Dwaj panowie „S”

Pisząc z rozgoryczeniem o pogrzebie Janka Suzina użyłem sformułowania, że ostatnimi godnymi szacunku szefami telewizji (oraz całego Radiokomitetu) byli – moim zdaniem – dwaj panowie S. – Sokorski i Szczepański. Jeden z moich przyjaciół pokręcił głową: dwa komuchy – powiedział. Co ty opowiadasz? Chyba po prostu dajesz wyraz swoim sympatiom politycznym!

Rozwinę temat. Włodzimierz Sokorski był dla mnie idealnym szefem z paru powodów. Po pierwsze, był szalenie inteligentny, świetnie wychowany i miał ogromną wiedzę; sam był w końcu twórcą. Może jego książki nie zasłużyły na Nobla, ale czytać się je daje i dziś. Po drugie, był przy tym leniwy i śmiertelnie cyniczny, co w minionych czasach było cechą – dla zespołu! – niebywale wręcz pozytywną. Mówiło się, że można do niego wieczorem przynieść do podpisu dokument sprzeczny z podpisanym rano – i on ten drugi podpisze również bez zmrużenia oka…

Już po opuszczeniu przezeń stołka prezesa spotkałem kiedyś „Wuja Chłodka” na ulicy i opowiedziałem mu powyższą anegdotkę. No i co w tym dziwnego – powiedział – przecież to wy się znaliście na robieniu telewizji; wy, dziennikarze, inżynierowie, realizatorzy… Moim zadaniem – kontynuował – było nie przeszkadzać wam w waszej robocie, a jak ktoś, komu ufałem, zmienił w ciągu dnia zdanie – to w końcu wiedział chyba co robi? Zawsze chciałem być reprezentantem was wobec władzy, nie odwrotnie – zakończył.

Może znów – jak to czynił ogromnie często – konfabulował i dorabiał sobie ideologię ex post. Nie obchodzi mnie to. Faktycznie, za jego czasów robiliśmy – co nam się podobało. To mogę poświadczyć. I było dobrze.

Jeszcze jedno wspomnienie o Wuju. Jest rok chyba 1963 lub 1964. „Przyjaciele radzieccy” dostali akurat fijoła na punkcie walki z modernizmem w sztuce, co natychmiast przeniesiono naturalnie na teren Polski. Sokorski zarządził tedy wielką naradę partyjno-programową, na której zagrzmiał z mównicy przeciw modernizmowi i nowoczesnej sztuce „z obu rur”.  Zapluł się po prostu z oburzenia nad dziwactwami Kleego, Braque‚a i paru innych. Odrzucił, potępił, wyklął. Pryncypialnie.

Schodząc z mównicy powiedział zaś – dostatecznie głośno, by siedzący w pierwszych rzędach mogli to usłyszeć: – Ale u mnie w domu będą i tak wisiały reprodukcje Picassa…

Sygnał był więc wyraźny. A przy okazji zwracam uwagę, że ówcześni bonzowie – przynajmniej niektórzy – wiedzieli kto to są Braque i Klee. Chętnie bym odpytał na ten temat na przykład pana Farfała…

A w ogóle – uczciwie powiem, że stokroć wolę jawnie obłudnego „komucha” Włodka niż wielu ideowych „obrońców WC”; na marginesie – dla mnie WC oznacza tylko i wyłącznie water closet…

I jeszcze jedno: jak sięgam pamięcią wstecz nie dostrzegam, by Wujo zrobił komuś świństwo. Jeżeli, to najwyżej podpisał cudzą decyzję; ale piszę to niejako na wyrost, bo o niczym takim nie słyszałem.

Maciej Szczepański. Zupełnie inny człowiek niż Włodek, ale też o potężnej inteligencji i erudycji. Ten dla odmiany wtrącał się we wszystko; ale się na tym niestety znał… I umiał sobie dobierać doradców naprawdę z najwyższej półki, wcale zresztą nie tej politycznej. Bywał wręcz brutalny; ksywka „Krwawy Maciek” nie była specjalnie przesadzona. Niewątpliwie – trudno go było lubić. Ale szacunek miał, choć niekiedy towarzyszyła temu szacunkowi groza.

