O damach, kobietach i kocmołuchach

Lubię tenis i serdecznie kibicuję Marii Szarapowej. Uważam ją za księżniczkę światowego tenisa. To osoba niezwykłej urody, niewiarygodnie uzdolniona sportowo, dzielna (potrafiła wyjść z zawodowego niebytu po ciężkiej kontuzji) i emanująca zimnym dystansem do kibicowskiej i plotkarskiej hołoty. Ona nie pospolituje się rozmowami z byle „lifestylowym” portalikiem, nie obnosi z własną fizjologią. Jej zimna, skupiona twarz nie zdradza emocji, gdy czeka na serw przeciwniczki. Nie ciska rakietą o kort, nie robi głupawych min. Jest damą.

Na internetowych forach nie jest lubiana. „Pani księżniczka”, „wyjec” – piszą o niej z przekąsem i czytelną nienawiścią jakieś prowincjonalne kocmołuchy, które odreagowują zapewne własny żałosny zapuszczony brzuch i buźki, na widok których mdleją nawet okoliczni menele. I to, że podobno dama ta zarabia jakieś 25 mln dolarów rocznie; sumę, dla osoby na bezrobociu w Górce Dolnej niewyobrażalną.

Kibicuję jej. Na drugim miejscu niemal równie doskonałej (w każdym razie: gdy idzie o urodę) Anie Ivanović. Nie naszej rodaczce; sam fakt, że jest rodaczką mnie nie kręci bowiem w najmniejszym stopniu. Nie ukrywam, że jestem wzrokowcem – i jak zestawiam wygląd obu pań, to wybór jest dla mnie oczywisty; szczegóły uzasadnienia litościwie (dla rodaczki) pominę. Fochy i miny rodaczki, jej walenie rakietą w kort i krzywienie wąskich złych ust – nie są sympatyczne. A w dodatku rodaczka dała się widzieć na jakimś pisowskim spędzie rocznicowym; więc nie tylko wygląd, ale i jej poglady mi nie odpowiadają.

I tyle o tenisie. Ale dalej będzie o damach – jak Szarapowa – i tylko kobietach, jak rodaczka.

Drugi przykład dotyczy profesji, którą lubię: dziennikarstwa telewizyjnego. W tej dziedzinie lubię, szanuję i cenię Hannę Lis, którą – żeby zachować spójność stylistyczną – uważam za księżniczką polskiego małego ekranu. To, jak tamta, osoba niezwykłej urody, niewiarygodnie utalentowana telewizyjnie i także dzielna. Jak tamta, potrafiła wyjść z kilkuletniego niebytu zawodowego. Jak od Maszy od niej też zionie zimnym dystansem do hołoty. Jak tamta, potrafi czekać na serw przeciwnika. Jak tamta, jest damą.

Na forach internetowych też jej nienawidzą; mniej więcej ten sam to rodzaj przeciwników, co w wypadku Szarapowej: prowincjonalne kuchty (a kategoria ta obejmuje również cierpiące na widok pani Hanki… niezdolne lub paskudne koleżanki z pracy) , które nigdy w życiu nie będą zarabiały tyle, nigdy w życiu nie będą miały męża klasy  Tomasza Lisa – i którym lustro nigdy nie powie nic miłego.

Ostatnio naukowe czasopismo „Superexpress” (nie wiem, czy tak się to pisze – nie biorę paskudztwa do ręki…) uradowało się, że w kilku (trzech, bodajże) „Panoramach” widownia okazała się mniejsza niż kiedyś. Połączono to – a rzecz jest absolutnie incydentalna – dość zręcznie, choć wrednie, z powrotem pani Hanny do tego programu; zręczność polegała na tym, że gazetka uniknęła w budowaniu skojarzenia jednoznaczności; ot, walnięto taką – w iście pisowskim stylu – insynuacyjkę. W końcu, już jakieś tam procesy z Lisami poprzegrywali, więc bojąc się ugryźć – chcą choćby nasikać na buty…

Jak to kundle.

Dziwniejsza sprawa z dość egzotyczną organizacją prawicowych propagandystów, jaką staje się niestety coraz wyraźniej obecnie „odzyskane” tzw. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (proponowałbym, by zmieniła nazwę na Prawdziwie Polskich; wówczas sprawa byłaby jednoznaczna…). Otóż w portalu tej organizacji pani Agnieszka Romaszewska podjęła ochoczo ten sam temat, opluwając z radością koleżankę i wieszając na niej i na telewizji przy okazji całe stado psów; nie ulega wątpliwości, że z motywacji i intencji dokładnie takiej samej, jak opisana wyżej. No i tekst ten wisiał na portalu SDP dosłownie kilka godzin; zdaje się, że nawet administrator owej witryny uznał, że p. Romaszewska zrobiła z niej już przesadnie magiel. A mogłaby po prostu spojrzeć w lustro i dać sobie spokój.

