Dawno nie było afery: casus Solorz…

Wczoraj wieczorem trzy media – dziwnie jednocześnie! – „dotarły” do dokumentów, jakoby kompromitujących właściciela Polsatu, Zbigniewa Solorza (czy jak mu tam, bo nazwisk zdaje się miał on w życiu kilka). Otóż miał on w roku 1983 podpisać zobowiązanie do współpracy z SB, która ponoć trwała bezproduktywnie… kilka miesięcy, po czym z „niezwykle ważnego” (zdaniem „Naszego Dziennika”) agenta zrezygnowano. Ale „Nasz Dziennik„, „Życie Warszawy„, a przede wszystkim „Misja specjalna„, program TVP pod redakcją osławionej Anity Gargas sobie poużywały – ile wlezie. Poczytajmy jednak o tym. O to w miarę kompletne dossier sprawy….

Życie Warszawy

Plotki o współpracy Zygmunta Solorza, twórcy i właściciela telewizji Polsat, z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa krążą od kilku miesięcy. Na ślad dokumentów dotyczących Solorza natrafił w archiwum IPN dr Tadeusz Witkowski. Wynika z nich, że był on oficjalnym współpracownikiem SB i Służby Wywiadu o pseudonimie Zeg przez dwa lata. Był jednak źródłem zupełnie nieprzydatnym.

Dlaczego znowu ja?
Studiowanie materiałów przejętych z archiwów policyjnych ma swoje niezaprzeczalne uroki, ale potrafi również przyprawić badacza o ból głowy. Nie sądziłem, że może to być bardzo dokuczliwy ból, dopóki nie doświadczyłem go osobiście. Po raz drugi, w odstępie kilku miesięcy, przychodzi mi zabrać głos w sprawie dokumentów dotyczących osoby publicznej i wpływowej tylko dlatego, że jestem jedynym czytelnikiem, który w tej konkretnej sytuacji może sobie pozwolić na wystąpienie przed kamerami czy też opublikowanie artykułu. 7 listopada br. zadzwoniła do mnie pani Anita Gargas z Programu 1 Telewizji Polskiej, pytając, czy podczas lektury materiałów związanych z emigracją lat 70. i 80. nie natrafiłem na akta Zygmunta Solorza, a jeśli tak, czy mógłbym wystąpić w programie „Misja specjalna” i powiedzieć coś o ich zawartości. Poinformowała mnie, że redaktorzy programu dotarli do dwóch dokumentów dotyczących dzisiejszego właściciela Polsatu: zobowiązania o zachowaniu w tajemnicy faktu współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa i umowy zawartej przez niego ze Służbą Wywiadu. Faktycznie, podczas kompletowania bibliografii do mojego projektu natrafiłem na sygnaturę mikrofilmu IPN BU 00221/6, która odsyłała do wspomnianych dokumentów i w maju złożyłem stosowne zamówienie. Okazało się, że przede mną czytało te akta kilka osób, ale w myśl obowiązujących przepisów tylko ja z tego grona mogę się publicznie wypowiedzieć na temat tego, co widziałem, choć w istocie są to materiały odtajnione.
Lektura dokumentów wyrwanych z kontekstu bez gruntownej znajomości materiałów towarzyszących prowadzić może do fałszywych wniosków, stąd też w moim przekonaniu znacznie bardziej pożądane byłoby poinformowanie opinii publicznej o zawartości całej teczki. A że nie da się zrobić tego w ciągu trzech minut, rozwijam i uzupełniam tą drogą moją wypowiedź adresowaną do telewidzów.

