Śmierć dziennikarstwa?

Coraz powszechniej słychać biadania nad upadkiem rzemiosła dziennikarskiego. Mnóstwo znajomych – uczciwie zastrzeżmy: głównie z mojej generacji – przestało oglądać wszelkie telewizje informacyjne; nie ukrywam, że ja również.

Napawanie się „dziennikarstwem” polegającym na głupawej i niepodbudowanej żadną wiedzą agresji wyfiokowanej damulki w stosunku do „gościa programu”, lub metodzie prezenterskiej á la „Kawa na ławę”, polegającej na prowokowaniu gości sformułowaniem „pan X powiedział, że pan jest idiota, co pan na to?” – jest już doprawdy czystym masochizmem. W dodatku te sposoby uprawiania zawodu, które wywołują u nas – starych repów zawodu – odruch wymiotny, są często nagradzane przez… środowisko, a zatem w tym środowisku akceptowane!

Wielu z nas wybrało sobie więc do czytania jedną gazetę i góra dwa tygodniki, zaś czystą informację „zasysa” wyłącznie z Internetu, i to raczej nie polskojęzycznego. A kiedyś – lata temu – właściwie nie liczył się w zawodzie ktoś, kto nie przeglądał codziennie kilku gazet, co tydzień – kilku tygodników, do tego jakichś „Biuletynów Specjalnych”, czasopism fachowych, prasy zagranicznej… Nie mówiąc o oglądaniu telewizji czy słuchaniu radia. Teksty dziennikarskie były dyskutowane i cenione; nazwiska niektórych prominentów zawodu znaczyły zaś doprawdy bardzo wiele, zarówno w życiu społecznym, jak i w polityce; wystarczy wspomnieć Kisielewskiego, Turowicza, Osmańczyka, Rakowskiego…

Dziś – nie czujemy tak silnej potrzeby przyswajania cudzej twórczości; a może inaczej: szkoda na to nerwów. I niemal nie ma już gwiazd dziennikarskich klasy Karola Małcużyńskiego, Bartosza Janiszewskiego, Janka Zakrzewskiego – bo przecież ci wszechobecni na ekranie młodzieńcy w przykusych marynareczkach i z wyżelowanymi łbami, to tylko czytające z promptera cudze teksty pajace. Wprawdzie zarabiają nieraz zapewne w tydzień tyle, co tamci w ciągu roku – ale przecież: nie kasa tworzy osobowość, umówmy się.

Czy więc – dziennikarstwo umiera?

Uczestniczyłem w zorganizowanej przez Towarzystwo Dziennikarskie i nasze „Studio Opinii” dyskusji o tej faktycznej lub rzekomej śmierci dziennikarstwa. Nie powiem, momentami nawet ciekawie było – o czym świadczy choćby fakt, że liczne media jednej strony politycznej (prawej) obrzuciły dyskutantów inwektywami, media zaś drugiej – rzecz po prostu w większości przemilczały. Oznacza to chyba, że wypowiedziane sądy nie były na rękę niemal nikomu; i bardzo dobrze, najpewniej były w sporej mierze trafne… Albo po prostu dotknęły tematów mocno drażliwych i kontrowersyjnych.

Może jednak chodzi o to, że nikt nikomu nie nawymyślał i nawet nikt do nikogo nie powiedział „ja panu nie przeszkadzałem”, czyli wedle kryteriów z upodobaniem stosowanych przez wydawców i właścicieli środków masowej komunikacji – nudno było jak cholera?

Nie będę tu relacjonował dyskusji (dla mnie bardzo interesującej) – tym bardziej, że można ją w całości obejrzeć w zapisie wideo ([link id=’22591′]) w innym miejscu – nie mogę się natomiast oprzeć potrzebie wypowiedzenia własnego sądu w tytułowej kwestii.

Jeden z dyskutantów sformułował definicję dziennikarstwa i dziennikarza, która wydaje mi się wyjątkowo trafna – a z jej zastosowania do dalszych rozważań sporo chyba wynika. Definicja ta mówi mniej więcej tyle, że dziennikarstwo – to sztuka (czy raczej: rzemiosło) przetwarzania i udostępniania informacji tym, którzy jej potrzebują, sami zaś nie mają odpowiednich umiejętności, by ją pozyskać – albo też mają tyle innych zajęć, że nie pozwalają im one już na żadne inne. W związku z tym dziennikarz – to właśnie osoba, zajmująca się pozyskiwaniem informacji i dostarczaniem jej w odpowiedniej formie potrzebującym. Ta „odpowiednia forma”, to zwrot istotny: informatyk też przetwarza informacje, ale dziennikarz jeszcze je selekcjonuje, weryfikuje i dostosowuje do wymogów swojego czytelnika; być może, i to zadanie przejmą na siebie w przyszłości komputery, ale tymczasem tak nie jest.

