Sen o szkole

szkolaNależę – jak sądzę po rozmowach z przyjaciółmi i znajomymi – do niezbyt licznej mniejszości ludzi, którzy lubią i szanują szkołę. Zawsze się w szkole czułem co najmniej całkiem nieźle – i jako przed dziesiątkami lat uczeń i potem jako  przez wiele lat nauczyciel. Głównie nauczyciel akademicki wprawdzie, więc mający do czynienia z młodzieżą troszkę jednak w swoim charakterze elitarną, ale również – przez kilka lat nauczyciel w liceum. Inna sprawa, że też cholernie elitarnym, jednym z najlepszych w Polsce…

Lubię więc szkołę  i wiem o niej co nie co, także o tej gorszej (również i dlatego, że w bliskiej rodzinie miałem zawodowych nauczycieli). Lubię – to jednak nie znaczy, że nie dostrzegam jej wad i mankamentów.

To, co mi się zawsze w szkole nie podobało, to jej autorytaryzm. Rygory, narzucone uczniom (ale i nauczycielom) z góry, zadekretowane bez pytania zainteresowanych o zdanie; te wszystkie regulaminy, zakazy i nakazy… Atmosfera, którą ktoś trafnie nazwał z lekka koszarową.

Nie podobali mi się też niektórzy nauczyciele. Miałem co prawda cholerne szczęście, bo i w szkole podstawowej, i w liceum i potem na studiach zetknąłem się ze wspaniałymi, niezmiernie inteligentnymi ludźmi – ale widziałem też, i to z bliska, ich przeciwieństwa.  Ludzi, którzy przychodzili na zajęcia ze studentami (na szczęście, ja już studentem wtedy nie byłem) z wytartym maszynopisem pod pachą, których „wykład” polegał na odczytywaniu własnego skryptu, w dodatku napisanego przed dziesięciu laty i całkowicie zdezaktualizowanego.   Panie, które z zesznurowanymi wściekłością usteczkami bez skrępowania upokarzały publicznie i wcierały w ziemię ucznia niezbyt pasującego do obowiązującego (wedle tych pań) szymla… Inne, które należały do ohydnej kategorii Ja-Zawsze-Mam-Rację-A-Ty-Siedź-Cicho…

Nie sądźcie jednak, że moim ideałem jest szkoła bez żadnych reguł i zasad, szkoła przyzwalająca na wszystko i niczego nie wymagająca, do której wszyscy się gładko dostają i bezproblemowo przechodzą z klasy do klasy; bądź taka, w której nauczyciel się uczniowi – czy jego rodzicom – bezczelnie podlizuje, pamiętając (na przykład) kto tu płaci czesne…

Przeciwnie: zawsze ceniłem wysoko – dla przykładu – pewnego znanego mi doskonale nauczyciela matematyki, który potrafił przed laty zatrzymać na drugi rok 70% swoich uczniów i oblał bez litości na maturze… trzech swoich synów po kolei; otóż ten nauczyciel wychował jakąś niewiarygodną liczbę olimpijczyków, a nawet przez tych ocenianych negatywnie był nie tylko szanowany, ale wręcz kochany.

Nie o tym jednak chcę opowiedzieć, zostawmy to. Chcę opowiedzieć o moim śnie o szkole; takiej, w której chciałbym pracować, i do której posłałbym chętnie każde dziecko. Która dawałaby mi jakąś sensowną gwarancję rozwoju tego dziecka; gwarancję, ograniczoną tylko wolą samego zainteresowanego, bo przecież nie każdy musi lubić się rozwijać intelektualnie, niektórzy wolą zostać piłkarzami, piosenkarzami czy dziennikarzami w tabloidzie – i powinien to być ich wybór.

W tej mojej wymarzonej szkole uczeń, nauczyciel i rodzice mają dokładnie taki sam głos. O wszystkim rozstrzyga się demokratycznie i w przyjaznej akceptacji wszystkich stanowisk i poglądów; nikt nie ma zadekretowanej z góry racji, ale i nikt nie obraża się, gdy jego pogląd przegra.

