Znowu o telewizji…

Ten temat ciągle mi wraca; proszę się jednak nie dziwić. Niemal połowę dorosłego życia miałem z telewizją co najmniej poważny romans, a przez lat kilkanaście związek w miarę stały, żeby użyć takiego libertyńskiego nieco sformułowania. Co więcej, lubiłem tę robotę – i wcale nie przede wszystkim dlatego, że w owych „moich” czasach była ona nieźle płatna. Głównie wynikało to z jej charakteru: z tej cudownej zespołowości, o której ludzie z zewnątrz nie mają pojęcia, a która daje radość robienia czegoś razem w warunkach fascynującej przygody technicznej i – precyzyjnego zorganizowania; a zorganizowanie owo jest warunkiem sine qua non zrobienia w telewizji w ogóle czegokolwiek sensownego, jak jego nie ma – nieuchronnie wychodzi gniot…

Nawiasem mówiąc – trochę to pewnie tłumaczy poziom dzisiejszej produkcji programowej, specjalnie w telewizji publicznej; nie bywam tam, ale gołym okiem fachowego widza dostrzegam „w lufciku”, że to właśnie brak odpowiedniej organizacji jest powodem wielu niedoróbek i wpadek.

Do rzeczy jednak.

Wziąłem za tę robotę kilka godnych uwagi i prestiżowych w swoim czasie nagród. I przewędrowałem drogę zawodową od prostego reportera do dość wysokich stanowisk kierowniczych. Co piszę nie po to, by się chwalić (bo i niby czym?) — ale po to jedynie, by uzasadnić, że znam się co nie co na temacie.

Co prawda, znam się „po staremu” — i nie chodzi mi tutaj o technikę (która od „moich” lat poszła faktycznie do przodu wręcz nieprawdopodobnie i we współczesnym skomputeryzowanym studiu poruszałbym się dziś zapewne jak pijane dziecko we mgle…) i tzw. warsztat, ale o same rudymenty zawodu. Technika jest zresztą sprawą całkowicie — moim zdaniem — wtórną: nie ma najmniejszego znaczenia, czy używa się do otrzymania ciekawego obrazu metody, zwanej blue-box, chroma-key, czy czegoś jeszcze innego. Nie ma znaczenia, czy mam do dyspozycji kamerę na wysięgniku, latającą na balonie, czy też jakąkolwiek inną; bowiem korzystać z tego wszystkiego można się nauczyć całkiem szybko; nie wymaga to ani jakichś specjalnych studiów, ani szczególnie ciężkiego wysiłku umysłowego.

Natomiast predyspozycje, „myślenie obrazem”, biegłość językowa, umiejętność zachowania naturalności przed kamerą — to całkiem co innego. Ma się to — albo nie.

Tu dygresja. Używam wyżej słowa „technika” w znaczeniu bezpośrednim, to jest na określenie sprzętu – tych wszystkich kamer, prompterów, spotlightów i tak dalej. W „Firmie” słowo to ma jednak jeszcze jeden sens: potocznie określa się tak zespół ludzi, ten sprzęt obsługujących: operatorów kamer, realizatorów wizji, światła i dźwięku, montażystów…

I absolutnie wyraźnie chcę powiedzieć, że mówiąc, iż technika nie jest w telewizji istotna – nie mam na myśli ich. Przeciwnie: ci ludzie to sama sól telewizji, bez nich jej po prostu nie ma. Mówiąc wyraźnie: gdyby mi przyszło (na co się nie zanosi) kiedykolwiek robić jakiś program jako kierownikowi zespołu – prezentera czy dokumentalistę znajdę znacznie łatwiej niż takich operatorów czy realizatorów, z którymi będę nadawał na tej samej fali intelektualnej.

Na marginesie: gdy słyszę teraz, że przedstawiciele tej właśnie grupy zawodowej są masowo zatrudniani na umowach, słusznie zwanych śmieciowymi – szlag mnie trafia nagły. Przecież w ten sposób Firma sama sobie strzela w kolano, bo tymczasowość takich umów działa oczywiście w obie strony – i najlepszych fachowców w takim układzie nader łatwo utracić…

Powracając do wątku: w dzisiejszych czasach — od jakichś dwudziestu pięciu lat – owa technika w sensie sprzętu jest jednak fetyszyzowana i jej możliwości stały się dla wielu wykładnią artyzmu i profesjonalizmu. Telewizja MTV (niegdyś topowo modna – dzisiaj, na szczęście, już ponoć demode; to ją osobiście obarczam odpowiedzialnością za wiele rzeczy, które mi się strasznie nie podobają) nauczyła swoich widzów oraz twórców telewizyjnych pewnego charakterystycznego sposobu pokazywania wydarzeń: kamerą z ręki, z „pompowaniem” obrazu (odjazd-dojazd, odjazd-dojazd…), krzywych i chwiejnych kadrów, utrzymywania jednego kadru przez góra 4 sekundy („za moich czasów” przyjmowało się, że 8 sekund to jest minimum, zwłaszcza gdy w obrazie jest jakiś tekst do przeczytania)… Również MTV wprowadziła modę na niechlujnie ubranych dziwacznych młodych ludzi — i na totalny wygłup…

W sumie odnoszę wrażenie, że tę rzeczywiście niesamowitą technikę dostała w pewnym momencie do ręki banda dość rozbrykanych – i niezbyt mądrych – nastolatków, którym udało się narzucić innym swoją estetykę reszcie świata.