Te uwagi o damach, kobietach i kocmołuchach jakoś wypada zakończyć. Obawiam się, że nie będzie to całkiem optymistyczne dla pani Hanny; jednak pozycja Pierwszej Damy Polskiej Telewizji (proszę zwrócić uwagę, że nie piszę Telewizji Polskiej – i wiem co robię, i dlaczego) nie jest tak trwała ani obfitująca w profity  jak Pierwszej Damy Światowego Tenisa. Więc o Maszę troszczyć się nie muszę; a pani Hannie powiem tyle: niech panią trzyma w formie myśl o tym, że są ludzie myślący o Niej tak, jak ja. Sądzę nieskromnie, że dla nas warto otrząsnąć się z tego łajna, którym panią obrzucają.

A swoją drogą chętnie bym – pani  Hanno – zobaczył panią jako prowadzącą jakiś porządny publicystyczny talk-show. Taki „czysto męski”. Wiem, że nie zechce pani zapewne w tej dziedzinie konkurować z mężem. Ale ja bym taki program kupował w ciemno.

23 thoughts on “O damach, kobietach i kocmołuchach

  1. Bardzo ciekawy artykuł.

    Z początku lekko zdziwiłem się, gdy po stwierdzeniu „lubię tenis” przytaczane przez Pana argumenty na rzecz Marii Szarapowej opiewały jej klasę, spokój ducha, urodę i ani krzty nie wspominały a samej grze rosyjskiej sportsmenki, czyli tego, co jest teoretycznie najważniejsze z tego typu widowiskach. (Przynajmniej dla mnie oglądanie kobiecego tenisa po to, aby jedynie zachwycać się urodą i wdziękiem zawodniczek wydaje się działaniem dosyć „okrężnym”.) To samo tyczy się krytyki Agnieszki Radwańskiej.

    Jednakże później doczytałem się w Pańskich komentarzach, że nie jest Pan jednak wielkim zwolennikiem sportów jako takich i są pewne dyscypliny – takie jak tenis – które ceni sobie Pan bardziej niż inne, chociażby z wymienionych w artykule powodów. To tak chciałem jedynie napisać na wstępie dla jasności, bo być może nie wszyscy czytelnicy zdają sobie z tego sprawę. Swoją drogą podoba mi się to, jak Pan otwarcie pisze o urodzie jako zalecie, podczas gdy często panuje złudne przekonanie o tym, że „wygląd nie ma znaczenia”, co jest dla mnie tak samo absurdalne i utopijne jak stwierdzenie typu „świat jest z założenia sprawiedliwy” albo „w sejmie powinno ustawowo być tyle samo kobiet, ile mężczyzn”.

    Nawiasem mówiąc, dla mnie jednak w widowiskach sportowych najbardziej liczą się u sportowców cechy „czysto sportowe”, gdyż moim zdaniem one jako jedyne mogą być przez nas, widzów, osądzane w sposób – w miarę – obiektywny i racjonalny. Ale to tylko taka dygresja.

    To, o co chciałbym się Pana zapytać to kwestia stwierdzenia „one mają klasę”. Czy naprawdę wierzy Pan, że w dzisiejszych czasach, gdzie wiele wartości życia przytłoczone są ciągłą walkę o pieniądz, można cokolwiek powiedzieć o „klasie”, a jeżeli tak to jak ją można zdefiniować?Wszakże wiadomo, że wiele osób telewizyjnych może – np. pod wpływem zawodowego grona piarowców – uchodzić publicznie za osobę wielkiej klasy podczas gdy tak rzeczywiście nie musi być, a słoma w butach tylko czeka, aż jakaś przypadkowa sytuacja pozwoli jej ujrzeć światło dzienne. Wracając do przykładu Szarapowej – z tego co zdążyłem „wyguglować”, ukazywała się ona w erotycznych sesjach w pismach dla mężczyzn. Fakt, sesje te wyglądają na subtelne, artystyczne, pozbawione nadmiernej golizny, jednakże czy to nadal można nazwać klasą? A może zbytnie pojękiwanie na korcie podczas uderzeń rakietą nie przystoi prawdziwej damie? Fakt, podobno pomaga to w wyzwoleniu większej siły, ale nikt nie wspomniał, że bycie damą jest pozbawione poświęceń. Dla formalności, należę do rocznika 89′ i być może ze względu na wiek „nie czuję” pojęcia klasy, tym bardziej byłbym wdzięczny, gdyby Pan mógł poświęcić chwilę na odpowiedź. Z góry dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