Diabeł, jak zawsze, tkwi w szczegółach.

Kluczowe są tu, moim zdaniem, te potrzeby odbiorcy i ich definicja. Bo mogą to być potrzeby poznawcze, zawodowe, utylitarne lub – co dziś coraz bardziej ważne – rozrywkowe. Te ostatnie jeszcze kilkadziesiąt lat temu były uważane za medialnie mało istotne: dostarczaniem rozrywki – na którą zapotrzebowanie było przecież od zarania cywilizacji – zajmowała się zupełnie oddzielna branża, traktowana zresztą z lekką wzgardą. Jeśli zaś do rozrywki zaliczymy także zaspokajanie tego rodzaju potrzeb również na poziomie wyższym, to w takim szerokim pojęciu trzeba zaliczyć do tej branży nie tylko „czysty” show-business i sport zawodowy, ale także sferę kultury wysokiej. Tu już o wzgardzie nie ma mowy, ale odrębność pozostaje.

Nic tedy dziwnego, że dawne – to sprzed mniej więcej półwiecza – dziennikarstwo było w daleko większym stopniu niż dzisiejsze, za przeproszeniem, misyjne. I poważne. Specjalnie było to widoczne w tzw. ustroju socjalistycznym (dla jasności: piszę „tzw.”, bowiem wedle mnie z rzeczywistym socjalizmem ustrój ten miał dość mało wspólnego…). W systemie realsocu otóż dziennikarstwo było wręcz zdefiniowane jako służba władzy, czyli Partii: miało „masom” przekazywać uchwały i polecenia, „górze” zaś – relacje z ich wykonania i, w ograniczonym zakresie, informacje o trudnościach i niepowodzeniach.

Jeżeli zaś uwzględni się fakt, iż w tamtym systemie byt materialny mediów w najmniejszym stopniu nie zależał od ich rentowności, to zwiększanie zasięgu odbioru danego medium nie odbijało się niemal nijak na jego – i jego pracowników – sytuacji. Niemal, bo jednak „góra” życzyła sobie zawsze mieć zasięg i oddziaływanie jak największe; nigdy to nie była jednak sprawa kluczowa i owa „góra” nie bolała specjalnie, gdy tysiące egzemplarzy jakiejś gazety szły na przemiał, bo nikt ich nie kupił. Władza była zupełnie zadowolona, gdy „właściwy” tytuł miał wielu prenumeratorów – i przymykała oko na fakt, że zazwyczaj była to prenumerata instytucjonalna, czyli w znacznym stopniu lipna. „Trybuna Ludu” była na przykład prenumerowana masowo – ale można być zupełnie pewnym, że o równie masowym jej czytaniu nie było mowy.

Ten system – w połączeniu z dość restrykcyjnymi urzędowymi ograniczeniami występowania w mediach działaczy politycznych i społecznych, którzy przecież doktrynalnie nie mogli okazać się „bez uzgodnienia” samodzielni w sądach, lub – Boże broń – ciekawsi medialnie od swoich przełożonych, śrubował w górę rolę i znaczenie dziennikarza. Jeśli tylko on w gruncie rzeczy miał prawo interpretacji dyrektyw i relacjonowania rzeczywistości, czyli „bycia inżynierem dusz ludzkich”, to musiał mieć kwalifikacje zawodowe i predyspozycje bardzo wysokie. Stąd do dziś spotykamy starszych ludzi, którzy przywołują pamięć dziennikarskich gwiazd sprzed lat nie tylko dlatego, że byli to celebryci ich młodości – ale dlatego, że w większości byli oni najwyższej klasy zawodowcami. Cokolwiek chciałoby się – czy mogło – powiedzieć o przedstawianych przez nich treściach, formalnie i warsztatowo byli w znacznej mierze bez błędu.

Pamiętam rozmowę sprzed wielu dziesiątków lat z młodym dziennikarzem „New York Timesa”, który był tu w Polsce po raz pierwszy. Dość zdumiony powiedział mi, że (rozmawialiśmy o polskich prezenterach telewizyjnych) są oni dla niego nieodróżnialni manierami, wiedzą i sposobem bycia od tych amerykańskich…

A Ameryka miała wtedy kryteria zawodowe nieźle wyśrubowane.

