Pogoń za Lisem

Nie ukry­wam: mam sła­bość do tego faceta. Wie­lo­krot­nie o tym pisa­łem: warsz­ta­towo uwa­żam go za dzien­ni­ka­rza total­nego; co wię­cej – zga­dzam się w dużej mie­rze z jego poglą­dami. Lis z równą łatwo­ścią posłu­guje się kla­wia­turą kom­pu­tera pisząc świetne tek­sty – także książki – jak korzy­sta z moż­li­wo­ści mediów wizu­al­nych czy radia. Ma wygląd „jak trzeba”, świetny głos, wielki talent orga­ni­za­cyjny, ogromną wie­dzę. To on w końcu – choć go osta­tecz­nie wyrzu­cili – stwo­rzył markę „Fak­tów” i cały TVN24, znisz­czony obec­nie i spro­wa­dzony do roli elek­tro­nicz­nego nędz­nego tablo­idu przez jego mało zdol­nych, a bar­dzo pazer­nych następ­ców. To on odno­wił upa­da­jący „Wprost”, robiąc z tuby PiS-u i sfru­stro­wa­nych lustra­to­rów liczący się tygo­dnik opinii.

No, może nie powa­lił mnie do końca na kolana swoim por­ta­lem inter­ne­to­wym, ale i ta ini­cja­tywa – głów­nie z uwagi na siłę „Liso­wego brandu” – bez wąt­pie­nia także okaże się biz­ne­sowo trafiona.

I… kolejni pazerni zawist­nicy wywa­lili go z „Wprost”. Oczy prze­cie­ra­łem ze zdu­mie­nia, bo ruch ten był typo­wym zarżnię­ciem kury, zno­szą­cej złote jaja. Jeśli ist­nieje w tej dziw­nej firemce, która wyda­wała „Wprost”, jakaś rada nad­zor­cza, to zarząd tej firmy – za ewi­dentne dzia­ła­nie na szkodę spółki – powi­nien teraz lada moment zna­leźć się na zie­lo­nej trawce; jeśli tak się nie sta­nie, to będzie to dla mnie zna­czyło, że cały ten kapi­ta­lizm w Pol­sce jest zwy­czaj­nie udawany.

Tym bar­dziej, że Lis został natych­miast przez kon­ku­ren­cję kupiony do „New­swe­eka”. To wia­do­mość z dzisiaj.

Tu będzie trud­niej niż we „Wprost”: tamto pismo było tak nie­do­bre, że zwy­kłe zeskro­ba­nie popi­sow­skich tępych i nie­zdol­nych zło­gów musiało samo przez się je znacz­nie popra­wić (choć Lis do tego się nie ogra­ni­czył, ścią­gnął grono świet­nych nowych współ­pra­cow­ni­ków i zmie­nił cał­ko­wi­cie kon­cep­cję tygodnika).

„New­sweek” – to znacz­nie lep­sza marka już teraz.

Tym ambit­niej­sze zada­nie, w któ­rym ja oso­bi­ście panu Toma­szowi z serca kibi­cuję i życzę suk­cesu. Znów będzie co czy­tać. Cie­szę się.

Wiem, że prawica Lisa nienawidzi. Za to, że nie kocha Kaczora. Za to, że go zatłukł przed wyborami okrutnym wywiadem na żywo w telewizji (choć chrzanili, że Kaczor ten wywiad „wygrał”, to przecież przyznali, że był on ostatnim kamyczkiem, wrzuconym do przedwyborczego pisowskiego grobu). Za to, że jest przystojny i nie jest tłustym kurduplem. Za to, że ma piękną i inteligentną żonę. Za to, że się z poprzednią „nie po chrześcijańsku” rozwiódł. Za to, że na pewnego „ojca dyrektora” mówi po prostu po nazwisku. Za to, że jest.

Tym bardziej mu sprzyjam.

