił.
Nieco inaczej rzecz się miała ze słynnymi kanałami na Marsie, odkrytymi jakoby przez włoskiego astronoma Schiaparellego. Okazały się one, jak wiadomo, złudzeniem optycznym, które zresztą nie dyskwalifikowało wcale słynnego Włocha: po prostu, w jego czasach przyrządy astronomiczne — konkretnie, teleskopy — były, jakie były…
Nie to, co dziś, prawda? Dziś mamy przecież taką aparaturę, że z Kosmosu pchły na psie można policzyć!
Hm… Jakiś czas temu odkryto pewien odległy od nas układ planetarny. Mówiąc ściślej, ogłoszono, iż odległa od nas o 80 lat świetlnych gwiazda z konstelacji Herkulesa — o mało romantycznej nazwie HD166435 — ma co najmniej jednego planetarnego towarzysza. Odkrycia dokonano zauważywszy, że owa gwiazda ze zdumiewającą regularnością, co 3,8 dnia, wpada w swym ruchu w charakterystyczne drgania; jest to nieomylny znak wpływu grawitacyjnego planetarnego „sąsiada”.
Tak w każdym razie sądzono — dopóki nie okazało się, że zupełnie inny zespół astronomów, którzy także skupili swą uwagę na obiekcie HD 166435, zauważył z kolei, że również dokładnie w tym samym rytmie zmienia się jego jasność. To zaś daje się wytłumaczyć tym, iż HD 166435 jest bardzo młodą gwiazdą, na której powierzchni są wielkie — podobne do słonecznych — plamy. Te plamy są nie tylko ciemne, ale i chłodne; właśnie ich obecność może również doskonale wytłumaczyć dziwne perturbacje ruchu gwiazdy.. Tym samym rzekoma obecność planety została wykluczona i unieważniona. Sensacyjne odkrycie — bo mimo tego, że różnych od naszego układów planetarnych znaleziono już ładny pęczek, odnalezienie kolejnego zawsze przynosi nowy dreszczyk emocji — okazało się jedną z największych „zmyłek” ostatnich lat.
Ale czy to już koniec historii? Otóż chyba nie. Precyzja, z jaką występują wspomniane zakłócenia, budzi ogromne zainteresowanie uczonych. Plamy na powierzchni gwiazd nie pojawiają się z reguły tak regularnie; zazwyczaj są zjawiskiem całkowicie przypadkowym. Nie dziwi więc stwierdzenie profesor Debry Fischer z University of California w Berkeley, która dziennikarzowi słynnego pisma „Science” powiedziała, że rzadkie zjawisko na powierzchni HD 166435 zapewni teoretykom wiele nieprzespanych nocy.
W opowiedzianej historii warto jeszcze wspomnieć o ładnym jej aspekcie. Otóż „odkrywca” rzekomej planety, Didier Queloz ze szwajcarskiego obserwatorium w Genewie, nie uparł się przy prawdziwości swej hipotezy. Uznał wytłumaczenie — to z plamami — podane przez Amerykanina Grega Henry’ego z Uniwersytetu Stanowego Tennessee za słuszne. On widać znał drugą część tytułowego łacińskiego przysłowia: …perseverrare autem diabolicum, pozostawanie w błędzie zaś rzeczą diabelską. Żebyż tego nauczono niegdyś naszych polityków…
Jeszcze jeden przykład: kilkadziesiąt lat temu w naszym kraju prasa nadała wielki rozgłos “odkryciu polskiego uczonego”, który zakwestionował wspominaną tu już… teorię Einsteina. Pamiętam, że naszych fizyków histeria prasowa zmusiła do odbycia na ten temat konferencji naukowej, choć obgryzali palce z wściekłości. „Polski uczony” miał faktycznie prawdziwy tytuł profesora, tyle że w specjalności „szkody górnicze”, a o teorii względności miał takie pojęcie, jak… Einstein o szkodach górniczych właśnie; czyli żadne. A rozgłos mu zrobiono, bo akurat nasz ukochany kraj był opętany pomarcową histerią nacjonalistyczno-antysemicką i Polak obalający „żydowską naukę”, to było dla części ówczesnej prasy coś; czy aby zresztą tylko dla ówczesnej?
Dalej, nauka w sensie science posługuje się dedukcją, logiką formalną, metodami matematycznymi i statystyką. Dla przykładu: jeśli z jakiejś wypowiedzi wynika, że pewne inne zdanie jest prawdziwe wraz ze swoim zaprzeczeniem, to o treści owej wypowiedzi — w ogóle bez wnikania w nią – można z całą pewnością powiedzieć, że jest nonsensem. Bo jest sprzeczna z logiką. Choćby była najciekawsza i intrygująca dla laika.