Osiemdziesiąt osiem

Mikrofilm (J-9469) pochodzący z archiwum Departamentu I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL zawiera osiemdziesiąt osiem klatek (z których kilka zawiera trzy lub cztery dokumenty). Zgromadzone materiały dotyczą sprawy rozpracowania operacyjnego o kryptonimie Zeg. W opisie wstępnym akt, w rubryce: „Nazwisko i imię głównego figuranta”, widnieją trzy nazwiska: Zygmunta Józefa Kroka-Solorza, Ilony Solorz i Kazimierza Gossa, ale przytłaczająca większość dokumentów dotyczy pierwszego. Teczkę założono w roku 1983, zamknięto w 1985. Materiały sfilmowane 7 maja 1986 roku obejmują zarówno fazę wstępną opracowywania Zygmunta Solorza (tzw. SMW, to jest Segregator [bądź Skoroszyt] Materiałów Wstępnych), jak i okres formalnie potwierdzonej współpracy.
Służby zainteresowały się Zygmuntem Solorzem wiosną 1983 roku, kiedy przybył do kraju po uzyskaniu paszportu konsularnego wystawionego przez konsulat PRL w Wiedniu na jego rodowe nazwisko Krok. Była to jego pierwsza wizyta w Polsce po blisko sześciu latach nieobecności. Wykorzystano fakt, że młody biznesmen pojawił się w biurze paszportowym w swoim rodzinnym mieście Radomiu po to, by dopełnić jakichś formalności (zresztą, zupełnie niepotrzebnie, gdyż, jak wynika z notatek funkcjonariuszy SB, nie było to obowiązkowe). Między 2 maja a 15 lipca 1983 r. porucznik Eugeniusz Gurba przeprowadził z nim kilka rozmów sondażowych, z których dowiedział się o jego losach po wyjeździe z Polski. Teczka mówi więc również o wydarzeniach sprzed lat, bez których znajomości trudno jest zrozumieć to, co stało się w roku 1983.

Prehistoria
Wszystko zaczęło się we wrześniu w roku 1977, kiedy dwudziestojednoletni mieszkaniec Radomia Zygmunt Krok, zatrudniony w jednym z miejscowych zakładów, postanowił udać się z kolegą na urlop do Bułgarii. W czasie podróży skradziono mu dowód osobisty z pieczątką uprawniającą jego posiadacza do przekraczania granicy z tzw. krajami demokracji ludowej. Informacje dotyczące tej sprawy są sprzeczne: raz mówi się w jej kontekście o Sofii, kilka razy o Bukareszcie. Najprawdopodobniej więc to konsulat PRL w stolicy Rumunii wystawił mu w miejsce skradzionego dokumentu paszport blankietowy, umożliwiający powrót do Polski. Zygmunt Krok i jego towarzysz podróży Janusz Dudek wybrali jednak drogę przez Wiedeń, gdzie zamierzali zarobić na czarno trochę pieniędzy.
W tym czasie wydarzyło się jednak coś, co całkowicie zmieniło życie Zygmunta. Najpierw policja austriacka zatrzymała ze względu na stan techniczny syrenę, którą podróżowali (był taki samochód polskiej produkcji). Później stało się coś znacznie gorszego. Zygmunt Krok wszedł do domu towarowego z grupą Polaków, z których jeden dokonał kradzieży. W czasie kolejnych zakupów ochrona poznała go jako członka grupy i wezwała policję. Kosztowało go to trzy miesiące aresztu śledczego, po czym zwolniono go z braku dowodów winy. Ponieważ paszport blankietowy szybko stracił ważność i zabrakło środków do życia, jedynym wyjściem pozostał obóz uchodźców w Traiskirchen koło Wiednia. Po krótkim pobycie w obozie „uciekinier” otrzymał dokument uprawniający do pozostania w Austrii i podjęcia tam pracy.
Dla polskiego uchodźcy nie była to jednak dość atrakcyjna oferta – postanowił udać się do Republiki Federalnej Niemiec. W obawie, że podejrzenie o kradzież uniemożliwi mu legalny pobyt w tym kraju, zgłosił się więc w komisariacie policji w Salzburgu i zameldował, że zginęły mu dokumenty. Wystawiono mu zaświadczenie na nazwisko Piotr Podgórski, które podał urzędnikowi (skądinąd wiadomo, że było to nazwisko kolegi z Polski, ale o tym dokumenty wywiadu milczą). Z tym właśnie zaświadczeniem przekroczył w niestrzeżonym miejscu niemiecką granicę i udał się do Monachium. Po upływie kilkunastu miesięcy władze niemieckie przyznały mu prawo azylu i wydały na przybrane nazwisko dokument uprawniający do podejmowania pracy.
Przez dwa lata Piotr Podgórski pracował w prywatnej firmie transportowej, po czym wspólnie z innym uchodźcą, Tomaszem Kudlejem, założył w 1981 roku firmę przewozową o nazwie Solmex, kooperującą z Polską Misją Katolicką w Monachium. Rok później usamodzielnił się. Spółkę rozwiązano. W jej miejsce powstała nowa firma (Solorz Export-Import) zarejestrowana na nazwisko narzeczonej Zygmunta Ilony Solorz. Pozostało tylko uregulować sprawy rodzinno-majątkowe.
Z akt wynika, że Zygmunt Krok poznał Ilonę Solorz w 1979 roku. W Niemczech mógł ją jednak poślubić tylko pod przybranym nazwiskiem, czego chciał uniknąć. Załatwiono to na terenie Austrii, gdzie Piotr Podgórski mógł występować pod swoim właściwym nazwiskiem. Najpierw za pośrednictwem adwokata załatwił reaktywowanie prawa stałego pobytu i zameldowanie w tym kraju, następnie, używając właściwego nazwiska, zawarł z Iloną Solorz związek małżeński i wystąpił o polski paszport konsularny. Otrzymał go stosunkowo szybko, jako że wyjechał z Polski na dowód osobisty i w biurze paszportowym w Radomiu nie figurował jako uciekinier. Właśnie w takich okolicznościach pojawił się w Polsce. Dla służb był to sprzyjający czas, by rozpocząć połów.