    PS. Chciałem przy okazji jeszcze wspomnieć o tym, że między innymi to Pańska Osoba przyczyniła się do rozwoju mojej świadomości matematycznej, za co jestem niezmiernie wdzięczny. Na przełomie gimnazjum i liceum przeczytałem „Tajemniczą liczbę e” z dwa razy. Bardzo mi się książka podobała😉

    1. W sprawie walorów sportowych Szarapowej – nie ma zapewne dyskusji. Bez najwyższych umiejętności i żelaznej psychiki nie byłaby dziś – po ciężkiej kontuzji – znowu Numerem 1, prawda, więc o czym tu gadać? Jej tenis – ogromnie siłowy i skrajnie „wyrozumowany”, z minimalnym uleganiem emocjom (ale jednak: ta zaciśnięta po udanym uderzeniu lewa pięść coś chyba mówi…) – może niektórych nie zachwycać (mnie zachwyca), podobnie jak jej okrzyki, sterujące przecież wydechem w momencie ciosu (nie przeszkadzają mi – tak jest jej łatwiej, a nie jest to zakazane); można też mówić, że łatwo panować nad kortem, jak się ma blisko 2 m wzrostu i taki zasięg nóg i rąk, jak ona. No fakt: łatwiej – niż powiedzmy ambitnej skądinąd Włoszce, czy Polce. Ale co z tego wynika? Chyba dokładnie nic; póki co, nie ma odrębnej kategorii dla tłustawych kurdupli. Ponieważ zaś sport jest jednak przede wszystkim widowiskiem, więc jego estetyka jest w nim także niesłychanie ważna; to w kwestii urody.
      Ale to są drobiazgi niewarte chyba wyjaśnień; bardzo mnie natomiast zainspirowało Pańskie pytanie o „klasę”. To jest temat – sądzę – dużo ciekawszy.
      I kontrowersyjny.
      Bo z łatwością wpaść tu w – znany filozofom – „paradoks łysego”. Ktoś, kto ma 200 tys. włosów – z pewnością łysy nie jest; ktoś, kto ma 1 tylko włos – bez wątpienia jest łysy. Od ilu włosów zatem zaczyna się łysina? I czy każdy ma to samo kryterium?
      Jasne jest, że facet sikający na ulicy i głośno bekający w McDonaldzie – jest chamem bez klasy. Już mniej jasne dziś jest, czy panienka z petem w gębie na ulicy ma klasę, czy nie (moja babcia uznała by to za absolutne horrendum…). Jeszcze mniej jasne jest, czy ma klasę osoba swobodnie się zachowująca w warstwie erotyczno-seksualnej: znałem panie, które z klasą brały sobie do łóżka panów seriami (co nie znaczy, że byli to panowie byle jacy…) nie przestając być godnymi najwyższego szacunku damami, których dłoń całowałem i całuję z rewerencją. Ba, znałem wielkiej klasy damę (w mojej opinii, naturalnie), która… profesjonalnie wykonywała tzw. najstarszy zawód świata. I wiem, że istnieją zakonnice, których nie tylko nie zaliczyłbym do dam, ale wręcz nazwał prymitywami; nie znam osobiście, bo akurat kręgi przykruchtowe są dla mnie mocno egzotyczne.
      Rzecz jest – jestem przekonany – w imponderabiliach, czyli trudno zauważalnych drobiazgach, których suma buduje całość. To jest gest, którym się wzywa kelnera w luksusowym lokalu. To przegięcie ręki, trzymającej papierosa. To zimne, pełne dystansu – ale jednocześnie uprzedzająco, rzekłbym obraźliwie grzeczne spojrzenie, które zniechęci intruza do jakiegokolwiek kontaktu i powie mu – my jesteśmy, kolego, z innych światów. To także to, o czym pisałem: fakt, że ubierając się w worek człowiek wygląda jak we fraku (i ten ma klasę), albo nakładając frak – wygląda się jak w worku (i ten klasy nie ma).
      Nie ma to – podkreślmy stanowczo – nic wspólnego, a jeżeli to bardzo niewiele i przy dłuższej znajomości rzecz staje się oczywista – z pochodzeniem społecznym, czy nawet wykształceniem. Znałem autentycznych arystokratów kompletnie bez klasy. Znałem absolwenta dwóch fakultetów w dobrej uczelni, w dodatku z przynależnym tytułem hrabiego, który był maksymalnie głupim bucem. Człowiek o największej klasie, jakiego znałem – miał za sobą raptem dwa lata prawa; fakt, nie pochodził z gminu, ale tez nie był księciem. Osoba, którą bez wahania nazwę damą i ze znajomości której jestem dumny – była twardą, upartą w zdobywaniu wykształcenia córką analfabety i alkoholika; była to pani najwyższej klasy, choć karierę życiową zamknęła jako przykładna house-wife w zwykłym mieszczańskim domu.
      Nie da się pojęcia „klasy” zdefiniować obiektywnie. Nijak. Po prostu – jeden jest „z towarzystwa” (mojego, pana, kolegi Stefka albo panny Ani) – drugi nie. I to się wie, choć nie sposób tego w wielu wypadkach zwerbalizować. Co więcej, rzecz jest skrajnie subiektywna.
      A powracając do Szarapowej: nawet gdyby wystąpiła w hard-porno (prawdziwa dama ma prawo do dowolnej w zasadzie fanaberii; byle to nie było uczestniczenie w pewnych marszach…), nie zmieniłoby to mojego pozytywnego o niej zdania. Również i dlatego, że pojęcie „klasy” jest dynamiczne: błąd sprzed lat nikogo nie dyskwalifikuje. Dopiero uporczywe pozostawanie w błędzie rodzi kłopot…
      Ale tu zaraz wpadniemy w dyskusję o tym – czym jest błąd? I dla kogo?
      Pozdrowienia.