Przestało być ważne co się mówi i pokazuje; zaczęło być wyłącznie ważne jak się to robi; im dziwniej, śmieszniej — i, niestety, bardziej idiotycznie — tym lepiej.

Ważne: ubaw i emocje

Tej ostatniej sprawie warto poświęcić nieco głębszej refleksji. Odnoszę otóż wrażenie, że dla współczesnych mediów, specjalnie zaś elektronicznych, najważniejszą sprawą jest ten rodzaj rozbawiania widza, który na własny użytek nazywam „łaskotaniem pod pachą”. To rozbawianie, którego celem jest wywołanie nie uśmiechu, ale prostackiego rechotu; w cenie jest nie subtelny żart Jeremiego Przybory, tylko kopniak w tyłek grubej baby, z im większym plaskotem — tym lepiej. „Kto się nie bawi – nie żyje” głosił jeden z bardziej bezczelnie kretyńskich sloganów pewnej warszawskiej radiostacji czy też telewizji, pokazującej po chamsku na billboardach siedzącego na kiblu kościotrupa; trudno o dobitniejsze i bardziej wyraziste lekceważenie wszystkiego poza ową „zabawą”.

Jeśli zaś czasami — z własnej inicjatywy, lub z wynikającej z biegu wydarzeń konieczności — podejmuje się tematykę niekoniecznie rozrywkową, czy wręcz poważną, to robi się to z reguły w sposób niesłychanie emocjonalny (dodajmy: prowincjonalnie emocjonalny); mówiąc otwartym kodem — grając przede wszystkim na emocjach i nastrojach odbiorcy wszystkimi smykami. Nie na intelekcie. Racjonalne, chłodne podejście do tematu jest niezwykłą wręcz rzadkością. Dziennikarz jako bezstronny niezaangażowany obserwator, pomagający po prostu rozmówcy ujawnić jego (a nie swoją) osobowość — to dziś rodzaj dinozaura, żeby nie rzec skamieliny.

Wszystko to jest — z pełnią hipokryzji — motywowane na użytek PT Publiczności „troską o widza”. Bo „współczesny widz” rzekomo „jest zwolennikiem kultury obrazkowej”, bo „płaci abonament, więc ma prawo wymagać”, bo „nie ma czasu na głęboką refleksję, więc wymaga informacji w atrakcyjnej formie i zwartej treści”, „wymaga tylko pomocy w odróżnieniu zła od dobra” i tak dalej; równie „głębokich” sformułowań podejmuje się dostarczyć Państwu na tony. Innymi słowy mówiąc, nowi „teoretycy mediów” stwierdzają (nie wprost, oczywiście), że masowy widz to idiota i prymityw; pewno zresztą mają sporo racji w tej konstatacji, ale konsekwencją tego stwierdzenia winno być przecież — jak sądzę — ustawianie widzowi poprzeczki wymagań nieco wyżej, podciąganie go intelektualne — nie zaś uleganie kołtuńskim nawykom półanalfabety. Program telewizyjny powinien być — w sensie intelektualnym i artystycznym — nieco powyżej możliwości średnio inteligentnego widza; nie znacznie poniżej najgłupszego, jak jest dziś; takie jest moje zdanie.

Ba, ale to godziłoby we wskaźnik, który obecnie rządzi mediami niepodzielnie: w liczebność audytorium, „słuchalność”, „oglądalność” i jak się to tam jeszcze nazywa. Ów wskaźnik ma bowiem bezpośredni wpływ na dochody z reklam: im jest wyższy, tym więcej można skasować od reklamujących się firm. Więc wszystko, co jest adresowane do nieco bardziej wyrobionej widowni — obniża dochody stacji i jest spychane na jakieś obrzeża ramówki…

Klasycznym przykładem dzisiejszych treści (przepraszam: pewno należy modnie mówić „kontentu”…) były nadawanie jeszcze niedawno do upojenia kretyńskie quizy typu „audiotele”, w których pytanie „jak miał na imię Adam Mickiewicz” byłoby zapewne przez organizatorów odrzucone jako bardzo trudne i przesadnie wymagające zdolności kojarzenia. W tej „zabawie”, jak lubią to określać Panie-I-Panowie (nazwę ich w skrócie „pipami”) z telewizora, nie chodzi wcale o wyłonienie jakiegoś erudyty, ale o skłonienie maksymalnie wielu ludzi do dzwonienia do telewizji na specjalny numer za ciężkie pieniądze. Cynicznie żeruje się tu na powszechnej skłonności do hazardu, oferując debilowi oprócz paru tysięcy złotych — w gruncie rzeczy do uzyskania czysto losowo — na dodatek „satysfakcję intelektualną”: bo przecież wychodzi na to, że „wiedza jest w cenie”…

Demokratyzacja jako oszustwo

Powtórzmy: „spełnianie wymagań widza” — to najczystsze komercyjne oszustwo, nic więcej. Żadna „demokratyzacja przekazu”, moi drodzy.