Nasz Dziennik
Zygmunt Solorz – właściciel Telewizji Polsat i Invest-Banku, współpracował ze służbami specjalnymi PRL, a po 1989 roku z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Solorz chętnie współpracował.

„W wyniku umowy Z. Solorz zobowiązuje się wykonywać w miarę możliwości zlecone mu przez Służbę Wywiadu PRL zadania dotyczące rozpoznania instytucji, organizacji i osób (…)” – to fragment zobowiązania do współpracy z wojskowymi służbami specjalnymi PRL, które podpisał w październiku 1983 roku Zygmunt Solorz, obecny właściciel Telewizji Polsat i Invest-Banku. Dzięki współpracy z wywiadem wojskowym oraz przez pewien czas ze Służbą Bezpieczeństwa Solorz cieszył się wsparciem służb specjalnych w działalności gospodarczej. Po 1989 roku został agentem WSI o pseudonimie ZEG.
„Naszemu Dziennikowi” udało się dotrzeć do odtajnionych już w części dokumentów dotyczących współpracy Zygmunta Solorza z wywiadem wojskowym – najpierw peerelowskim, później z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku Solorza prowadzili funkcjonariusze wyszkoleni przez sowieckich specjalistów. Współpraca Solorza z wywiadem wojskowym PRL i z WSI została podjęta przez niego zupełnie dobrowolnie i z wyrachowaniem. Jak wynika z dokumentów, do których dotarliśmy, Solorz, znany z różnych kontrowersyjnych poczynań „biznesowych”, dzięki wsparciu wojskowych służb specjalnych nie tylko cieszył się bezkarnością, lecz także miał z tego wysokie profity.
– To był bardzo dobry współpracownik. Nie miał żadnych oporów co do przekazywania informacji, rozpracowywania wskazanych instytucji i osób. Tak w PRL, jak i w III Rzeczypospolitej – twierdzi nasz informator, który z oczywistych przyczyn zastrzega sobie anonimowość.
Na gorliwość Solorza we współpracy z wywiadem wojskowym PRL wskazują również odtajnione niedawno dokumenty znajdujące się w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej. Dotyczą one współpracy Solorza z WSI i nadal przechowywane są w zbiorze akt zastrzeżonych. Mogą zostać odtajnione, podobnie jak akta innego agenta WSI – dziennikarza Krzysztofa Mroziewicza z „Polityki”, tylko i wyłącznie na podstawie decyzji ministra obrony narodowej Radosława Sikorskiego.
– Spośród agentów, współpracowników WSI ulokowanych w środowisku dziennikarzy telewizyjnych, to właśnie Solorz był najbardziej cenny, nazwałbym go nawet perełką. Dysponując ważnym medium, jakim jest telewizja, był agentem specjalnego znaczenia. Zwłaszcza że współpracował chętnie – mówi inny nasz rozmówca.
Solorz chętny był do współpracy już w okresie PRL. Kolaborację z komunistycznymi służbami specjalnymi rozpoczął od bliskich kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa. Bez najmniejszych oporów podpisał zobowiązanie do współpracy. „(…) Ja, Zygmunt Solorz (Krok), zobowiązuję się zachować w tajemnicy fakt współpracy z oficerem SB. Zobowiązuję się wykonywać ustalone ze mną polecenia. Informacje będę podpisywać ‚Zegarek'” – napisał Solorz w deklaracji podpisanej „Zygmunt Krok”. W okresie PRL używał również nazwiska Krok.
18 października 1983 r. Solorz został przejęty przez Służbę Wywiadu PRL. W dokumencie oznaczonym sygnaturą „tajne specjalnego znaczenia” ponownie zobowiązał się do ścisłej współpracy ze służbami specjalnymi. Zmieniły się jednak zasady – przybrał pseudonim „ZEG” i otrzymał zapewnienie o finansowych świadczeniach wypłacanych mu w zamian za przekazywane informacje. „Służba Wywiadu PRL w przekonaniu, że p. Z. Solorz będzie lojalnie i z zaangażowaniem realizował postawione przed nim zadania i zobowiązuje się do: szkolenia i instruowania w zakresie niezbędnym do realizacji zadań, refundowania kosztów finansowych poniesionych w związku z realizacją zadań oraz wynagradzania w formie premii, których wysokość uzależniona będzie od wartości przekazywanych informacji, zachowania ze swej strony pełnej konspiracji faktu współpracy (…)” – napisano w dokumencie podpisanym przez Solorza i przedstawiciela Służby Wywiadu PRL.