      1. Bardzo dziękuję za wyczerpującą odpowiedź. Na koniec dodam jeszcze, że w mojej opinii za osobę o dużej klasie wśród zawodowych tenisistek zawsze uchodziła Belgijka Justine Henin (wtedy jeszcze występująca jako Justine Henin-Hardenne) aczkolwiek jest to również moja wielce subiektywna opinia i nigdy nie starałem się jej jakoś specjalnie weryfikować poza samymi meczami. Pozdrawiam.

  2. Wpis sportowy rzeczywiście całkiem na czasie, gdyż jakiś czas temu Ziemia najwidoczniej przestała się obracać, miast tego przyjmując trajektorię lotu piłki kopanej przez „naszych chłopców”. Włączam TVN – dywagacje o optymalnym składzie na Czechy, wchodzę na portal „Gazety Wyborczej” – apoteoza patriotycznych dusz i umięśnionych giczołów polskich kopaczy, przeglądam prasę – entliczek pentliczek, jak Smuda zrobi wyniczek. Otwieram lodówkę – no, całe szczęście jest tam jeszcze piwo (a nie „nasi chłopcy”), i to z tych bez certyfikatu od UEFA. Polityczne spory, tragiczne wypadki, co tam panie w gospodarce – to wszystko gdzieś zniknęło, zawstydzone się schowało, ustępując pola sprawom najwyższej piłkarskiej wagi narodowej. Reasumując – nie żaden „piłkoszał”, ale monstrualny narodowy pierdolec ciągnięty przez balon napełniony nacjonalistycznym gazem. Czy ktoś z państwa Czechów ma może jakąś szpilkę…?
    A jeśli chodzi o sport w aspekcie cyrkowym (czyli wszystkie Ełra i tym podobne), to jedna rzecz mnie szczególnie zasmuca (o ile się dobrze doczytałem, ktoś już poruszył ten wątek). Są w tym kraju jednostki naprawdę wybitne, które swoimi dokonaniami mogłyby rzeczywiście budzić w rodakach uzasadnioną dumę (jeśli ktoś szuka paliwa dla patriotycznych emocji). Ot, taki profesor Wolszczan na przykład, światowej klasy astronom, pierwszy odkrywca planet spoza Układu Słonecznego. I co z tego? Profesor takich planet mógłby sobie odkryć i dziesięć tysięcy, a i tak u tzw. przeciętnego Kowalskiego nie zyska nawet 1% splendoru należnego z urzędu mało lotnemu kopaczowi, który w tzw. ważnym meczu skieruje futbolówkę do wrażej bramki. Ot, taki paradoks w XXI w., który niektórzy naiwnie nazywają wiekiem rozumu.

  3. Panie profesorze, Pan zdaje się być momentami tak bardzo przekonany o własnej racji, że zamieszczanie dwóch wpisów o kompletnie przeciwstawnej treści nie sprawia Panu problemu. Jak 22 facetów kopie piłkę to nie dobrze, ale jak 2 zawodniczki tłuką rakietami w piłkę w piłkę to dobrze. Niechże się Pan wysili na konsekwencję. A ta sympatia do P. Lisa! Wzorem dziennikarstwa to on być nie może z prostego powodu: nie jest bezstronny. I do tego również jest święcie przekonany o swojej racji. Jest to dla niego tak oczywiste, że nawet zdaje się nie czuć z tego powodu odrobiny zakłopotania.