21 thoughts on “Pogoń za Lisem

  1. Przy nieprzecietnie niskim poziomie intelektualnym i profesjonalnym wiekszosci polskich dziennikarzy i reporterow, Lis wybija sie ponad przecietnosc przede wszystkim doskonalym przygotowaniem, talentem, niesamowita intuicja i wyczuciem oraz dobrymi manierami.
    Dla mnie nie jest wazne komu sympatyzuje politycznie Lis.Dla mnie wazne jest to, co nam przekazuje i jak to czyni, a czyni to powodujc przyciagnie uwagi, [prowokuje do zastanowienia i pomaga niejednokrotnie skrystalizowac taii czy inny punkt widzenia czyli ? Walory poznawcze, wartosci informacyjne najwyzszej polki zawodowej.

  2. No, może nie powa­lił mnie do końca na kolana swoim por­ta­lem inter­ne­to­wym, ale i ta ini­cja­tywa – głów­nie z uwagi na siłę „Liso­wego brandu” – bez wąt­pie­nia także okaże się biz­ne­sowo trafiona.

    Wymieniłbym „bez wątpienia” na „prawdopodobnie”. Albowiem Lis nie ma pojęcia o Internecie, w tym projekcie jest tylko twarzą. Nie ma pojęcia o Sieci do tego stopnia, że na czele projektu postawił kolegę po fachu – dziennikarza zajmującego się polityką i publicystyką polityczną. Niestety, ów kolega korzysta z dobrodziejstw Sieci dopiero od dwóch lat, więc staż to mizerny. Na dodatek nie ma on potrzebnego know how, bo tego nie da się zebrać przez kilkanaście miesięcy blogowania.

    Człowiek stojący na czele takiego serwisu powinien mieć za sobą lata w Sieci, podczas których to lat pracował na stanowiskach od prostego moderatora komentarzy, przez klepacza depesz PAP, piszącego proste teksty etc. aż do zarządzania działem, serwisem oraz grupą małych serwisów. To wręcz krytyczne umiejętności, gdy redakcja składa się z młodych ludzi bez doświadczenia.

    Oczywiście „marka” Lisa może pomóc. Ale na razie jest bardzo kiepsko, zarówno pod względem idei stojącej za projektem (brak), jakości tekstów (kiepska), oryginalności (już w dniu premiery znaleziono kilka tekstów wyglądających na promocyjne czy „zapożyczone” z innych serwisów) oraz oglądalności.

  3. 22

    B M :
    Tu się nic, zwłaszcza długoletniego, nie “honoruje”. Profesor uczelniany to OFICJALNA nazwa stanowiska, które może niekiedy otrzymać osoba nawet ze stopniem magistra. I mówi się do niej “panie profesorze” nie z uprzejmości, tylko dlatego, że ten zwrot się jej należy jak psu buda.

    Na pewno mówiłby Pan na Leppera „profesor”, choćby i był on na jakichś białoruskich, czy ukraińskich uczelniach w tej roli był zatrudniony. Już to widzę…
    Po drugie fama głosi, że Bartoszewski nawet magistra nie ma…

    1. Nie, nie mówiłbym do Leppera tak. Mówiłbym „panie premierze”, bo taki jest zwyczaj w Polsce. I nie powiem do Wałęsy „panie doktorze”, choć ma doktoratów hc pewno ponad 100. Powiem „panie prezydencie”, choć nie głosowałem na niego. Magistra – jeśli to pana interesuje – nie miał niejaki Banach, jeden z największych matematyków świata; warto o tym pamiętać. Dodam, że umiałbym wskazać paru idiotów z tytułem „belwederskiego” profesora (spory wybór u Rydzyka). A Bartoszewski niemal za każdą ze swoich książek mógłby z łatwością dostać zasłużony doktorat lub habilitację. Gdyby tylko zechciał w ten sposób uczynić zaszczyt jakiejś uczelni. Ale – jako autentycznemu intelektualiście – wisi mu to i powiewa. Jak i wszelkie złośliwości półgłówków oraz „patrydiotów”.