Na pasku służb wywiadowczych
W 1983 roku Solorz, jeszcze jako Krok, przebywał w RFN (ożenił się tam z Iloną Solorz, której nazwisko przyjął). Przez służby został usytuowany tam jako „przedsiębiorca”. W Monachium kierował firmą należącą do żony: Solorz Import Export. Do Polski zaczął wysyłać używane samochody. W 1984 r. podpisał kontrakt na dostawy aut z państwową centralą handlu zagranicznego Polimar, w której kierownicze funkcje pełnili ludzie powiązani ze służbami specjalnymi PRL. Kilka lat później, w 1988 r., razem z Andrzejem Ruską założył firmę Solpol we Wrocławiu.

Kredyty dzięki WSI
Nie tylko w okresie PRL profity z tytułu współpracy z wywiadem wojskowym były relatywnie wysokie: po przejęciu Solorza przez WSI wykonywanie poleceń zaczęło przynosić mu korzyści finansowe i w niemałym stopniu przyczyniło się do tego, że w 2006 r. znalazł się na 38. miejscu na liście 100 najbogatszych ludzi Europy Środkowowschodniej tygodnika „Wprost”. W 1989 r. rozpoczęto już reorganizację peerelowskiego wywiadu i część wysokich, prominentnych funkcjonariuszy służb specjalnych lokowała się w gospodarce i biznesie. Zadbano też o wzmocnienie pozycji lojalnych współpracowników. W 1990 r., kiedy na bazie peerelowskiego wywiadu utworzono Wojskowe Służby Informacyjne, komunistyczni agenci mieli już zapewnione gospodarcze zaplecze. Nie bez znaczenia w osiągnięciu takiej pozycji biznesowej była pożyczka w wysokości 100 mln zł, jaką dzięki wsparciu wojskowych służb Solorz mógł wziąć z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ).
Sam Solorz, który słynie z tego, że unika medialnego rozgłosu, nigdy nie zgodził się na ujawnienie okoliczności, w jakich w maju 1989 r. udało mu się uzyskać pożyczkę z FOZZ. W 1999 r. w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” pytany o ten fakt powiedział: „(…) Chodziło o wymianę dewizową. To była czysta transakcja kupna-sprzedaży (…)”. Dzisiaj już wiadomo, że w aferze FOZZ WSI odegrały niepoślednią rolę.
W maju 2004 r. doprowadzony przez funkcjonariuszy ABW na proces związany właśnie ze sprawą FOZZ Solorz powtórzył, że pożyczkę z FOZZ wziął pod zastaw 70 tys. dolarów. Zeznając przed warszawskim sądem okręgowym, w odpowiedzi na pytania sędziego Andrzeja Kryżego zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek współpracował ze służbami specjalnymi. W świetle dokumentów, do których dotarł „Nasz Dziennik”, nie ulega wątpliwości – Solorz okłamał sąd.