Oczywiście – media w krajach zachodnich były praktycznie od zarania zależne od wyniku finansowego.

Dużo też szybciej niż po naszej stronie „żelaznej kurtyny” (a nawet po prostu w czasach, gdy jej jeszcze w ogóle nie było) ich organizatorzy i właściciele dostrzegli, że włączenie (powiedzmy, do gazety) treści rozrywkowych znacznie zwiększa sprzedaż. Stąd wzięły się – na przykład – wszelkiego rodzaju krzyżówki i powieści odcinkowe, czy potem quizy w telewizjach.

W miarę upływu lat z tego systemu wyewoluowały media czysto rozrywkowe; media „misyjne”, czy po prostu poważniejsze, traciły stopniowo zasięg; co nie znaczy – siłę oddziaływania społecznego: tracąc czytelnika mało wykształconego i mającego bardziej prymitywne potrzeby poznawczo-kulturalne, jednocześnie utrzymywały przy sobie czytelnika „z wyższej półki”, któremu nie tylko mniej potrzebne (czy wręcz: niepotrzebne) było „łaskotanie pod pachami”, ale który musiał dysponować na czas rzetelną i wiarygodną informacją oraz opiniami ludzi, którym ufał – po to, by pełnić swą rolę: szeroko rozumianą rolę lidera opinii publicznej.

Wyglądało więc w pewnym momencie na to, że rynek medialny będzie składał się z dwóch dość wyraźnie oddzielonych segmentów: rozrywkowego (który coraz bardziej był raczej częścią show-businessu niż szeroko rozumianą prasą), przeznaczonego głównie dla mało wymagającej gawiedzi – i „merytorycznego”, z poważnymi, trudnymi często w odbiorze gazetami, telewizją „misyjną” bez reklam lub z minimalną ich ilością, radiem z dużym reportażem, koncertami symfonicznymi i długimi słuchowiskami typu teatralnego, i tak dalej.

I tak też ten rynek na świecie w pewnej mierze wygląda.

Oczywiście, dominuje segment rozrywkowy.

W prasie – tabloidy i pisma „lifestylowe”; w eterze – radia i telewizje muzyczne (przy czym chodzi o muzykę najpopularniejszą z popularnych), liczne kanały sportowe, jakieś durnowate wróżki i inna „ezoteryka”, w pewnym stopniu – czysta pornografia; nawet w wersji, którą jeszcze kilka lat temu określilibyśmy mianem „hard”. Pojawiły się w tych rozrywkowych mediach zupełnie nowe osoby (przez klawiaturę jakoś nie chce mi spłynąć słowo „dziennikarze”) znane czasem z umiejętności, powiedzmy, gotowania czy fikania koziołków, częściej zaś z bezczelności, chamstwa i tupetu.

Segment merytoryczny jest – powiedzmy prawdę – niszowy. Tu się nie zarabia tak, jak jurorząc w jakimś „Tańcu z gwiazdami” czy innej superprodukcji telewizyjnej typu talent-show. Ale jednocześnie „The Economist”, „Le Monde”, czy niektóre kanały BBC mają siłę rażenia i autorytet niemal takie, jak dawniej. Wprawdzie nie zdarzy się już chyba sytuacja, w której prezydent Stanów Zjednoczonych powie „przegraliśmy tę wojnę, skoro on jest przeciw nam”, gdy jakiś następca Waltera Cronkite’a powie coś krytycznego któremuś następcy Lyndona Johnsona – ale to wielkie dziennikarstwo, obalające niegdyś swoimi tekstami McCarthy’ego czy doprowadzające do dymisji Nixona,  nadal w świecie istnieje. Ale – podkreślmy to – we własnym segmencie, wyraźnie oddzielonym od tego rozrywkowego.

Nieco inaczej jest w Polsce, niestety. Tu rynek medialny został w zasadzie zdominowany przez segment rozrywkowy. Zostało bardzo niewiele poważnych gazet, z czego tak naprawdę liczy się „Gazeta Wyborcza”, wszystkie zaś pozostałe tytuły występują we wszelkich rankingach po niej – po bardzo dużej przerwie. W dodatku prawie całe nasze dziennikarstwo nazwane przeze mnie „merytorycznym” jest silnie polityczne, w jedną lub drugą stronę.