À propos: telewizja „zdemokratyzowała” się również w tym sensie, że już niemal każdy może w niej wystąpić — i to nie tylko w charakterze uczestnika jakiegoś wydarzenia czy programu, ale jako dziennikarz, czy prezenter. Nie obowiązują już żadne wymogi co do dykcji (bełkotu wielu pip telewizyjnych po prostu nie jestem w stanie zrozumieć, również i z powodu preferowania mówienia nadmiernie szybkiego i z charakterystycznym „zaśpiewem” prowincjonalnego konferansjera…); nie obowiązuje wymóg przyzwoitego wyglądu, ubrania i zachowania…

Jakiś czas temu oglądam na przykład tzw. „publicystykę kulturalną” (oczywiście głęboką nocą, bo ta tematyka – nawet tak „nowocześnie” podana, jak to było w tym wypadku — o wcześniejszej porze odstraszyłaby „oglądalność”). Jakiś „twórca” (przepraszam za nadużywanie cudzysłowów, ale nie da się inaczej) w brudnym podkoszulku półleży rozwalony w fotelu i drapiąc się po skudlonym łbie wystawia do kamery pachę z czarnymi kłakami…

Wręcz poczułem z ekranu zwykły smród. W dodatku dżentelmen ten nie potrafił poprawnie skonstruować zdania z podmiotem i orzeczeniem, a zamiast przecinka używał publicznie na wizji bez żenady popularnego słowa na „k”.

Rozumiem, że gonienie przez gorliwego szefa rozrywki kilkadziesiąt lat temu po korytarzach na Woronicza (kto nie wie: przy tej ulicy jest w Warszawie siedziba TVP) z nożyczkami Czesława Niemena i zakazywanie mu występu z uwagi na zbyt dużą długość uwłosienia — było duractwem i przesadą. Bez wątpliwości. Ale to, co widzimy dzisiaj — jest przesadą w drugą stronę; i — moim zdaniem — ta dzisiejsza przesada jest dużo gorsza i groźniejsza w skutkach kulturowych.

Tak więc — poziom warsztatowy, erudycję i nawet elementarną kindersztubę znakomitej większości telewizyjnych pip poddaję niniejszym w wątpliwość. Rozumiem oczywiście (do pewnego stopnia), skąd ona się bierze: otóż przed laty mieliśmy jeden program telewizyjny (potem dwa), nadawany około 12 godzin na dobę; dziś mam w kablu ponad setkę kanałów polskich (lub tylko polskojęzycznych) przez okrągłe 24 godziny. Odsetek rodaków uzdolnionych i w pełni nadających się (wedle dawnych kryteriów) do pracy w telewizji i w ogóle do robienia czegokolwiek publicznie — bez wątpienia nie zmienił się; ta sama liczba talentów musi więc obsłużyć dziś wielokrotnie więcej czasu. Ponieważ zaś do robienia telewizji — przy całym postępie technicznym — trzeba jednak nadal masy ludzi, więc zatrudnianie byle kogo (dobrze, jeśli na zasadzie „do pierwszej kompromitacji”) staje się po prostu koniecznością.

Stąd właśnie biorą się debilne panienki, mówiące z rozkoszną dezynwolturą „zo” zamiast „zoo” czy „akua” zamiast „akwa” (chodzi o łacińskie aqua), stąd tłumaczenie filmów z tak egzotycznego języka jak angielski z błędami wołającymi o natychmiastowe wybatożenie delikwenta, stąd na zbliżeniu brudne pazury prezentera…

Ewolucja wymogów

Kilkadziesiąt lat temu jedna z naszych najpopularniejszych wówczas spikerek zapłaciła pół (niezłej już wtedy!) miesięcznej pensji kary za dość głupi w końcu błąd w odczytaniu nazwiska premiera Wielkiej Brytanii. Nieco później w ciągu jednego dnia wyleciał z pracy na zbity pysk dziennikarz sportowy, który „w euforii sprawozdawczej” powiedział „mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym, do przerwy zaś był remis” — bo szef uznał, że nie będzie zatrudniał idiotów. I — żeby była tzw. jasność — uważam, że w obu wypadkach postąpiono słusznie! Dziś — nikt by zapewne nawet nie zwrócił na to uwagi.

Bardzo dawno temu sam uczestniczyłem w konkursie na prezentera telewizyjnego. Wymagania były w sumie takie sobie, do dziś uważam je raczej za minimalne: wyższe wykształcenie i znajomość dwóch języków oraz udział w wieloetapowym współzawodnictwie (wedle dzisiejszej terminologii „castingu”), w którym badano predyspozycje głosowe, bogactwo języka, zachowanie, refleks, inteligencję, wygląd — i wszystko to ciągnęło się około roku, bowiem kandydatów zgłosiło się sześć tysięcy. Współpracę zaproponowano… tuzinowi, z czego przez dłuższy czas można było na ekranie spotykać się z trójką z nas. W dwadzieścia lat później sam organizowałem analogiczny konkurs; tym razem mieliśmy do przebadania około dwóch tysięcy chętnych; osobowościami telewizyjnymi — cokolwiek to słowo znaczy — zostały trzy osoby, przy czym autentyczną popularność zdobyła jedna.

Niechaj te dwa wspominki zaświadczą o tym, że przed laty nie było łatwo. Przy okazji wyjaśniam, że — wbrew opiniom niektórych dzisiejszych krytyków „dawnych czasów” — najmniejszej roli nie odegrały w tych konkursach poglądy czy afiliacje polityczne kandydatów; tego w ogóle nie brano pod uwagę, to tylko potem różne beztalencia bredziły o „komuszej nomenklaturze w telewizji” żeby uzasadnić osobistą katastrofę.

Nawiasem mówiąc, w drugim ze wspomnianych konkursie brała udział pewna młoda (wówczas) dama, którą nasze jury jednogłośnie uznało za totalne nieporozumienie z nieusuwalną wadą wymowy; w dodatku pannica owa co i raz wpadała bez powodu w charakterystyczny nerwowy głupawy chichot, więc została odwalona na dość wstępnym etapie konkursu. Otóż po nastaniu epoki komercji ta właśnie osoba zrobiła w nowych mediach elektronicznych — i nie tylko — olśniewającą karierę; przez pewien czas miała nawet status gwiazdy, tfu.