    1. To ciekawe, przedmówco, że uważasz powyższy tekst za pochwałę tenisa. A ja zauważyłem jedynie pochwałę stylu bycia Szarapowej i Lis. Może czytaliśmy inne artykuły? Any stick to beat a dog? A zresztą – rozumiem, że możesz być innego zdania, ale zupełnie niepotrzebnie uważasz je za lepsze od zdania autora. Każdy ma swoją rację, i Lis ma do swojej prawo.
      Mam łatwiejszą sytuację – nie mam o obu Paniach żadnego zdania, żadnej na żywo, czy choć telewizyjnie nawet nie widziałem. Uzależnienie od TV mi przeszło, ze sportów cenię jedynie uprawiane osobiście. Rozumiem jednak sympatię Gospodarza blogu do „nietabloidyzowania się”, osobiście współżycie z brukowcami uważam za znaczny brak kultury, jak sikanie w salonie. Ale każdy sobie wybiera, co lubi.

    2. Po pierwsze, proszę mnie nie tytułować: profesorem nie jestem. Jeśli już koniecznie Państwo muszą, to lepszą formą jest po prostu „Wasza wysokość” (190 cm wzrostu mnie chyba upoważnia).
      Po drugie, uważam futbol za grę genialnie wymyśloną. Ma proste i jasne zasady, jest widowiskowa, budzi emocje… Tyle, że ja jej po prostu nie lubię, jak nie lubię boksu, wrestlingu, wyścigów na zużlu i paru innych dyscyplin, w których przesadnie wysoko opłacani faceci z oczywistym nadmiarem testosteronu i owłosionymi łydami – za to z wykształceniem co najwyżej podstawowym – uzurpują sobie reprezentowanie Honoru Narodu. Nawiasem mówiąc, w ów Honor Narodu też nie wierzę, a pojęciu Narodu (zwłaszcza pisanego przez N) jestem pryncypialnie wrogi. Poza tym – futbol jest uwielbiany przez gawiedź; a jako szczery lewicowiec gawiedzi i pospólstwa nie znoszę.
      Tenis – owszem, mogę oglądać. I oglądam, podobnie jak lekkoatletykę czy siatkówkę – jeśli akurat nie mam nic do czytania, a na konkurencyjnym kanale nie ma ani dobrego teatru telewizji, ani porządnego koncertu muzyki klasycznej, ani jakiejś produkcji popularnonaukowej na wysokiem poziomie. Na ogół nie ma, więc wypada na tenis. To kokurencja „pańska”, ładna i elegancka (chyba, że jakaś pinda czy palant zaczynają rzucać mięchem, lub stroić fochy, przegrywając).
      Więc: mogę oglądać. Ale nie kibicuję – w tym sensie, że nie sprzyjam „naszym”. Sprzyjam dobrym w swej dziedzinie, którzy jeszcze potrafią się zachować, a na dodatek nie są szpetni i maja klasę; to ostatnie jest dla mnie ważne. Są bowiem ludzie, którzy we fraku wyglądają jak w worku – i to jest hołota – i są tacy, którzy w worku wyglądają jak we fraku; tych wolę zdecydowanie.
      Ostatnia sprawa: kochani, bezstronny to ma być sędzia. Dziennikarz nigdy nie jest bezstronny. Dziennikarz musi mieć wyraziste własne zdanie, bo inaczej nie będzie indywidualnością. Dziennikarz musi też wierzyć w siebie, w szczególności w swoją wiedzę (którą musi mieć) i być przekonany o tym, że jest dobry – bo inaczej wyjdzie na niewiarygodna mimozę. Dziennikarzowi nie wolno tylko kłamać ani naginać rzeczywistości do własnych pogladów; a to jednak co innego niż bezstronność.
      Na marginesie: nie jest bezstronnością ustawianie np. przeciwników politycznych i pozwalanie im na skakanie sobie do oczu. To jest w gruncie rzeczy oszukiwanie widza właśnie.
      Dotyczy to nie tylko prezentera, ale i redaktora wiadomości czy szefa serwisu. Dobór wiadomości jest też sztuką – i też zależy (i powinien!) od sympatii i przekonań decydującego.
      Co do Lisa, raz jeszcze powtórzę: nie ma tak doskonałego i wszechstronnego dziennikarza w Polsce. Tak bezbłędnie operującego językiem, tak znakomicie panującego nad swoimi programami, tak świetnie redagującego swoje pisma. W dodatku z takim wyglądem, głosem i sposobem bycia. Że prostaków onieśmiela? Fakt.
      A część z państwa go nienawidzi, bo tzw. „druga strona” mogłaby mu przeciwstawić ewentualnie niechlujnego – jednego czy drugiego – spaślaka z wadą wymowy, bełkotliwego pana mówiącego znacznie szybciej niż myśli, czy zacietrzewionego katola, wobec którego sam papież jest heretykiem. Więc Lis ich rozniesie na strzępki w 10 minut. Tego wybaczyć nie można właśnie; własnej głupoty i wszelkich niedostatków.
      Co smutne – i dlatego się o tym rozpisałem – ta aura wokół Lisa przenosi się bez wątpienia w jakiejś mierze na jego świetną żonę. Podziwiam ją, że to wytrzymuje. Ale jako dziennikarka z krwi i kości, córka także wielkiego dziennikarza – nie ma wyjścia. Przecież nie pokłoni głowy przed plebsem.