Gdy zaś idzie o media elektroniczne – to tu już czysta rozrywka w najprymitywniejszej aintelektualnej postaci dominuje „do spodu”, nie tylko w stacjach komercyjnych, ale i w (z małymi wyjątkami) publicznych. O ile więc można powiedzieć, że merytoryczne polskie dziennikarstwo pisane wprawdzie słabuje i ma mocną zadyszkę – ale żyje, o tyle takież dziennikarstwo elektroniczne (poza Internetem, ale jemu warto poświęcić oddzielne rozważania, bo to zjawisko i medium zbyt chyba jeszcze nowe – choć już wyznaczające trendy i w sumie piekielnie ważne) prawie zeszło z tego świata.

Przyczyna tego jest dla mnie oczywista. Zjawisko kryzysu (nie śmierci jednak) dziennikarstwa czy ogólniej, mediów – jest właściwie kryzysem systemu finansowego oraz  kryzysem wydawców i właścicieli. W Polsce po transformacji funkcje te, gdy mówimy o gazetach i czasopismach, przypadły – poza organizatorami „Gazety Wyborczej”, czy nieśmiertelnej „Polityki”, w skład których wchodzili liczni zawodowcy dziennikarscy i specjaliści od mediów, całkowitym amatorom: albo wywodzącym się z – często – niezmiernie prymitywnego biznesu, albo ze styropianowego etosu, i to tego z „drugiego sortu”. Ci drudzy zaczęli uprawiać po prostu prymitywną propagandę á rebours i dość szybko niemal wszyscy polegli; wystarczy wspomnieć żałosny koniec przydzielonego jednej z ówczesnych partyjek „Radaru” czy zejście z rynku giganta, jakim był „Express Wieczorny”… Długa agonia „Życia Warszawy”, znakomitej gazety zmarnowanej przez kolejnych prawicowych amatorów, też się w to wpisuje.

Ci, co nie polegli lub co jakiś czas powstają – istnieją tylko dzięki podwiązanym politycznie bogatym sponsorom. Taka jest prawda, choć twórcy tych mediów hałaśliwie powołują się na ich „bogaty zasób odbiorców”; nie mając reklam (bo dawanie ich w tych mediach, to dla specjalistów od PR-u klasyczny „obciach”), z samej sprzedaży by się nie utrzymali.

Zostali w gruncie rzeczy na placu boju „biznesi”.

Towarzystwo w większości prymitywne, żeby nie powiedzieć prostackie, dla którego jedyną wartością był i jest pieniądz. To ci ludzie domagali się, by nowo założona gazeta czy stacja telewizyjna przynosiła dochody już po trzech miesiącach zamiast po pięciu latach. To oni zaczęli zatrudniać za psie pieniądze 19-letnich „dziennikarzy” bez kwalifikacji, których można wymienić na jeszcze głupszych i jeszcze bardziej dyspozycyjnych w ciągu godziny. To im nie na rękę były wymagania autentycznych gwiazdorów dziennikarskich, znających swoją wartość i domagających się odpowiedniego szacunku; usunęli ich dość szybko z rynku pod pozorem (później wyraźnie nazwanym) rugowania „złogów po propagandzie sukcesu” – w gruncie rzeczy tylko dlatego, by łatwiej „zarządzać personelem”, tym bez wartości zawodowej. To oni kazali tym swoim nowym „dziennikarzom” zamiatać podwórka, gdy akurat nie było pracy redakcyjnej, bo „pieniądz nie będzie się marnował”. To oni – w pogoni za zyskiem – stabloidyzowali najpierw prasę, a potem stacje telewizyjne, robiąc z nich zaprawiony majaczeniami ściek krwi i spermy. To oni zastąpili polską oryginalną twórczość zakupami „formatów”, robiąc z mediów swego rodzaju firmę McDonald’s, identyczną na całym świecie, serwującą identyczną wszędzie wymiotną dla inteligenta papkę.

Ci ludzie niekiedy wzięli się za „robotę w mediach” odchodząc bezpośrednio od swoich prowincjonalnych kantorów wymiany walut, plantacji ogórków czy ferm kurzych; część z nich powoływała się przy tym na zasługi w wydawaniu mediów „drugoobiegowych”, z łatwością i nader chętnie zapominając (jeśli w ogóle kiedykolwiek to wiedzieli), że robienie – powiedzmy – profesjonalnej licencyjnej wersji międzynarodowego pisma, to jednak nie to samo, co rozprowadzanie powielanej w jakimś kiblu „bibuły” antykomunistycznej i czerpanie dochodów głównie z zagranicznych dotacji zauroczonych „dzielnymi Polakami” ludzi i organizacji z Zachodu; pełnych zresztą z reguły najlepszej woli, ale kompletnie nie mających rozeznania w krajowej sytuacji…

Nie mogło to dać dobrych rezultatów.