Jeśli opisu jakiegoś zjawiska nie da się ująć w liczby i statystyki — warto się zastanowić, czy jest to zjawisko warte w ogóle zajmowania się nim inaczej, niż w celach rozrywkowych. W każdym poznaniu tyle jest prawdy, ile matematyki — uczy Immanuel Kant; być może, jest w tej pięknej lokucji odrobina przesady, ale warto ją jednak brać pod uwagę…
Ale…
Oto pewien pouczający przykład, którego celem jest wyjaśnienie, jak łatwo jest „naukowymi metodami” dać się wpuścić w przysłowiowe maliny. Wiele lat temu poprosił mnie — jako młodego matematyka — pewien lekarz o zweryfikowanie jego obliczeń do rozprawy o skuteczności jakiegoś leku. Mniejsza o szczegóły; istota sprawy polegała na tym, że lekarz ów robił serię — powiedzmy — stu pomiarów jakiejś wielkości. Następnie wyniki tych pomiarów — z których każdy był pewną liczbą dodatnią i mniejszą od jedności — dodawał; jeśli suma wychodziła mniejsza od jedynki, to było dobrze (lekarstwo miało być skuteczne), jeśli większa – źle. Lekarz prosząc mnie o weryfikację obliczeń miał na myśli sprawdzenie poprawności rachunków; bardzo był przeto zdziwiony, gdy zapytałem się go, jaki jest możliwy błąd pomiarów. Okazało się, że jedna setna. Gdy mu zwróciłem uwagę, że sumowanie stu liczb obarczonych takim błędem może z łatwością dać całkiem przypadkiem wynik znacznie większy od jedności, albo odwrotnie — znacznie mniejszy… obraził się na mnie. Pozbawiało to bowiem rezultat jego badań — niewątpliwie „naukowych”, prowadzonych w godnym zaufania laboratorium i w dodatku „zmatematyzowanych” – jakiejkolwiek wartości…
Nowa teoria nie może prowadzić do sprzeczności z uznanymi już prawami nauki. To sformułowanie budzi zazwyczaj najwięcej oporu wśród „romantycznych odkrywców” i zwolenników pseudonauki. Jak to — mówią oni — przecież wówczas nie byłoby w nauce żadnego postępu, który polega właśnie na obalaniu starych prawd i głoszeniu Nowego? Jako przykład przywołują tu zazwyczaj znowu Einsteina, który „obalił” poglądy Newtona — i wpadają we własne sidła. Bo — przypomnijmy raz jeszcze — teoria względności wcale nie obala mechaniki newtonowskiej; ona tylko wskazuje granice jej stosowalności i mówi nam, co się dzieje poza tymi granicami, jest więc jej uogólnieniem, nie zaprzeczeniem!
Opowieści zatem na przykład o samochodach jeżdżących z wyłączonym silnikiem pod górę (w telewizji widziałem reportażyki o tym zjawisku, występującym jakoby gdzieś na Dolnym Śląsku, ze trzy razy w ciągu ostatnich 20 lat…) z miejsca należy bez litości wyszydzić; nie ma i być nie może prawa fizyki, które na coś takiego zezwala. A więc albo dziennikarz jest idiotą, albo uległ złudzeniu optycznemu; najpewniej zaś jedno i drugie.
W nauce bardzo często się dawne wyniki właśnie uogólnia czy precyzuje, rzadko zaś całkowicie obala. Owszem, bywa tak; ale są to wypadki bardzo szczególne, wymagające specjalnego omówienia.
Jeszcze jedna sprawa, wiążąca się zresztą z zabawnym osobistym wspomnieniem. Otóż przed wieloma laty gościł w Polsce słynny Erich von Däniken. Już wówczas ten szwajcarski hotelarz cieszył się niezmierną popularnością osobistą, zaś jego książki – poświęcone „odwiedzinom na Ziemi przybyszów z Kosmosu” biły rekordy nakładów. Tak się złożyło, że Telewizja Polska zorganizowała wtedy jego spotkanie z kilkoma dziennikarzami; byłem wśród nich i miałem okazję zamienić z Dänikenem kilka zdań. Zaskoczył mnie całkowicie bezpośredniością i szczerością odpowiedzi na zarzut, że nauka nie potwierdziła dotychczas żadnego z jego „odkryć”. Odpowiedział mianowicie mniej więcej tak „przecież ja tylko stawiam hipotezy, a uczeni są właśnie od tego, by je sprawdzać, za to im płacą; wynik sprawdzania jest mi zresztą zupełnie obojętny, szanuję naukowców i przyjmuję ich rozstrzygnięcia do wiadomości”. W ogóle nie pojmował, że owo „stawianie hipotez” też musi być podporządkowane metodologii naukowej; uważał najpewniej, że gdyby mu przyszło do chorej wyobraźni przypuszczenie, że Księżyc jest zrobiony z zielonego sera, to uczeni powinni się natychmiast rzucić do projektowania urządzeń i testów sprawdzających „bo za to im płacą”!