Co więcej: ta — do dziś niezmiernie chichotliwa – podstarzała już jejmość wydaje mi się obecnie rzeczywiście całkiem niezła na tle większości współczesnych pip! Pipy są — w masie swojej — jeszcze gorsze, z której to oceny wyłączam jedynie (ale też: do pewnego tylko stopnia) kanały TVN: ta otóż telewizja komercyjna potrafi bowiem czasami wynaleźć i zatrudnić autentyczną osobowość. Można (jak ja) bardzo nie lubić różnych występujących tam stale ludzi, można nie akceptować lansowanej tam wyraźnie „dociekliwej agresywności dziennikarskiej” i metody „udzielania głosu obu stronom”, jak się nazywa napuszczanie na siebie przeciwników politycznych celem zaaranżowania konfliktu (ukłony, redaktorze Rymanowski i redaktorze Morozowski…) , ale nie sposób odmówić im w tej dziedzinie pewnej dozy profesjonalizmu.

Ale nie telewizją komercyjną chciałem się zajmować w tym artykule. Ona rządzi się innymi prawami, i w jej wypadku mogę — choć z obrzydzeniem pięknoducha — zaakceptować fetysz oglądalności i podporządkowanie programu reklamie.

Meandry (finansowe) polityki programowej

Fetysza tego w żadnym wypadku nie mogę zaakceptować w telewizji publicznej. Pogoń za wskaźnikami — dodajmy, całkowicie cyniczna i głoszona publicznie jako zasada polityki programowej (po korytarzach TVP krążyła ponoć niezbyt dawno następująca definicja widza: jest to przedmiot, którego liczebność wyznacza cenę reklamy — i nic ponadto) – otóż owa pogoń skutkuje dramatycznym spadkiem jakości intelektualnej programu, schlebianiem najniższym gustom, rezygnacją ze spełniania funkcji edukacyjnych i organizatorskich.

Kilka lat temu (choć sam na Woronicza – jako się rzekło – od lat nie bywam, to jednak od czasu do czasu spotykam starych znajomych i co nieco do mnie dociera…) wysoki dygnitarz telewizyjny na wewnętrznym konwentyklu, poświęconym omówieniu polityki programowej, zakomunikował ponoć zebranym, że kierownictwo TVP ma następujące wyłączne priorytety programowe: informację, rozrywkę, sport i religię. W tej kolejności. Edukacja, wysoka kultura, nauka — to wszystko okazało się marginesem.

Krótko mówiąc, telewizja publiczna jest — moim zdaniem – ciężko chora.

Wynika ta choroba z kilku przesłanek. Po pierwsze z owego fetyszu oglądalności właśnie: abonamentu nie starcza na wydatki bieżące, więc korzystanie z reklam, „lokowania produktu” i sponsoringu jest niezbędne… Po drugie, z konformizmu pracowników tej firmy, ich uległości wobec przełożonych i pogoni za kasą.

Po kolei.

Na wydatki abonamentu nie starcza rzeczywiście: to fakt obiektywny, znany od samego początku telewizji; zawsze tak było. Ale czy oznacza to na przykład, że gwiazdy Publicznej muszą rzeczywiście zarabiać tak ogromne sumy, jakie zarabiają? Czy „kontrakty gwiazdorskie” muszą sięgać dziesiątków tysięcy miesięcznie plus bonusy?

Otóż jestem pewien, że nie. Wprawdzie kierownictwo TVP odpowie, że po ograniczeniu zarobków jej gwiazdy przejdą natychmiast do konkurencji, ale odpowiedź na to jest prosta: a niech idą w cholerę. Oglądalność spadnie — no to spadnie, pies z nią tańcował, przecież zakładamy, że się temu wskaźnikowi nie podporządkowujemy! Znalezienie następców — z pewnością nie klasy Janka Suzina czy twórców słynnej „Sondy”, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że kryteria zostały obiektywnie zaniżone przez sam fakt upływu czasu — to kwestia dobrze zorganizowanego konkursu. Dżentelmenów nie gorszych na ekranie niż Kammel albo Kraśko, czy pań sympatyczniejszych od Schymalli znajdzie się z łatwością dobry pęczek; gwarantuję. I osoby te przyjmą zarobki pięcio- czy nawet dziesięciokrotnie mniejsze od zarobków „gwiazd” z pocałowaniem ręki…

A jeżeli po trzech latach będzie im za mało — niech i oni szukają szczęścia gdzie indziej. Zrobimy kolejny konkurs. Chętnych do pracy w Publicznej nigdy nie zbraknie, bo to ona daje popularność, „wstęp na salony” i… zainteresowanie konkurencyjnych stacji. A także bardzo istotne możliwości „dorobienia na boku” różnymi chałturami.

Nawiasem mówiąc – czasami podejrzewam, że te gwiazdorskie kontrakty są potrzebne przede wszystkim… idiotycznie rozbudowanej ilościowo (te wszystkie najzupełniej zbędne rady nadzorcze, czy biura zarządów…) kadrze kierowniczej, bo jakoś uzasadniają jej własne, także monstrualnie rozdęte pensje…

Więc fundusz płac Publicznej nie powinien być problemem. Wymieniam go zresztą na początku tylko dlatego, że to jest sprawa budząca emocje opinii publicznej; w budżecie Firmy wcale z pewnością nie najważniejsza.