To znaczy tak:  nie ma nic złego w tym, że powstał silny sektor rozrywkowy i tabloidalny w mediach. Publiczność w swej masie jest – jaka jest, i ma pełne prawo za swoje pieniądze dostać każde gówno, jeśli je lubi. Ale ta publiczność – to nie są wszyscy; a w dobrze rozumianym interesie społeczeństwa jako całości leży, by owa wymagająca czegoś więcej poza prostym łachotaniem pod pachą mniejszość – dostawała niezbędną jej do życia i funkcjonowania dawkę rzetelnej informacji i wiedzy. Tę dawkę powinny zaserwować media publiczne, szczególnie elektroniczne.

W szczególności: oparcie w swoim czasie zasad działania TVP na prawie o spółkach i założenie zyskowności, czy choćby samoutrzymania się tej instytucji – było największym błędem polskiej polityki medialnej po transformacji.

Pisałem o tym kilkakrotnie, także tutaj, więc się nie będę powtarzał. Ilekroć do tego wracam, tylekroć chętnie zrobiłbym coś złego tym, którzy TVP bez pojęcia „zreorganizowali”.

Rzecz prosta – nie czuję się na siłach dać jakiejś ogólnej recepty na naprawienie polskiego rynku medialnego.

Zadanie to będzie tym trudniejsze, że praktycznie straciły jakiekolwiek znaczenie organizacje dziennikarskie. Nikt się z nimi nie liczy. Kto dziś się przejmuje enuncjacjami pana prezesa Skowrońskiego z SDP na przykład? Chyba tylko jego mamusia i paru niezdolnych klakierów, zabawnie nazywających siebie – pewno dla kamuflażu – „niepokornymi”. Kogo zresztą obchodzi opinia dowolnej innej organizacji dziennikarskiej, albo jakiejś Rady Etyki Mediów, skompromitowanej doszczętnie wydawanymi przez lata dziesiątkami prawicowo-stronniczych orzeczeń, z których myślące środowisko się wyłącznie śmiało? Czy ogłoszenie przez którąkolwiek z tych organizacji jakiejś akcji w obronie kolegi czy – odwrotnie – potępienie czynu nieetycznego obeszło lub obejdzie wydawców lub właścicieli?

Nie ma więc niczego takiego, co by się dało uznać za opinię czy reprezentację środowiska.

To bardzo utrudnia sytuację. Istnienie jednej, potężnej, zupełnie wolnej od ideologii i jakiegokolwiek światopoglądu organizacji chroniącej status zawodowy i prestiż dziennikarstwa, było nad wyraz pożądane.

Niemniej, dopóki nas komputery nie zastąpią, dziennikarstwo – zdychając i kiepściejąc – będzie jednak żyło. Czynnikiem prawdziwie reanimacyjnym może być jednak tylko powstanie bardzo silnego sektora mediów publicznych, który w najmniejszej mierze nie będzie nastawiony na zysk. W którym to sektorze rozrywka będzie używana bardzo ostrożnie i umiarkowanie dla utrzymywania przy swoim piśmie czytelników, nie zaś dla kasy.

Byłaby to telewizja publiczna bez reklam, radio publiczne bez reklam, gazety – kilka tytułów – bez reklam, maksymalnie, jak się da, niezależne wszystko od rynku – i z takimi kontraktami dla redaktorów naczelnych (mających – lubię ten zwrot – w swoim miejscu pracy uprawnienia Pierwszych Przed Bogiem), które odetną od wpływów na media świat polityki. Oczywiście – powiecie – ci naczelni też będą wskazywani przez polityków przecież; ale jeśli pozwolimy powoływać na te stanowiska jedynie ludzi z kilkudziesięcioletnim stażem w zawodzie i z dorobkiem w postaci, powiedzmy, kilku napisanych książek czy kilkuset zrealizowanych programów telewizyjnych?

Byle Rycha nie da się w takiej sytuacji powołać. Nawet gdyby błagał o to cały Episkopat albo Rada Polityczna dowolnej partii.