Kilka zdań jeszcze w tym miejscu o istocie naukowości, o owej metodologii naukowej.
Warto więc podkreślić, niezależnie od pewnej oczywistości tego sformułowania, że nauka – to nie jest wcale tylko i wyłącznie pewien zgromadzony przez pokolenia i zweryfikowany praktyką zasób wiedzy. To także sposób dołączania nowych faktów do owego zasobu. To wręcz przede wszystkim ten sposób, jego istota i cechy charakterystyczne. To właśnie metodologia naukowa – „traktująca o prawidłowościach rządzących procesem poznawczym wspólnych dla wszystkich nauk”, jak zdefiniował rzecz Kazimierz Ajdukiewicz.
Jakiś czas temu przeprowadzono w USA ciekawe i pouczające badania pewnej zbiorowości studenckiej. Podzielono otóż uczestników eksperymentu na dwie grupy (opisuję doświadczenie w sposób dość uproszczony, aby dać Czytelnikowi możliwość łatwego zrozumienia jego istoty i wyniku): jedną, w skład której weszli studenci ze sprawdzoną dużą wiedzą o rozmaitych faktach przyrodniczych – i drugą, której członkowie mieli wiedzę „faktograficzną” wyraźnie mniejszą, jednakże zostali gruntownie zaznajomieni z podstawami właśnie metodologii nauk. Następnie zapoznano obie grupy z opisem rozmaitych „nadzwyczajności” z gatunku gięcia łyżeczek od herbaty siłą woli, „niewykrywalnymi promieniami biologicznymi”, „sprawdzalnością horoskopów” itp. Zapewne nie będzie dla Czytelnika w świetle dotychczas powiedzianego zaskoczeniem, że właśnie ta druga grupa – dysponująca znajomością procesu badań naukowych, zaznajomiona z metodologią – podeszła do przedstawionej pseudowiedzy daleko bardziej krytycznie niż pierwsza. Sama wiedza – jak się ukazało – nie uodpornia w dostatecznym stopniu nawet przed ewidentnym zabobonem, typu wiary w moc magiczną spotkania z czarnym kotem. Wynik tego eksperymentu mówi więc wyraźnie, że sposób dochodzenia do wiedzy jest poznawczo dużo ważniejszy, niż sama wiedza…
Racjonalista zatem — wróćmy do początku – obojętnie, w pierwszym czy drugim rozumieniu terminu, jest krytyczny, sceptyczny i antydogmatyczny.
Niczego nie przyjmuje „na wiarę”; wiarę więc — w sensie wyznawania jakiejkolwiek religii — musi odrzucić. Nie oznacza to jednakże żadnego obowiązku walki z religią, choć stanowiska takiego naturalnie również nie wyklucza; jednak racjonalista jest z samej swej istoty człowiekiem tolerancyjnym i nic nikomu nie chce narzucać, specjalnie metodami administracyjnymi.
On tylko żąda – ale tego już żąda kategorycznie — by również i druga strona uznała jego prawo do myślenia inaczej i głoszenia własnych poglądów publicznie.
Na marginesie: z takiego stanowiska wynika, że dla racjonalisty wszelkie religie są absolutnie równe i równouprawnione. Żadna w szczególności nie może być wyróżniona przez państwo; skoro zaś istnieją różne, to jedynym dopuszczalnym dla racjonalisty stanowiskiem państwa wobec religii jest najdalej posunięta neutralność i obojętność.
Racjonalista jest więc zawsze zwolennikiem dyskusji i przeciwnikiem takiego do niej podejścia, w której jakikolwiek jej uczestnik rości sobie prawa do wyłącznej słuszności.
Dotykamy tu problematyki dla racjonalisty niezmiernie ważnej, mianowicie etycznej. Dla niego otóż najwyższą normą moralną jest rozum. Nie ma więc dla racjonalisty i być nie może żadnej „etyki objawionej” ani „moralnych praw natury”; odrzucić tedy należy również i w tej dziedzinie w tej dziedzinie wszystko, czego nie da się uzasadnić naukowo — wydedukować lub poprawnie wywieść z obiektywnych i sprawdzalnych praw Przyrody, ujętych w uznane teorie naukowe. Odrzucić — powtórzmy — nie znaczy jednak „potępić”; odrzucić — to tylko podać w wątpliwość, opatrzyć znakiem zapytania, uczynić przedmiotem dyskursu, którego rozstrzygnięciem może być tylko dowód logiczny lub argumentacja naukowa.
I – gdybym miał pokusić się o jakieś bardzo osobiste, sloganowe i skrótowe sformułowanie istoty racjonalizmu – to powiedziałbym właśnie: dyskutowanie o wszystkim i sceptycyzm wobec wszystkiego.
Bogdan Miś




Komentarze