      1. Kedaj nie jest żadnym wybitnym dziennikarzem tylko propagandzistą. A , że był cholernie wykształconym człowiekiem to tylko gorzej . Głupi jak robi głupio to nic dziwnego.

      2. Jak ktos zle wyglada we fraku, to jest holota – bardzo lewicowe🙂
        Nie ma czegos takiego jak „przesadnie oplacany pilkarz”, bo tam jest wolny rynek, zarowno sklepy Tesco, jak i kluby pilkarskie placa swoim pracownikom tylko tyle ile musza, zeby ich zatrzymac. Po prostu pilkarze dzieki swoim umiejetnoscia i praca (kazdy na swoja miare🙂 ) przykuwaja uwage ludzi, a tym samym reklamodawcow na skale, ktora przeklada sie na ich zarobki i tyle.

        Jeszce jedno, jest Pan dziennikarzem, wiec jakies standardy rzetelnosci obowiazuja. Ma Pan jakies statystyki wskazujace na to ze pilkarze (wiekszosc? w szcegolnosci ci, ktorzy graja w reprezentacji) maja wyksztalcenie co najwyzej podstawowe?
        Jak sobie uzurpuja prawo do reprezentowania „Honoru Narodu”? Prosze o przyklad.

        1. Mam podobne wątpliwości, co do lewicowości gospodarza tego blogu, który dość często odnosi się z wyższością, a nierzadko nawet z pogardą w stosunku do ludzi gorzej wykształconych, mniej wyrobionych intelektualnie i kulturalnie lub wywodzących się z niższych warstw społecznych.
          Można powiedzieć, że Bogdan Miś, to taki lewicowy arystokrata.🙂

          A odnośnie zarobków sportowców, to zgadzam się – są opłacani zgodnie z zasadami wolnego rynku. Nie zarabialiby tyle, gdyby ktoś inny nie zarabiał na ich pracy jeszcze większych pieniędzy. I nie mam nic przeciwko temu – niech sobie zarabiają. Smutne jest jednak to, że wybitny sportowiec jest stawiany za wzór do naśladowania i szanowany bardziej, niż wybitny naukowiec, lekarz, czy inżynier, których dyscypliny mają przecież rzeczywistą wartość.

          A tak na marginesie – rozumiem że według autora blogu, Maria Szarapowa, która zarabia (jak sam napisał), podobno 25 mln dolarów rocznie, nie jest przesadnie wysoko opłacana (no bo przecież jest ładna :)).

          1. „Lewicowy arystokrata”… Hm… Nie dokucza mi to w najmniejszym stopniu; przeciwnie, pochlebia. Potwierdzam, że wolę przebywać w towarzystwie ludzi dobrze wykształconych, obytych i wyrobionych intelektualnie niż meneli i półanalfabetów. Nie ukrywam, że w minionym okresie i ustroju obyczaj „stawiania przez partię na stanowiska” – na przykład dyrektorów czy ministrów – robotników nie budził mego entuzjazmu, delikatnie mówiąc. Nie widzę tu sprzeczności z lewicowością. O lewicowości w ogóle warto pogadać – bo zdaje się dla większości ludzi to jedynie hasło „wszyscy mamy równe żołądki”, które uważam za szczyt idiotyzmu (wyjaśniam: bo głowy jednak mamy inne).
            Zmieniając temat: Szarapowa też jest oczywiście przesadnie opłacana (jak większość sportowców) – co nie zmienia faktu, że nienawidzenie jej z tego powodu jest szczytem wredności. Nie nienawidzę piłkarzy i nie zazdroszczę im majątku; uważam tylko, że w obu tych wypadkach (i wielu innych) rynek jako regulator pozycji społecznej się nie sprawdza. W czym, naturalnie, wielki udział mają media.
            A propos wykształcenia sportowców: jest chyba oczywiste, ze ktoś, kto od czwartego roku życia zawodowo wali rakietą albo „harata gałę” i ma na tym polu tzw. osiągnięcia (tzn. robi to wyraźnie lepiej od innych) nie ma raczej specjalnych szans na doktorat z matematyki? Mało też jakby znam wśród piłkarzy (i tenisistek, nawet tych przystojnych) poetów czy dramaturgów. Żeby chociaż wiolonczelista…
            I jeszcze jedno: potwierdzam, z dwóch pod innymi względami równorzędnych osób i równowartościowych – wolę tę ładniejszą. Taki mam defekt mózgu. Więc 25 mln rocznie dla Maszy (powtarzam dla niekumatych: oczywiście ZA DUŻO) podoba mi się jednak bardziej, niż to samo dla Kvitowej czy Azarenki. A także „naszej Isi”, jeśli już dojdzie do klasy sportowej Rosjanki, co jest jeszcze śpiewem wątpliwej przyszłości.