Agent w mediach
Pierwszą inwestycją Solorza w dziedzinie mediów był zakup w 1992 r. gazety „Kurier Polski”. Na poważnie jednak biznes medialny Solorza ruszył wraz z Telewizją Polsat, która zaczęła nadawać 5 grudnia 1992 r. 27 stycznia 1994 r. Solorz w kontrowersyjnych okolicznościach otrzymał koncesję na nadawanie w całej Polsce. W 1994 r. Polsat zaczął szukać inwestora. Udziałowcem telewizji z 20 proc. akcji został Universal, kierowany przez Dariusza Przywieczerskiego, byłego pracownika Komitetu Centralnego PZPR. Kilka lat później Przywieczerski odsprzedał Solorzowi swoje udziały w Polsacie.
Polsat to nie jedyna inwestycja Solorza. Kontroluje on również Invest-Bank, Towarzystwo „Polisa Życie” i udziały w Elektrimie. – Z punktu widzenia WSI najważniejsza była dla tej służby Telewizja Polsat. I nie ulega wątpliwości, że Solorz nie był jedyną osobą, która związana była z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Odtajnienie raportu z likwidacji WSI może w tej stacji wywołać burzę – twierdzi nasz informator.
Wojciech Wybranowski

I jeszcze raz Życie Warszawy

Kazali więc podpisywałem

Z Zygmuntem Solorzem-Żakiem, właścicielem Telewizji Polsat, rozmawia Rafał Pasztelański.

Jak to się stało, że w październiku 1983 r. został Pan zwerbowany przez wywiad PRL?

Były lata 80., a ja kilka lat wcześniej jako 20-letni chłopak wyjechałem nielegalnie na Zachód. I w 1983 r. chciałem po prostu przyjechać do Polski. Gdy w marcu lub maju zjawiłem się w Radomiu, zostałem wezwany do jakiegoś pomieszczenia nad biurem paszportowym. Siedzący tam człowiek kazał mi dokładnie spisać, co robiłem za granicą. Na kilku spotkaniach musiałem mu się „wyspowiadać”. Miałem opisać, co robiłem, z kim się zadawałem, kogo znam. I to zrobiłem, bojąc się, że zostanę aresztowany za nielegalny wyjazd. A ja chciałem móc jeździć do Polski, bo cały czas ciągnęło mnie do kraju. To było kilka spotkań – cztery, może pięć na przełomie 1983-85r. Na jednym z nich musiałem podpisać jakieś zobowiązanie.

A skąd takie zainteresowanie SB Pana osobą?
Woziłem paczki do Polski, pracując przy Polskiej Misji Katolickiej w Monachium. Widocznie SB doszło do wniosku, że im się przydam i trzeba mnie zwerbować. Do tego doszła sprawa mojego nielegalnego pobytu za granicą.

Pamięta Pan dzień, kiedy został pan agentem wywiadu PRL?

Nie byłem agentem. Ja byłem przeświadczony, że nawet nie zostałem zarejestrowany, skoro nie podjąłem współpracy.

Poza klasycznym zobowiązaniem do współpracy, podpisał pan także umowę z wywiadem PRL. Dlaczego?
Dla mnie to było wymuszanie. Kazali mi to podpisać, więc podpisywałem. Gdy dali mi zobowiązanie do współpracy to mówili, żebym się nie podpisywał nazwiskiem Krok, tylko tak, aby nikt nie wiedział, że to ja. Spytałem, jak mam to zrobić, a oni powiedzieli, że wszystko jedno, że np. pseudonimem. Spojrzałem na rękę, zobaczyłem swój zegarek i tak powstał pseudonim Zeg jak zegarek. Nie używałem go, gdyż nigdy nie podpisywałem żadnych raportów. Taka to była „współpraca”. Ja się broniłem przed aresztowaniem za nielegalny wyjazd. Nie robiłem nikomu żadnej krzywdy.