Jasne, że byłaby to operacja trudna i potwornie kosztowna w skali wyobrażeń przeciętnego człowieka. Chodzi o miliardy z kieszeni podatnika, które przecież można by przeznaczyć na dofinansowanie rodzin wielodzietnych…

Tak, można by. Trzeba więc wybrać. Ja nie mam wątpliwości co bym wybrał osobiście. Bo dla mnie rzetelna i poważna informacja trafiająca tam, gdzie jest potrzebna i wtedy, gdy to jest niezbędne – to coś o wadze nie do przecenienia.

Inna sprawa – to ocena realności takiego rozwiązania. Niestety, chcąc być uczciwym, nie widzę na nie w ciągu najbliższych kilku lat więcej niż 10% szans, podobnie jak nie widzę szans na mocną organizację dziennikarską. Jeśli zaś nie zostanie wdrożone – to co?

A no – nic w zasadzie. Będzie, jak jest: do czytania po polsku „Wyborcza”, „Polityka” i „Newsweek” oraz parę złą polszczyzną pisanych efemerycznych gazetek prawicowych dla drugiej strony; jak ktoś zna angielski, to sobie dołoży „The Economist” i „New York Times”, albo będzie szukał faktów w necie. Do oglądania na małym ekranie „Euronews” lub CNN; albo FoxNews dla oszołomów.

Tylko elity politycznej na poziomie się w takim układzie długo nie doczekamy. Też będzie taka jak jest: w sumie, żałosna.

Trochę szkoda.

 

7 thoughts on “Śmierć dziennikarstwa?

  1. Mówi się, że cała nasza cywilizacja zamiera, więc naturą rzeczy byłoby stwierdzić, że i dziennikarstwo też. Żyjemy w świecie, w którym coraz częściej mówi się nie o życiu tylko o walce o przetrwanie. Czy dziennikarz ma szansę by przetrwać w coraz brutalniejszym świecie?. Przecież poza pisaniem nic nie umie a na co mu to, gdy pieniędzy zabraknie a cały system runie jak domek z kart?.

    1. Dziennikarz, który poza pisaniem i przetwarzaniem informacji nic nie umie – nie jest dziennikarzem, tylko amatorem. Nie wierzę w dziennikarzy, którzy nie mają pełnego fachowego wyższego (magisterskiego lub doktorskiego) wykształcenia zawodowego w innej specjalności – jakiejkolwiek. Najlepiej ścisłej, przyrodniczej lub technicznej, bo to dyscyplinuje myślenia. Bardzo od bidy może być prawnik lub ekonomista. W żadnym wypadku jakiś kulturoznawca czy filolog.

  2. Bogusiu – daj to do SO. Problem w tym, że nikt (poza społeczeństwem) nie potrzebuje dziennikarzy. Rządzą nami „money-makers”, którym do szczęścia i kasy wystarczą „media-workers”. Resztę można sobie dośpiewać hymnem z „Kabaretu”: „….Money, money.money…” Niestety, bez pieniędzy świata się nie zbawi.

    1. Sławku: miesiąc temu to było w SO. Namawiam do czytania codziennego własnej witrynyu…

  3. Bogdanie, już u schyłku epoki ujawnił się deficyt immunologiczny w tym środowisku przeciw bylejakości, tendencyjności, nierzetelności itp. Ja to wytykałem „środowisku” na jakichś konwentyklach jeszcze w późnych latach 80-tych, przed przełomem. Nie pamiętam, aby ktokolwiek rozumiał o co mi chodziło. Uznawali, że jestem z bezpieki i tęsknię do dyktatu i ograniczania swobody. Biedni głupcy, nie rozumieli, że mordują swoją własną kobyłę, na ktorej jeżdżą. Dziś jest za późno – natomiast żal, że pozorne i żałośnie tendencyjne inicjatywy, jak np. Rada Etyki Mediów mają szansę podpierać się osobami o takiej przeszłości jak np. Maciej Iłowiecki. Bo ci nowi, bez przeszłości to po prostu odpadki i nie ma na nich co liczyć.

  4. Bogdanie- jesteś wielki! Jak nasz zawód- mały, maleńki, coraz mniejszy… Wyfiokowany, ulizany, nieogolony i wolny od wiedzy, a często i etyki. I tyle naszego, że sobie pogadamy. Pewni swojej, nie obecnej racji. Ta podpsuta się zresztą przewali, bo takie są doświaczenia świata mediów. Ale, czy zdążymy to zobaczyć?

Możliwość komentowania jest wyłączona.