          2. Znowu mam wrażenie, że udaje Pan, że nie zrozumiał treści mojego komentarza.
            Ja nie twierdzę, że lewicowość oznacza, że wszyscy są równi pod każdym względem (inteligencji, wykształcenia, kultury) – oczywiście, że nie są i nigdy nie będą. Ja również wolę przebywać w towarzystwie ludzi inteligentnych, wykształconych i umiejących się zachować (tym bardziej, że sam nie jestem za dobrze wykształcony, ani szczególnie inteligentny i przebywanie w takim towarzystwie dobrze mi służy :)) – ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że zamiast tak ostentacyjnie gardzić tymi gorzej wykształconymi i mniej inteligentnymi, powinien im Pan raczej współczuć, tym bardziej, że to jacy są, nie zawsze jest ich winą. Osobowość człowieka kształtują geny i środowisko, i na żaden z tych czynników nie mamy wpływu (przynajmniej we wczesnym – najważniejszym okresie rozwoju osobowości).
            Poza tym drażni mnie to, że za bardzo Pan generalizuje i wrzuca bardzo różnych ludzi do jednego worka. Nie każdy gorzej wykształcony i mniej inteligentny człowiek, to cham i prostak. Znam wielu, którzy dalece odbiegają od tego – z góry założonego przez Pana – schematu.

            A to, że woli Pan przebywać w otoczeniu ładnych osób, nie jest żadnym defektem mózgu – wszyscy tak mamy. Ale to jeszcze nie powód, by dogryzać tym brzydszym.

            I taka ogólna uwaga (rada?) na koniec: Myślę, że powinien Pan trochę głębiej zastanawić nad treścią i formą swoich tekstów, przed ich publikacją, bo odnoszę takie wrażenie, że wprawdzie nieznacznie, ale jednak wycofuje się Pan – w odpowiedziach na komentarze – z niektórych swoich opinii (a przynajmniej próbuje Pan łagodzić ich wydźwięk).

          3. Zazwyczaj piłkarze nie robią doktoratu z matematyki. Z drugiej strony ja też go nie mam, tak samo jak 99.98% społeczeństwa🙂. Ja wiem, że tu nie chodzi o ten konkretny doktorat, ale ogólnie o czas na realizowanie jakichś pozazawodowych pasji.
            Tylko, że większość ludzi chodzących normalnie do pracy też tego nie robi.
            Na plus dla tych piłkarzy (szczególnie grających na poziomie reprezentacji kraju), można przypisać to, że mają jakiś duży talent i cholernie ciężko pracują na swój sukces, to i tak więcej niż większość ludzi. Niepotrzebnie Pan się ich tak czepia przy różnych okazjach. (Polecam 3 rozdział (tylko 2 strony) „Apologii matematyka” Hardego, lepiej od niego tego nie ujmę).

            A przy okazji: Błaszczykowski (kapitan reprezentacji Polski, strzelił na 1:1 z Rosją, o właśnie – ma maturę :-)) jako swoje hobby podaje „układanie puzzli”. Ale bierze udział w akcjach charytatywnych, opiekuje się na stałe finansowo/wspomaga chłopaka chorego na zanik mięśni, itp. Dobrze, że robi takie rzeczy, a nie doktorat.

  4. Pierwsza uwaga.
    Nie mam nic do sportu, pod warunkiem, że traktuje się go jako zabawę, rozrywkę, rekreację, dbanie o kondycję itp., ale podnoszenie sportu do rangi, na którą nie zasługuje, traktowanie sportowców jak bohaterów, kreowanie ich na autorytety dla młodzieży, uważam za głupotę (niezależnie, czy jest to piłka noża, skoki narciarskie, czy tenis). Przecież to, kto wygra i z kim wygra w zupełnie bezsensownej dyscyplinie, nie ma kompletnie żadnego realnego znaczenia. To tylko “sztuka dla sztuki“, więc nie rozumiem, czym się tu podniecać. Pisze to dlatego, bo bardzo często podkreśla Pan swoją niechęć do piłki nożnej (ostatnio również). Mam w związku z tym takie pytanie. Czym takim zasadniczym różni się piłka nożna od tenisa ziemnego? W końcu i jedno i drugie to tylko bezsensowne uganianie się po boisku za piłką. Skąd więc aż tak odmienne reakcje?