Zgodził się Pan być agentem bez żadnych oporów?

Oczywiście, że czułem awersję do samego faktu podpisania zobowiązania. Pamiętajmy, że to były inne czasy. To był stan wojenny, ja byłem młody i przestraszony, bojąc się, że w każdej chwili mogą mi założyć na ręce kajdanki.

A teraz Gazeta Wyborcza

Według autorów reportażu wyemitowanego w czwartkowym programie, na zachowanych w IPN mikrofilmach zachowały się informacje na temat Solorza, który posługiwał się różnymi nazwiskami: Zygmunt Krok i Zygmunt Solorz; jest też zobowiązanie do współpracy z 15 lipca 1983 r., w którym przybrał on pseudonim „Zegarek”, później miał też posiadać pseudonim „Zeg”.

W dyskusji po emisji reportażu prof. Andrzej Zybertowicz, przedstawiony w programie jako ekspert z dziedziny służb specjalnych uznał, że Solorz działał jako „element środowiska służb specjalnych”. Przypomniał, że w 1989 r. uzyskał on kredyt z FOZZ z operacji kierowanej przez wywiad wojskowy PRL (ta informacja pojawiła się na procesie ws. FOZZ – PAP).

– To wszystko układa się w pewien wzór funkcjonowania tajnych służb. Żadna inna stacja przez kilka lat nie uzyskała koncesji – Solorz dostaje rynek jakby na wyłączność. W tym kontekście pytanie, jakie już kilka lat temu stawiał Antoni Macierewicz o oligarchów polskiego biznesu – czy oni są właścicielami oficjalnie deklarowanego majątku, czy tylko depozytariuszami majątku bogactwa interesu, za którym stoi ktoś inny – jacyś inni właściciele –
dodał Zybertowicz.

Solorz: Nie byłem agentem

Sam Solorz w kilku wypowiedziach publicznych oświadczał, że nie był agentem. Podczas wywiadu telewizyjnego z 1994 r. mówił, że nigdy nie ukrywał tego, iż ma kilka paszportów i nazwisk. Wyjaśniał, że zmieniał je tylko ze względów „osobistych i rodzinnych”. Zaprezentowano też jego wypowiedź z tego samego roku, na której oświadczył, że „nigdy nie był współpracownikiem żadnych służb specjalnych, a kapitał ma udokumentowany”.

Z akt IPN, na które powołali się autorzy materiału wynika, że w październiku 1983 r. Solorz przeszedł wstępne przeszkolenie zorganizowane dla niego przez specsłużby. – Oficer scharakteryzował go jako osobę przedsiębiorczą i operatywną” – mówił Witkowski.

– Zmuszono go do podpisania zobowiązania do współpracy, ale tej współpracy nigdy nie podjął – oświadczył w programie mec. Józef Birka, szef rady nadzorczej Polsatu i bliski współpracownik Solorza. Przyznał, że w latach 80. Solorz był za granicą nielegalnie i szantaż służb specjalnych, które zmusiły go do podpisania zobowiązania polegał na tym, że gdyby zobowiązania nie podpisał, nie otrzymałby paszportu i miał sprawę karną.

Birka dodał, że stwierdzenia Witkowskiego o tym, iż gdyby nie zobowiązanie Solorza do współpracy, nie zbiłby on fortuny i nie otrzymałby koncesji dla TV Polsat, jest „krzywdzące i nieuprawnione”. Podkreślił, że jest zbulwersowany tak postawioną tezą reportażu.

W 1994 r. w telewizyjnym wywiadzie zapytano Solorza jak to możliwe, że w 1983 r. mógł swobodnie wjeżdżać do Polski i z niej wyjeżdżać, nie mając m.in. uregulowanej sprawy służby wojskowej. – Przyjechałem legalnie na paszporcie konsularnym i legalnie wyjechałem – odparł Solorz. – Jeżeli otrzymałem paszport konsularny – wydaje mi się, że zostałem dobrze sprawdzony.