      1. Poruszając temat Bartoszewskiego rozpocząłem trochę mimowolnie dyskusję na temat tytułów , która zmierza w dziwnym kierunku. Zrobiłem niepotrzebną dygresję do osoby W. Bartoszewskiego , którym to wyznaniem pragnę zakończyć dyskusję na temat osoby tego pana , która i tak do żadnych merytorycznych wniosków nie ma szans doprowadzić. Mam nadzieję , że Gospodarz podziela moje zdanie ?

        1. Otóż nie, panie Danielu. Po pierwsze, wywołał Pan temat stopni i tytułów naukowych, w której to materii panuje wśród szerokiej publiczności kompletne pomieszanie pojęć. W gruncie rzeczy jest to dla zwykłych zjadaczy chleba terra incognita i warto ten temat podjąć szerzej; a pamiętajmy, ze w Polsce mamy w tym względzie system szalenie skomplikowany i prowadzący do zupełnie zbędnych nieporozumień. Druga sprawa – to osoba profesora Bartoszewskiego, która dość wyraźnie oddziela prawicę – nie, nie od lewicy, od umiarkowanego i rozsądnego centrum. Nie mogę pojąć, czemu ten miły i inteligentny człowiek budzi takie emocje. Czyżby tym, że unormował stosunki polsko-niemieckie i bronił przez całe życie prześladowanych Żydów? Jakkolwiek jest, warto i trzeba o tym otwarcie mówić.

          1. Co to tytułów naukowych to ma Pan stuprocentową rację jeśli do tytułów inżynier , magister , doktor i doktor habilitowany nie ma dla przeciętnego człowieka problemu to właśnie tytuł profesor nastręcza problemów tytularnych. Może być profesor „belwederski” czyli zwyczajny, profesor nadzwyczajny , gdzie skrót prof. pisze się za pełnym imieniem i nazwiskiem koniecznie z nazwą uczelni , w której jest profesorem. Do tego dochodzi jeszcze tytuł profesora oświaty nadawany wybitnie zasłużonym dla oświaty. Tytuł ten nosi np. Henryk Pawłowski mentor wielu młodych matematyków. Do tego doktor habilitowany też jest nazywany profesorem , gdyż nikt nie powie „panie doktorze habilitowany”. . A mamy jeszcze wielce zawiły tytuł docenta , który w Polsce ma negatywne konotacje bo jest jeszcze trochę tych „marcowych docentów”. I jeszcze nowy „tytuł” tfu tfu … licencjata . Ale ten ostatni to raczej zwięczenie nauki w Wyższych szkołach tego i owego.
            Problemem jest też różnica między tytulaturą w różnych krajach. W niektórych nie ma habilitacji i polski dr hab. wtedy jest tam tytułowany profesorem. Trzeba też pamiętać także , że w Rosji jest jeszcze nieznany u nas kandydat nauk odpowiedni doktoratowi choć nastręcza problemów jego tłumaczenie.
            Ma Pan rację – zawiłe jak cholera.

  4. Tomasz Lis jest WYJATKOWO SPRAWNYM dziennikarzem. Nie jest DOBRYM dziennikarzem.

    Zenujace widowisko z Kasia Cichopek to jakies totalne anty-dziennikarstwo.

    Slynny wywiad z Kaczynskim to kolejna sprawa. Nie jestem wyborca PiSu, a gdy widze Hofman, czy innego Brudzinskiego, to mi zle robi, ale pytania do Kaczynskiego w rodzaju: „Panie prezesie kiedy pan byl ostatnio na meczu?2 lata temu i to byl mecz Jagielloni?A zkim grala Jagiellonia, pamieta pan czy nie pamieta?” i wiele innych – chamskie, czepialskie, niemerytoryczne – zwyczajnie glupie.

  5. Gdyby jeszcze ten , co trzeba przyznać , dobry dziennikarz oduczył się mówić „profesorze” do Bartoszewskiego to byłoby jeszcze lepiej. To tak a propos mówienia po nazwisku do Rydzyka.