Uczył się nieprawdopodobnie szybko: gdy przyszedł do nas ze Śląska, miał wprawdzie opinię bardzo zdolnego redaktora i managera prasowego (w końcu, to on zrobił katowicką Trybunę Robotniczą najpotężniejszym dziennikiem w PRL…), ale o telewizji i radiu miał pojęcie w sumie dość średnie. Po kilku miesiącach znał się na najdrobniejszych szczegółach warsztatu tych mediów.  Był autentycznym fachowcem całą gębą.

Przy okazji: gdy przyjechał do Warszawy – wyglądał dość średnio. Kiepska marynarka, źle dobrany do koszuli krawat; w sumie, trącił trochę prowincją. Po kwartale był to światowy dżentelmen całą gębą, który z pewnością nie przyniósłby Polsce wstydu wyglądem i zachowaniem na dworze brytyjskim.

Był ostry i brutalny, to prawda. Potrafił człowieka zgnoić w paru słowach; mnie się też kilka razy to przydarzyło i miałbym zapewne do niego żal, gdyby nie jeden szczegół: miał cholerną rację, było mnie akurat za co op…

Był wymagający – efekciarsko. Pływając po Bałtyku służbowym jachtem telewizyjnym, osławioną Pogorią (gdybyśmy jej nie mieli, nie byłoby słynnej Szkoły Pod Żaglami Krzysia Baranowskiego…) słuchał kiedyś polskiego radia. Usłyszał sprawozdawcę sportowego, który powiedział o jakimś meczu, że miał rezultat bezbramkowy, zaś do przerwy wynik brzmiał zero-zero. Z miejsca zadzwonił do kadr i kazał faceta wyrzucić z pracy. Motywacja: nie mam zamiaru pracować z idiotami…

Sądzę, że zrobił ten ruch z całą premedytacją. Wielu ludzi zaczęło się po tym incydencie cholernie liczyć ze słowami. Z pożytkiem dla anteny…

Inny jego ruch: okazało się, że przy produkcji pewnego programu nieprzyzwoicie mocno przekroczono kosztorys bez zgody wyższych przełożonych; do tej pory patrzono na to raczej przez palce. Reakcja Szczepańskiego gdy się o tym dowiedział była ekstremalna: na zbitą twarz wyleciało w ciągu godziny kilkadziesiąt osób, od odpowiedzialnego redaktora naczelnego (brak nadzoru…) do sekretarki. Cały zespół został po prostu rozwiązany i skasowany. I… skończyły się przekroczenia kosztorysów.

Jeszcze inny ruch, drobny. Po ważnej uroczystości państwowej kolega puścił „na odbicie” muzykę Chopina pod stosowne plansze (tak się wtedy robiło). W godzinę później Szczepański dał mu do wyboru: dobrowolne wpłacenie dwóch (wysokich!) pensji na cel charytatywny, lub wywalenie z pracy. Powód: muzyka była w tonacji „moll”, podczas gdy tu stosowniejsza byłaby w „dur”.

Ciekaw jestem, czy różni późniejsi władcy telewizji w ogóle te tonacje rozróżniają i słyszą…

Wymieniał ludzi na wyższych stanowiskach bez pardonu. Może niekiedy z przesadną skwapliwością; ale muszę mu przyznać jedno: następca wyrzuconego nigdy nie był fachowo gorszy od poprzednika, a często – znacznie lepszy. Gorszą miał rękę do stanowisk administracyjnych, gdzie za jego czasów ulokowało się paru zgoła wyjątkowych bęcwałów, ale podejrzewam, że to były wyniki nieuniknionych  na najwyższych szczeblach władzy serwitutów i kompromisów; pewnych ludzi mu po prostu przysłano, a na szczeblu szefa Firmy pewien zasób lawiranctwa jest nieunikniony.