„Misja specjalna”: Solorz miał rozpracowywać środowiska polonijne w Monachium

Według autorów reportażu z „Misji specjalnej”, Solorza jako ich agenta „chciano wykorzystać do rozpracowywania środowiska emigracyjnego w Monachium”, gdzie siedzibę miało m.in. Radio Wolna Europa i polska misja kościelna. Stąd pojawiło się zadanie zbliżenia się do związanego z rozgłośnią księdza Jana Ludwiczaka i aktorki Barbary Kwiatkowskiej, znanej i aktywnej w środowiskach Polonii.

Solorz w tym czasie miał firmę przewozową, która dostarczała do Polski dary z Zachodu. Występujący w reportażu emerytowany pułkownik wywiadu Henryk Bosak przyznał, że peerelowskie służby pozyskały z grupy przewoźników „2-3 współpracowników, którzy przywozili do Polski dary”, zarabiając przy tym na przywożeniu innych towarów dla siebie. Mieli też – według Bosaka – dostarczać służbom „jakieś materiały, fotografie”, które im odbierano przed granicą, by nie mieli z tego tytułu kłopotów.

To były małe sprawy. Mógł być jakiś „Zegarek”. Tam był jakiś Krok – nie wiem, czy to nazwisko, czy pseudonim – powiedział Bosak. Gdy powiedziano mu, że Krok to nazwisko znanej osoby – Zygmunta Solorza, Bosak odparł „chyba bym skojarzył, że to (obecnie – PAP) właściciel Polsatu„.

„Misja specjalna” podała, że agent „Zeg” przekazał informację o paczce do jednego z opozycjonistów, w której miał być lakier, a w rzeczywistości była w niej farba drukarska. SB miała zrobić użytek z tej informacji, ale ogólnie – jak poinformowano – w raporcie oceniającym działalność agenta „Zeg” uznano, że jego wiadomości są mało przydatne.

UOP miał zastrzeżenia wobec Solorza zanim Polsat otrzymał koncesję

W materiale podano też, że zanim Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała telewizji Polsat – jako pierwszej w kraju stacji komercyjnej – ogólnopolską koncesję na nadawanie programu (uczyniła to jednogłośnie), pod adresem Solorza pojawiły się „zastrzeżenia Urzędu Ochrony Państwa”. – Opinia kontrwywiadu UOP wzbudziła szereg emocji – powiedział ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński.

Ówczesny prezes KRRiT Marek Markiewicz powiedział natomiast, że to on prosił, by służby specjalne przedstawiły swe ewentualne przeciwwskazania wobec wszystkich uczestników procesu koncesyjnego – jeśli jakieś by były. Odnosząc się do stanowiska UOP w sprawie Solorza, Markiewicz stwierdził, że nie było tam „informacji stanowiących przeszkodę”, by koncesji udzielić.

– Dużo znaków zapytania, ale właściwie nic konkretnego
– tak notatkę UOP opisał inny członek KRRiT Marek Siwiec.

Solorz ma 51 lat. Jest jednym z najbogatszych Polaków. Amerykański „Forbes” szacuje jego majątek na 2 mld dolarów, umieszczając go na 382. miejscu w świecie. Jest przewodniczącym Rady nadzorczej Polsatu, głównym akcjonariuszem Elektrimu, posiada pakiety kontrolne Invest-Banku, Polisy Życie i Towarzystwa Emerytalnego Polsat.

Mój komentar: niejaki Ryszard Czarnecki (obecnie „Samoobrona”, niegdyś ZChN – taki mały facecik o dziwnej artykulacji, przyspieszający wypowiedzenia każdego słowa na ostatniej sylabie) napisał jakiś czs temu w swoim blogu, że Solorz dosatnie za swoje, bo nie zwalnia Tomka Lisa, który przywala pisuarom w swoim „Co z tą Polską”; pewno właśnie ta prognoza się zaczyna sprawdzać. Ale nie o to chodzi, czy pan S. (zresztą – dla mnie osoba mocno niesympatyczna i mało ciekawa) był agentem, czy nie – i jakim; bezcennym i gorliwym, jak chce Rydzyk Zeitung, czy miernym, jak ocenia „Życie”. Pies z nim tańcował. Najbardziej przeraziła mnie owa „Misja specjalna” (oglądałem). Prowadził ją jakiś nieznany młodzieniec, którego zachowanie nieodparcie przywodziło mi na myśl działania aktywu ZMP – słynnych „pryszczatych” – z okresu wczesnego stalinizmu (tak się składa, że pamiętam). Ta sama „rewolucyjna czujność” i gorliwość, to samo zakrzykiwanie rozmówcy, kiedy ten mówił niezupełnie to, co chciał prowadzący, przerwanie programu, mimo że obaj pozostali uczestnicy jeszcze mówili… No, groza. Może do UB taki facio by się nadał (bo do SB już nie – tam byli ludzie o niebo inteligentniejsi), ale na antenę? Z pałą zamiast mikrofonu? I ten „ekspert”, jak mu tam, Zybertowicz… przecież to człowiek chory na jakąś paranoidalną nienawiść połączoną z manią prześladowczą. Okropność.