Dużo ważniejsza jest kwestia systemu organizacji produkcji. Dziś uważa się za świętość i aksjomat tzw. system producencki i – przede wszystkim – przekonanie, że telewizja musi zarabiać; stąd idiotyczne oparcie jej działania przed laty o zasady prawa handlowego. To z tego – między innymi – wynika wspomniane wyżej absurdalne rozdęcie strefy kierowniczej. Polega ów system producencki na tym, że Publiczna ogłasza konkursy na określone (przez nią) typy programów, „niezależni producenci” zgłaszają w odpowiedzi propozycje, dyrektorzy telewizyjni wybierają zaś na antenę najlepsze. Niby ma to sens, ale ja mam i co do tego poważne wątpliwości.

Po pierwsze, system ten jest — wbrew temu, co mówią szefowie telewizji — potwornie kosztowny. Jeśli producenci umówią się między sobą (a myślicie, że tego nie robią?), to żaden z nich nie zejdzie w wymaganiach poniżej określonej sumy, którą Publiczna będzie musiała zapłacić; gdyby robiła program własnymi środkami (które ma: w końcu stoi na Woronicza ogromna baza techniczna), to ona określałaby koszty. Co więcej, powszechnie mówi się, że system konkursów na programy jest czystą korupcjogenną fikcją: kto ma wygrać (w domyśle: kto podzieli się kasą z decydentem lub jest jego kumplem albo wywodzi się z tej samej obory politycznej), ten wygrywa.

Druga sprawa: konformizm twórców. W istniejącym systemie — rzecz nie do uniknięcia. Ludzie Publicznej stałe pensje (poza gwiazdami) mają głodowe, wręcz na poziomie zasiłku dla bezrobotnych; w zasadzie cała ich egzystencja i luksus godziwego bytowania zależą od tego, czy wezmą odpowiednie honoraria — a to z kolei wynika z obecności ich dzieł lub ich samych na ekranie. Przełożeni w razie czego nie muszą nikogo zwalniać z pracy i narażać się na niemiłe ustalenia jakichś sądów pracy: wystarczy, że zdejmą program z anteny i jego twórcy już zarabiają dziesięć razy mniej. Oznacza to, że twórcy są całkowicie zależni ekonomicznie od szefa; stąd właśnie bierze się na przykład charakterystyczna dla Publicznej huśtawka polityczno-programowa: zmienia się kierownictwo i z gorliwego „lewicowca” mamy bijącego się w piersi żarliwego katolika. Nie ma to nic wspólnego z ideowością czy przekonaniami: tam chodzi wyłącznie o kwit do kasy. Motywacja zdjęcia programu z anteny zwrotem „jego formuła się wyczerpała” załatwia wszystko…

No, ale „abonamentu nie starcza”, a wyżej opisany system zapewnia jednak jaką taką sprawność funkcjonowania instytucji bo ona w końcu działa. Co więc zrobić?

Leninowskie pytanie: co robić?

Moim zdaniem, rozwiązanie jest; i to proste, choć spotkałoby się ono zapewne z koszmarnym oporem. Zróbmy mianowicie tak: oprzyjmy funkcjonowanie TVP na specjalnej ustawie, czyniąc z niej instytucję non-profit, nie zaś spółkę skarbu państwa opartą na prawie handlowym. Zabrońmy konsekwentnie Publicznej ustawowo nadawania jakichkolwiek reklam czy programów sponsorowanych (w ten sposób — zauważmy — przestanie ona także „psuć rynek” telewizjom komercyjnym, walcząc o reklamodawcę m. in. wielkimi upustami cen), zobowiązując jednocześnie nadawców prywatnych do przekazywania TVP — powiedzmy — jednej czwartej czy jednej piątej swoich dochodów z reklamy; ewentualnie określoną część z tych pieniędzy mogliby „komercyjni” zachować, pod warunkiem przeznaczenia ich na własne programy „misyjne”, przede wszystkim edukacyjne, którym jednak nie mogłaby towarzyszyć żadna reklama, i które musiałyby być nadawane w atrakcyjnych pasmach programowych.

Może również dofinansowanie Publicznej wziąć na siebie skarb państwa. Może pod warunkiem rezygnacji z jednego kanału (z trzech) i jego prywatyzacji, jeśli inaczej się nie da?

Z miejsca wtedy zginą idiotyczne teleturnieje, ploty o gwiazdach i „ludziach z wyższych sfer”, nadawane pęczkami amerykańskie sensacje filmowe klasy „D” i łzawe seriale…

Że wtedy Publiczna straci masę widzów? Pewno straci. Odejdzie jednak kołtun i idiota, którego interesują wyłącznie romansowe albo sensacyjne seriale, odejdzie kibol i miłośnik plot o „bohaterach czasu wolnego” oraz innych ludziach znanych wyłącznie z tego, że są znani…

No i dobrze. Zostanie inteligent i zostaną z pewnością liderzy opinii, którzy w Publicznej szukają przede wszystkim wiedzy i instruktażu; to — z punktu widzenia interesu społecznego najzupełniej wystarczy.

Co więcej, twórcy telewizyjni odetchną wówczas z ulgą z jeszcze jednego powodu: kiedy kanapę przed telewizorem opuści widz masowy (darujmy sobie już epitety pod jego adresem), to dość szybko skończą się naciski polityków na program: manipulacją nim nie da się bowiem wówczas wpływać tak bardzo na preferencje wyborców. W każdym razie politycy — biorący pod uwagę w swych rozważaniach o wpływaniu na elektorat także ową nieszczęsną oglądalność — tak będą myśleli i dadzą telewizji spokój.