Utożsamiał się jednak z Firmą. Pewno, trzymał tę Firmę żelazną ręką. Pewno, był konsekwentnym twórcą osławionej propagandy sukcesu; warto jednakże spojrzeć na to z perspektywy dnia dzisiejszego i wszechobecności na telewizyjnych antenach krwi, seksu i małej Madzi… Osobiście wolę jednak ową propagandę sukcesu i możecie mnie zabić. I z brutalem Szczepańskim – gdyby pojawiła się taka ewentualność – mogę znowu pracować choćby od jutra.

Kiwnął władzę – właśnie w trosce o Firmę – w sposób zupełnie cudowny. Kiedy miał Polskę odwiedzić Jan Paweł II – Szczepański bez zmrużenia oka zażądał do obsługi tej wizyty praktycznie wymiany całego wyposażenia telewizji na najnowocześniejsze wówczas dostępne na świecie. Dostał je; w Firmie konaliśmy ze śmiechu, bo bez tych wszystkich skomputeryzowanych cudów też by się dało zrealizować przekaz; nie takie rzeczy potrafili nasi inżynierowie…

Ale dzięki temu TVP stała się – nie tylko w naszej opinii – jedną z najlepszych w Europie, także pod względem technicznym, bo programowo nie mieliśmy powodów do wstydu od samego początku. Podobno część uzyskanej  forsy – szacowanej na 100 mln dolarów – poszła też na inne rzeczy: na doposażenie telewizyjnych gabinetów odnowy, na nagrody dla załogi… Szczepańskiemu wytoczono potem o to proces, bo kiwkę wykrył kierowany wtedy przez osławionego Moczara – który Szczepańskiego nie znosił, a w dodatku był śmiertelnym wrogiem Gierka –  NIK. Dostał –  8 lat; odsiedział cztery. Przyznam, że tego ewidentnie politycznego wyroku nie akceptowałem wtedy i do dziś zdania nie zmieniłem.

Szanuję obu panów S.

Po nich zresztą też nie było na Woronicza tragicznie, choć kolejni następcy tych panów jakoś się szczególnie w annałach telewizyjnych nie zapisali – aż do osławionego wrednością i  pułkownika „Siwego”, który usunął z Firmy w zasadzie wszystkich ciekawszych ludzi, konsekwentnie doprowadzając do realizacji partyjnych wyroków komisji weryfikacyjnych, przez swoich bezpośrednich poprzedników traktowanych z mocnym przymrużeniem oka. Nie wymieniam jego nazwiska, niech pójdzie w zapomnienie.

Potem był jeszcze przez moment Jerzy Urban…

Potem bardzo przyzwoity i zupełnie niekompetentny Andrzej Drawicz.

A potem już tylko katastrofa; choć  niektórzy twierdzą, że nieźle jeszcze rokował Zaorski. Ale to była efemeryda. A mnie już od czasów „Siwego” tam nie było; obserwowałem rozwój sytuacji z boku, od czasu do czasu mając mniej lub bardziej silny odruch wymiotny.

One thought on “Dwaj panowie „S”

  1. Smieszne, byłem studentem USl i społeczym korespondentem „Trybuny Robotniczej”. Szczepańskiego osobiście oczywiście wtedy nie znałem, znałem tylko ślady jego organizacyjnej roboty. Była rzetelna. Poznałem go jako prywatnego człowieka w latach 90-tych. Cały czas próbował coś konkretnego robić. Wtedy się nie współpraować udało, ale pozostało pozytywne wrażenie zorganizowania i konkretności. Sokorski to dla mnie prehistoria, ale sądząc z opisu – rozpoznaję ten model, widywałem w życiu innych cyników chroniących sensowny porządek spraw, pomimo dętego zachowywania pozorów. Chyba ich trochę u nas było, bo inaczej bylibyśmy NRD-owem, a jednak nie byliśmy!
    No i nic z tego ni wynika poza smutną tezą o społecznej entropii: energia się rozprasza, w jednostkowych przypadkach jest jej coraz mniej i jest coraz gorszej jakości, zmierzamy do „śmierci cieplnej wszechświata” – jak to głosili dawno temu empiriokrytycy, których namiętnie zwalczał towarzysz Włodzimierz Ulianow. Społecznego wszehświata….

Możliwość komentowania jest wyłączona.