Telewizja Publiczna zeszła na dno, niestety. To się w pełni potwierdza.

stop.jpg

Advertisements

6 thoughts on “Dawno nie było afery: casus Solorz…

  1. Haha, nie mogło zabraknąć porównania „wroga” do stalinizmu. Stalinizm był przecież zły, to wiadomo. Ale późniejsza komuna już nie. To taki szczegoł, który w.g autora tego artykułu pies powinien lizać. W ciemno wiem, że autor jest od lat czytelnikiem Michnikówki bo to jest typowa sztuczka retoryczna Ojca Redaktora Adama: zrównać oponenta ze stalinistami.

  2. no to amerykę odkryli 🙂 kolejne sensacyjne tematy tego programu w TVP: Oleksy znał Ałganowa, Sekuła był człowiekiem mafii, Jakubowska daje łapówki, Ziemia jest okrągła, Rywina posłali ludzie Millera, Kwaśniewski ochlał się w Charkowie, czego się jeszcze dowiemy sensacyjnego 🙂 ?

  3. „Najprawdopodobniej więc to konsulat PRL w stolicy Rumunii wystawił mu w miejsce skradzionego dokumentu paszport blankietowy, umożliwiający powrót do Polski”

    Watpliwe. W PRL-owskich paszportach byl wpis okreslajacy na ktore kraje paszport jest wazny.

  4. Za dziennkarski poziom ostatniej „Misji specjalnej” powinni wyrzucić na zbity pysk. Nawet bez wcześniejszego upomnienia. To było warsztatowe dno.
    Ważny potencjalnie temat został oddany totalnym amatorom.

  5. Jakby na to nie spojrzeć, nie każdy może otworzyć własną TV. W III RP powstaje pierwsza prywatna TV, wszyscy myślą że to zdrowy dobry odruch rynku, tymczasem po latach wychodzą związki z SB u szefostwa, finansowanie z wątpliwych źródeł (sprawy około FOZZ) itd. Może nie ma dowodów ale ja nie wierze w zbieg okoliczności, że to SB to tam przypadkiem, że nikt tu nikomu nie pomógł poza prawem.

    Nie mniej ciekawy komentarz tutaj: http://myslozbrodnia.blogspot.com/2006/11/dno.html

    Nie rozumiem też dlaczego TVP miałoby być krytykowane. Konkurencja co rusz jawnie na antenie wali po TVP, że jest stronnicze, a gdy TVP wyciąga prawdziwe fakty dotyczące jednego z szefów konkurencji to jest złe i niedobre, o hipokryzjo!

  6. a to Solorz byl agentem?!? a to się zdziwiłem. no, nowość naprawdę…;-)
    ps.
    a jak już o Szpiegach, takich jak my: oto inna nowość (dla Młodszych czytelników bloga):

    Zaczęło się od pisma rozesłanego przez MSWiA do wojewodów.
    Minister Ludwik Dorn zażądał, by przed spotkaniem z zagraniczną delegacją starali się w ministerstwie o zgodę. Potem muszą zdać raport.
    Dorn napisał też, że wojewodowie mają monitorować kontakty zagraniczne samorządów…

    a to mi (kolejna) nowość, prawda?;-)
    też u mnie; ale oczywiście z Interii
    nowe wraca.

Możliwość komentowania jest wyłączona.