Tłusta morda polityka

Tej sprawie warto też poświęcić kilka uwag. Telewizja jest dziś uznawana za jedno z narzędzi sprawowania władzy i stąd poddawana bardzo głębokiej penetracji politycznej. Każda partia chce mieć tam „swoich” ; i, niestety, wszystkim się to udaje.

Nie było tak od samego początku: gdzieś do drugiej połowy lat sześćdziesiątych nikt „z wierchuszki” na telewizję specjalnie uwagi nie zwracał — i nie przypadkiem to wtedy właśnie powstawał „Kabaret Starszych Panów” i najambitniejsze spektakle Teatru Telewizji. Polityka — wówczas reprezentowana przez władze PZPR — wtargnęła do TVP z całą brutalnością w gruncie rzeczy dopiero na fali obrzydliwej antysemickiej hecy Marca 1968 roku.

No i zaczęło się. Tyle, że zaczęło się arcygłupio – i tak już zostało. Politycy od tamtych czasów niezmiennie uważają, że najważniejsze dla nich jest samo „bycie na ekranie”. Nie przyjmują w swoim idiotycznym samouwielbieniu do wiadomości, że rozpoznawalność — to dla kariery polityka i jego wyniku wyborczego zgoła nie wszystko. Tłusty kark spasionego wieprza ze źle związanym krawatem, bełkotliwy wrzask i czerwona od przepicia morda czy zacięte usta domorosłego Savonaroli — pokazane publicznie mogą delikwentowi całkiem poważnie zaszkodzić; i nikt, dosłownie niemal nikt nie bierze tego pod uwagę. Partie liczą sobie wyłącznie minuty i sekundy, w których ich przedstawiciele gościli na ekranie; zupełnie nie interesują się tym, jak oni wypadli…

Tu jeszcze jedna dygresja. Wprawdzie wpływ telewizji na zachowania ludzkie jest przeogromny, ale niedokładnie taki, jak sobie myśleli i myślą politycy. Owszem, telewizja kształtuje mody. Owszem, telewizja może wylansować piosenkarkę. Może nawet — na bardzo krótki czas — z kompletnego zera zrobić coś w rodzaju polityka czy chociażby osobę zainteresowania publicznego (vide kariery różnych półgłówków z programu Big Rother czy jego politycznego odpowiednika, specjalnych komisji sejmowych).

Ale — dawno to udowodnili socjologowie i psychologowie – na poglądy i systemy wartości telewizja ma wpływ minimalny: może je wzmocnić lub (troszkę!) osłabić, nigdy zaś zmienić. Gdyby nawet nadawała katolicki program „Ziarno” od rana do wieczora — i tak ateisty nie przekona; a nawet przeciwnie: tylko go zezłości. Odwrotnie: gdyby od rana do wieczora nad klerykałami pastwili się Jerzy Urban wraz z nieocenioną Olgą Lipińską, długo ostatnim bastionem prawdziwej telewizji — żaden katolik z tego powodu nie odejdzie od ołtarza; myślę, że w takiej sytuacji bardzo szybko musiałby pan Jerzy wręcz zatrudnić dodatkowych ochroniarzy…

Zatem — nie ilość, ale przede wszystkim jakość powinna być ważna we wszelkich rozważaniach nad programem telewizji.

Weźmy jeszcze jeden konkretny przykład. Reakcja wszystkich stacji telewizyjnych z Publiczną na czele — i w ogóle mediów — na śmierć Jana Pawła II wywołała u nas w kraju powszechny zachwyt, w każdym razie w tzw. sferach decydenckich. Uznano, że nadając od rana do wieczora obrazy wylewanych przez gawiedź kubłami łez rozpaczy i deliberując nad dosłownie każdym zdaniem, wypowiedzianym kiedykolwiek przez papieża — spełniono idealnie mityczną Misję.

I guzik prawda. Nie sądzę, bym obracał się wyłącznie w gronach bezbożników z gatunku „osobistych wrogów Pana Boga”; wręcz przeciwnie — wielu spośród moich znajomych to ludzie głęboko wierzący; tyle, że pewno ponadprzeciętnie inteligentni i wykształceni. I otóż znakomita większość wspominała wtedy stary peerelowski kawał, – kolportowany z okazji jakiegoś tam jubileuszu niejakiego Lenina – jak to Kowalski stał się kompletnym abnegatem: przestał był używać lodówki i żelazka, bo bał się je włączyć, żeby po raz kolejny nie usłyszeć rocznicowego poematu o Wielkim Wodzu Proletariatu…

Nie chcę powiedzieć, że zapewne takie podejście do tematu – na klęczkach – i tak rozumiana propaganda doprowadziły w jakiejś mierze w konsekwencji do upadku minionego ustroju; ale – kto wie?

Nie o to mi jednak chodziło, tylko o to, że można było inaczej. Pooglądałem sobie wtedy mianowicie angielską BBC i amerykański CNN. Też poświęcili mnóstwo czasu temu samemu tematowi: ale jakież to było ciekawe! Ile można się było dowiedzieć o historii — Kościoła, Rzymu, Watykanu; o obyczajach; o znaczeniu symboliki religijnej; o zapleczu politycznym dziejących się spraw…

Owszem: pojawiały się też w BBC i CNN sceny z przelewaniem łez; z reguły… retransmitowane z polskiej telewizji, jako zadziwiająca egzotyka. Ale żaden prezenter nie łkał i nie starał się niczego widzowi narzucić. Zachowywali się tam po prostu profesjonalnie.