W tej szkole uczą nauczyciele, dla których ten zawód jest pasją i powołaniem. Tacy, którzy nie pędzą po odbębnieniu swoich zajęć na korepetycje, by sobie dorobić do pensji, ale potrafią z uczniem zostać po lekcjach; nie po to nawet by pomóc mu nadrobić zaległości, ale po prostu by pogadać. Nawet o rzeczach nieważnych.Do tej szkoły przyjmuje się nie wedle jakichś rejonów zamieszkania i nie uwzględnia się w niej uzyskanego w szkole niższego stopnia „dorobku”; ani negatywnego, ani pozytywnego. Nie ma tu konkursu świadectw, ani drobiazgowych sprawdzianów testowych – jest za to poważna rozmowa kwalifikacyjna, badająca predyspozycje intelektualne kandydata i jego inteligencję. Nie przyjmuję się każdego, tylko rzeczywiście świadomie wybranych.

W tej szkole nie obowiązują żadne normy na liczebność klas; nie ma wręcz mowy, by klasy były zbyt liczne. Nauka jest – przepraszam za belferskie wyrażenie – sprofilowana, ale nie w skali całej klasy: poza obowiązującym wszystkich minimum, to uczeń wybiera sobie przedmioty, których chciałby się uczyć; może być zatem tak, że będzie tyle profili, ilu jest uczniów.

W tej szkole obowiązującym językiem obcym jest angielski, ale uczeń uczy się jeszcze dwóch innych; jest wśród nich – jako trzeci – łacina, arabski lubi hebrajski.

W tej szkole nie ma nauki religii ani nie wiszą w niej na ścianach żadne symbole religijne. Nie znaczy to, że jest to szkoła tylko dla ateistów, albo że tu się ateizm propaguje i wspiera; po prostu, nikt nikogo nie pyta o światopogląd, a uczniowie wierzący mogą otrzymywać zwolnienia z zajęć na udział w ceremoniach czy imprezach swego wyznania, jeśli wypadają one w dniu powszednim. W pewnym sensie zamiast religii jest nauka filozofii. Ale tylko w pewnym sensie. W tym samym pewnym sensie w tej szkole mamy 3 godziny… matematyki.

***

Dość tych mrzonek – powiecie. Nie ma takiej szkoły.

I tu jesteście, żeby zacytować klasyka, w mylnym błędzie. Mój sen o szkole sprawdza się w rzeczywistości.  W gruncie rzeczy napisałem tu bowiem kilkadziesiąt zdań o… warszawskim Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia, szkole niesłychanie nietypowej i – niestety – zbyt mało popularnej. Jakoś wiedza o tej wspaniałej placówce nie jest szeroko znana, więc postanowiłem ją troszkę upowszechnić.

Kierując wszystkich zainteresowanych do szkolnej witryny internetowej, pozwolę tu sobie na kilka z niej cytatów:

Wielokulturowe Liceum Humanistyczne im. Jacka Kuronia to: zajęcia o współczesnej literaturze, historii, sztuce i filozofii, spotkania z wybitnymi humanistami i humanistkami, matematykami i przyrodnikami, wspólne projekty społeczne i badawcze, do wyboru trzy z dziewięciu języków obcych, a przede wszystkim: liceum Kuronia to miejsce, w którym Twoje zdanie się liczy. Istniejemy od 2006 roku. Działamy w ramach Zespołu Szkół „Bednarska”. Staramy się tworzyć szkołę tak, aby była demokratyczną wspólnotą uczniów i uczennic, nauczycieli, nauczycielek i rodziców. Staramy się też stawiać sobie nawzajem dość wysokie wymagania intelektualne. Generalnie jesteśmy zdania, że czynność myślenia jest bardziej satysfakcjonująca niż niemyślenie.