    Druga uwaga.
    Czy gdyby brzydka kobieta o lewicowy, antyklerykalnych poglądach, krytykowała swoją piękną, skrajne prawicową koleżankę, też uznałby Pan, że to z zazdrości o wygląd?
    Fizjonomika to pseudonauka Panie Bohdanie i godne ubolewania jest to, że ktoś z Pana wykształceniem i dorobkiem posługuje czymś takim. Używanie tego jako argumentu, jest po prostu głupie, krzywdzące i bardzo nieeleganckie. Ma Pan ode mnie duży minus za styl, w jakim został napisany ten tekst.

    1. Ale się uśmiałem. Od razu widać, że komentarz popełniła osoba płci pięknej (choć nie da się tego wywnioskować gramatycznie ani z nicka), tyle że akurat sama musi być wyjątkowo mało piękna. Żaden mężczyzna ani ładna kobieta nie mogłaby tak cierpieć z zawiści o urodę innych kobiet. Aha, co do podnoszenia sportu do jakiejś rangi, kreowaniu sportowców na bohaterów, itp. to – droga pani – Bogdan (nie Bohdan) o tym nie wspomina; napisał zaledwie, że lubi tenis.

      1. Nie jestem kobietą i uważam, że trzeba mieć bardzo ograniczone horyzonty, żeby twierdzić, że tylko kobieta mogła coś takiego napisać. Robi Pan dokładnie to samo, co autor komentowanego tekstu – używa Pan argumentu “z wyglądu” (a na dodatek jeszcze argumentu “z płci”), po to, by zdyskredytować dyskutanta, nie odnosząc, w najmniejszym nawet stopniu do merytorycznej strony jego komentarza. Argument “z wyglądu”, to naprawdę cios poniżej pasa, a posługiwanie się nim uważam za wyjątkowo prymitywne.

    2. Mam tylko jedno pytanie: gdzie jest ta piękna skrajnie prawicowa koleżanka? Bo jeśli gdzieś w domyśle mamy Beatę Kempę, Madame Kruk, Elżbietę Jakubiak czy p. Sobecką, to chyba nasze gusta są skrajnie rozbieżne, co właściwie uniemożliwia dyskusję. A poza tym, potwierdzam: nie ukrywam, stokroć wolę ludzi pięknych i mądrych, niż paskudnych i głupich.

      1. To był tylko teoretyczny przykład Panie Bogdanie (przepraszam, że poprzednio przekręciłem Pana imię); nie miałem na myśli żadnych konkretnych osób. Chciałem przez ten przykład pokazać, że używanie argumentu “z wyglądu” jest po prostu nie merytoryczne. (proszę nie udawać, że Pan nie zrozumiał).
        Istnieją kobiety piękne i mądre, piękne i głupie, brzydkie i mądre oraz brzydkie i głupie. Jak więc Pan widzi, nie istnieją tu żadne zależności. Nie ma korelacji między inteligencją (czy charakterem), a wyglądem.
        Nie jestem jakoś przesadnie poprawny polityczne i nie uważam (tak jak część feministek), że prawienie kobiecie komplementów odnoszących się do jej urody , to seksizm. Ale powiedzenie kobiecie, że jest piękna, ma dużo mniejszą wagę, niż powiedzenie jej, że jest brzydka. To pierwsze, to bardzo miły, sympatyczny gest, to drugie, to zwyczajne, niczym nieuzasadnione chamstwo.

  5. Tutaj się trochę rozczarowałem, bo owszem lubię Szarapową i złego słowa bym o nie nie powiedział, ale jeśli chodzi o Hannę to tutaj przynajmniej żółte światełko. Jakoś mi ona nieodpowiada. Owszem jest ładna nie przeczę, ale uroda to nie wszystko. Nie lubię, gdy co jakiś czas ktoś mi wciska kolejny raz na wizję panią Smoktunowicz. Ile razy?. To co się dzieje w TVP to po prostu jest kpina moim zdaniem z widza. Towrzystwa Wzajemnej Adoracji raczej nie będę popierał.
    http://otocywilizacja.wordpress.com/2012/01/18/maria-szarapowa/

    1. No to niech pan nie popiera. Tylko – kogo to ma obchodzić? I dlaczego? Jak się coś – czy ktoś – w telewizji nie podoba, to, informuję, pilot ma na to specjalny pstryczek. Nazywa się wyłącznik.

Możliwość komentowania jest wyłączona.