Naturalnie — u nas natychmiast wytłumaczono to tym, że to przecież „nie są katolicy”.

***

Patrząc z perspektywy już dwudziestu kilku lat – widzę wyraźnie, że polska transformacja ustrojowa, niezbędna gospodarczo i niezbędna z punktu widzenia demokratyzacji stosunków społecznych, dla telewizji i jej poziomu okazała się ogromnie szkodliwa.

Zaczynając od tego, że zerwano wówczas naturalną na całym świecie więź pokoleniową i niesłychanie ważne relacje mistrz-uczeń, wpuszczając do studiów i przed kamerę ludzi „słusznych” w nowym rozumieniu tego słowa, ale totalnie nieprzygotowanych warsztatowo i ubogich intelektualnie, a znacznie bardziej zideologizowanych, żeby nie powiedzieć – sfanatyzowanych (tylko w drugą stronę) niż poprzednicy. Wyeliminowano zaś hurtowo starych fachowców pod całkowicie wymyślonym i oszukańczym pretekstem „utraty wiarygodności”.

Następnie zaś „zreorganizowano” formalno-prawnie Firmę, mając na uwadze to chyba tylko, żeby było „inaczej niż za komuny”. Skutki widzimy: dziś w imię „ratowania finansów” trzeba likwidować własne programy dziecięce zastępując je kretyńskimi – ale dostawanym darmowo w pakietach – kreskówkami. A przypomnę, że za te własne programy dziecięce publiczna brała w latach siedemdziesiątych wszelkie możliwe międzynarodowe nagrody – przyznawane nie przez żadnych „towarzyszy radzieckich”, ale cenione gremia fachowe Zachodu…

Szkoda gadać, choć gadam to samo od lat; także i w tym artykule powtórzyłem argumenty, których używałem już przed laty; bez odzewu. Teraz pewnie też tak będzie…

Chociaż… Jak to mówi starożytne przysłowie? Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo…

6 thoughts on “Znowu o telewizji…

  1. Pytania w idiotele nie mają nawet na celu dawania jakiejkolwiek satysfakcji jej uczestnikom. Są tam tylko po to, by ,,audycja” nie miała statusu loterii, której działanie jest regulowane odrębnymi przepisami.

  2. Bogdanie, materiał jest bardzo poważny, wielowątkowy i komentarz nie ogarnie tej różnorodności. Koncepcja poprawy jest interesująca, ale w aktualnej sytuacji politycznej i mentalnej naszych elit wydaje mi się kompletnie nierealna. Nikt z decernentów (nie „decydentów”, jak się czasami mylnie mówi) się na to nie zgodzi, bo nikomu się to nie opłaca, ani nie przyniesie mu wymiernych korzyści. A interes społeczny w naszym państwie „realnego liberalizmu” (przez anaogię do „realnego socjalizmu”) kompletnie się nie liczy! Czyli – jesteśmy w punkcie wyjścia – to znaczy w pobliżu dna.
    Ale widać jednak pewne wahania poziomu: np. Polsat z kompletnego na początku badziewia nieco przynajmniej się podniósł, natomiast TVN coraz wyraźniej dołuje.
    Mam tę przewagę w dyskusji, że uczestniczyłem aktywnie w budowie pewnej TV – a mianowicie pierwszej, pirackiej, warszawskiej telewizji Top Canal. To była impreza na wariackich papierach, ale na początku był niezły społeczny sukces. Wprawdzie cały geszeft był oparty na przekręcie właściciela – Jacka Zelezika – który kupił w Luxemburgu worek filmów na VHS z lipną koncesją na ich publiczną emisję i walił to w eter po 8 razy każdy kawałek…. Ale z drugiej strony zaczęliśmy robić prawdziwe programy. Były systematyczne pokazy mody, bo kobieta Jacka była modelką. Były sprawozdania z warszawskich imprez sportowych i z konkursów tańca towarzyskiego. To może chłam, ale daliśmy też np. benefis Stalińskiej, fajny wywiad z Czesławem Niemenem, emitowaliśmy polityczne poranne rozmowy Red. Wojciechowskiego – twórcy Radia Z, daliśmy poważne sprawozdanie ze sztabów wyborczych ówczesnych wyborów parlamentarnych, były sprawozdania z ważnych prób teatralnych – a ja osobiście, co powinieneś szczególnie docenić, zrobiłem duży reportarz z pierwszej olimpiady informatycznej, organizowanej u Peryta w Operze Kameralnej, a sponsorowanej przez IBM w osobie jego ówczesnego szefa – Toniego Rozwadowskiego. Zrobiliśmy cykl lekcji gry na instrumemtch klawiszowch dla dzieci pt.: „My gramy dla mamy!”, czykl rozmów z podróżnikami i reporterami – m.in. z naszym przyjacielem Olgierdem Budrewiczem – pt.: „Podróże małe i duże” i parę innych programów merytorycznych.
    Były też, forsowane m.in. przeze mnie, próby profesjonalizacji tej TV. Np. postanowiliśmy wyłonić mały, ale dobry zespół prezenterów. Zrobiliśmy casting. Do Riviery zdgłosiło się ponad 230 osób – w tym cała redakcja rolna TVP, kilku artystów z „Metra” z Kordkiem na czele i jeszcze m.in. Monika Rosca, wtedy pani adiunkt Akademii Muzyczej, a dawniej aktorka grająca Nel w pierwszej wersji „W pustyni i w puszczy”. Z castingu wyłoniliśmy sześć osób i zrobiliśmy dla nich warsztaty ruchu scenicznego, dykcji, sposobu zachowania przed kamerą itp., a wykładowcą był mistrz – Janusz Zakrzeński. W ten sposób „spod mojej ręki” wyszli następujący późniejsi i aktualni prominenci telewizji i prasy: Justyna Pochanke, Robert Leszczyński, Ursula Nelken (najpierw TVP, a od dawna rzeczniczka GDDKiA) i Krzysztof Mielańczuk, który gdzieś się po drodze zagubił. Pierwszym reportażem Justyny było sprawozdanie z „obozu kondycyjnego” finalistek Miss Polonia w Gołdapi, gdzie ja byłem szefem ekipy.
    Piszę to po to, żeby udowodnić, że pomimo nędzy technicznej, ograniczeń finansowych, kłopotów organizacyjnych i prawnych można jednak próbować robić coś na przyzwoitym poziomie – jeżeli tylko nie braknie wyobraźni i determinacji. Konkluzja jest taka: wewnętrzna inspiracja i dążenie do doskonalenia, mentalność perfekcjonisty, wiedza, orientacja ogólna i kulturowe wyrobienie – czyli pewien zespół cech indywidualnych ludzi robiących TV i każdy inny przejaw prasy – to jest najgłębsza i najtrwalsza podstawa dobrego poziomu tego działania. Matołki geszefciarskie, kuglarze w stylu „dajcie potwora na pierwszą stronę”, właściciele – poganiacze od wyciskania szmalu, niekompetentni badziewiarze – i tym podobne typki nie zrobią niczego wartościowego. Jak ich wypędzić, podmienić i zastąpić ludźmi z charyzmą ? Ja nie wiem. Ale to jest według mnie sprawa kluczowa, to jest zadanie dla odnowiciela.