I w innym miejscu:

W ciągu roku szkolnego staramy się uczyć się nie tylko w szkolnych ławkach. Podejmujemy działania, które nie tylko odrywają nas od codziennego życia szkolnego, ale pozwalają nam lepiej poznać i rozumieć świat i zmieniać go na lepsze i realnie w nim uczestniczyć. Projekty są innym sposobem pracy, nastawionym na rozwijanie zainteresowań zdecydowanie wykraczających poza program szkolny – często dotyczą postaci, dzieł lub spraw, które niekoniecznie są szeroko znane i omawiane. Projekty najczęściej wychodzą z inicjatywy uczniów nie są obowiązkowe ale przez swój ciekawy kształt i formę przyciągają wiele osób. Realizujemy je w sposób mało sformalizowany – jak zawsze każdy i każda ma wpływ na działania. Niektóre projekty trwają wiele lat – absolwenci przekazują je nowym uczniom.

I jeszcze

Uważamy, że szkoła jest przestrzenią wspólną i jej sprawy dotyczą całej naszej społeczności, dlatego zdecydowaliśmy się na omawianie i podejmowanie decyzji na ogólnoszkolnych spotkaniach – wiecach. Mamy więc demokrację bezpośrednią i uczestniczącą. Wiec jest spotkaniem otwartym dla uczennic, uczniów, nauczycielek, nauczycieli, rodziców, absolwentek i absolwentów. Każdy członek i członkini społeczności może zgłosić wniosek, który będzie przedmiotem dyskusji. Istnieje rotacyjna grupa – aktyw, mająca za zadanie przygotowanie spotkania. W tej grupie połowa osób jest wybierana, a połowa wylosowana – po to by każdy i każda miał okazję poczuć sprawczość i zmierzyć się z realizacją podjętych decyzji. Rzecz jasna uczestnictwo w wiecu czy aktywie nie jest obowiązkowe.

Wierzcie mi: to świetna szkoła. Jeśli chcecie wychować swoich domowych licealistów na zaangażowanych w życie społeczne inteligentów – pomyślcie o niej.  Jeśli akurat kogoś takiego w domu nie macie – zastanówcie się, jak można by tej niesamowitej budzie dopomóc, by wychowała na inteligentów dzieci innych.

Można na przykład w odpowiednim momencie zasilić szkolne finanse odpisem 1% swojego podatku, ale to najłatwiejsze.  Wierzę w waszą pomysłowość; kontakt ze szkołą jest na jej witrynie. Bardzo namawiam do objęcia szkoły opieką instytucjonalną, jeśli ktoś ma możliwości uruchomienia takiego właśnie działania.

Żeby być zupełnie uczciwym: to nie jest szkoła „prawoskrętna” w jakiejkolwiek swojej działalności. Wręcz, powiedziałbym, przeciwnie. Wyznawcom „religii smoleńskiej”, „genetycznym patriotom” i innym miłośnikom kiboli jej nie rekomenduję. Choć może to oni właśnie powinni tam pochodzić jakiś czas i postudiować spuściznę pedagogiczną Jacka…

5 thoughts on “Sen o szkole

  1. Ma Pan zamiar powrócić jeszcze do pogadanek o matematyce na swoim kanale w YouTube?

    1. A propos YouTube i matematyki polecam zainteresowanym kanał: numberphile.

  2. Jest też warszawski KĄT ale to szkoła specjalna dla młodzieży z problemami społecznymi. Byłam tam kilka razy, rozmawiałam z nauczycielami, i cóż, gdybym mogła to chciałabym się tam uczyć (teraz już 10 lat za późno :P).

  3. Kochany Misiu, pierwszy raz mnie zamęczyłeś i zniechęciłeś/obraziłeś.
    Powściągnij, starzy jesteśmy.

  4. Ciekawe, bo przywoluje własne wspomnienia i skłania do refleksji. Ważnej, bo przecież szkoła, to najważniejsza część szkoły życia… Było, jest i będzie…

Możliwość komentowania jest wyłączona.