  3. Jeśli chodzi o część „obrazkową”- polecam brytyjski „Top Gear”. Nie widziałem piękniej filmowanego programu. Genialne sfilmowany, genialnie zmontowany. Kiedyś był jeszcze genialny podkład muzyczny, niestety poszli teraz w stronę muzzaka. Jeśli ktoś nie lubi brytyjskiego poczucia humoru może wyłączyć fonie, ale obrazki powalają. Odcinek z Bieguna Północnego oglądany w HD rozwala gałki oczne. Żaden program National Geographic nie pokazał bieguna ładniej.

    1. Niestety TG na dłuższą metę jest niezjadliwy, przynajmniej z punktu widzenia petrol-heada, bo:
      – jest to show motoryzacyjny (z bardzo dużym naciskiem na show) i stopień zaśmiecenia kuglarskimi sztuczkami jest niezmiernie wysoki, a poziom merytoryczny prezenterów w sumie taki sobie,
      – po iluś latach sztuczki z winietowaniem, filtrami i specyficznym montażem mają prawo się znudzić; do tego ta maniera jest nagminnie kopiowana przez innych więc jeszcze bardziej się opatruje.

      Osobiście wolałem Fifth Gear.

      Poza tym należy jeszcze pamiętać o wielkości budżetu TG, to są sumy wielocyfrowe, dla niektórych stacji nieosiągalne nawet w skali roku.

  4. Bogdan spokojnie, świata nie uratujemy a tylko żyłka może nam pęknąć.🙂
    Zwróciłeś uwagę na „edukację”, w naszej TV wydaje mnie mi się, że tylko Pani Czubówna „działa w temacie” to trochę jakby…
    Puki nie wpadną na to, że publiczna to nie to samo co komercyjna, dostaną 0 przecinek 00 zł abonamentu ode mnie.

  5. „W sumie odnoszę wrażenie, że tę rzeczywiście niesamowitą technikę dostała w pewnym momencie do ręki banda dość rozbrykanych – i niezbyt mądrych – nastolatków, którym udało się narzucić innym swoją estetykę reszcie świata.” – oj nie, bardzo się Pan myli… To byli spece jakich mało, a prawidłowo rozpoznał Pan tylko target – czyli cel owych manipulacji. Dziecko, nastolatek – to osoba rozporządzająca niewielkim ale jednak budżetem ( otrzymanym od rodziców, lub w wyniku nisko płatnej zwykle pracy zarobkowej. ) którym jednak rozporządza często *w całości* . Z powodu wieku i niedojrzałości emocjonalnej – na akt wydawania tych pieniędzy wpłynąć znacznie łatwiej niż w wypadku dojrzałego człowieka nieutrzymującego dodatkowo rodzinę. Rzymska rada – policz do 10 jak jesteś zdenerwowany – ma potwierdzenie neurologiczne. Liczenie aktywuje racjonalne fragmenty kory mózgowej a ta kiedy działa – potrafi wyhamować aktywność starszych, emocjonalnych części mózgu. Kiedy wydatki planuje rodzina – pojawia się rozmowa – a to oznacza racjonalność. Kiedy wydatki planuje nastolatek – decydują emocje. Stąd rozchwiane kadry, stad hipnotyczne kolory. I co gorsza to działa… Z wolna wszystko zaczyna chorować na „nieuleczalną młodość” rozumianą nie jako witalność, ciekawość świata, brak przesądów i otwartość ale jako naiwne uleganie 5-minutowym zachciankom. W istocie pochwała takiego postępowania to treść każdej reklamy.

Możliwość komentowania jest wyłączona.