      1. Rzecz w tym, że pan Bartoszewski nie jest profesorem (dobrze pamiętam, czyż nie?)
        Podobnie, jak pan Rutkowski nie ma licencji detektywa (dobrze pamiętam, czyż nie?)

        1. W takim razie mam z siebie robić chama i opierając się na tej zasadzie do moich nauczycieli w liceum też mówić na „PAN”? Do śp. Lecha Kaczyńskiego (za jego życia) w takim razie tez nie powinno się mówić PROFESORZE, bo miał on tytuł profesorski nadany na tej samej zasadzie co Władysław Bartoszewski.

          PS. Władysław Bartoszewski wykładał historie II wojny światowej. W czasie wojny siedział w Oświęcimiu, działał w AK i uczestniczył w powstaniu warszawskim. Drogi jezter czy wydaje Ci się że jakiekolwiek wykształcenie daje większą od takiego doświadczenia wiedzę o realiach wojny?

        2. Typowe. Profesorem jest się na dwa sposoby: (1) przez otrzymanie takiego TYTUŁU od prezydenta i (2) przez zatrudnienie na uczelni na STANOWISKU profesora. W obu wypadkach mówimy „panie profesorze”. Z tym, że w wypadku (2) nie trzeba mieć czasami nie tylko habilitacji, ale nawet doktoratu. To właśnie dotyczy WB, który był zatrudniony jako profesor na kilku uczelniach – polskich i niemieckich. Co więcej zwyczajowo tytułuje się profesorami wykładowców i starszych wykładowców. BTW: Lech Kacz też był tylko uczelniany, prezydent go nie mianował. Ale prawaczkowie podchodzą do tematu jak zwykle wybiórczo.
          PS. Mówienie „profesorze” bez dodawania „panie” to brak wychowania. Tak może się zwrócić do niego ktoś wyższy w hierarchii społecznej, albo równy. Ale i on nie powinien…

          1. Nie, nie panie Bogdanie chodziło mi o to ,że Bartoszewski nie ma tytułu profesora , ale nie pomyślałem o tym o czym był Pan łaskaw napisać odnośnie honorowania tytułem profesora długoletniego pracownika uczelni , którego nobilituje wiek i wysługa lat. Być może wynika to z mojego bardzo negatywnego stosunku do Bartoszewskiego jako ministra spraw zagranicznych RP .

          2. Tu się nic, zwłaszcza długoletniego, nie „honoruje”. Profesor uczelniany to OFICJALNA nazwa stanowiska, które może niekiedy otrzymać osoba nawet ze stopniem magistra. I mówi się do niej „panie profesorze” nie z uprzejmości, tylko dlatego, że ten zwrot się jej należy jak psu buda. Z grzeczności mówi się „profesorze” do wykładowcy i starszego wykładowcy . Te słowa też nie mają nic wspólnego z wiekiem: są nazwami oficjalnymi innych stanowisk na uczelni. Stanowiska te otrzymują zazwyczaj osoby zajmujące się jedynie dydaktyką i nie prowadzące badań naukowych. Starszym wykładowcą może być więc człowiek 30-letni. Nie musi on mieć habilitacji.

          3. Drobiazg na marginesie — można zostać profesorem zwyczajnym bez habilitacji — ustawa dopuszcza (a przynajmniej dopuszczała, bo czytałem ją kilka lat temu) ‚inne wybitne osiągnięcia’.

  6. „.. cały ten kapi­ta­lizm w Pol­sce jest zwy­czaj­nie udawany…”! – Bogdanie, lejesz miód na moje znękane serce! To znaczy, że może jednak być trochę lepiej, choć niewidziana ręka rynku będzie mnie walić w łeb bez litości??!!

    Popatrz – wolfram dlatego tkwi w starych żarówkach, że jest nieprzepalalny!!! Nic go nie strawi ani nie zniszczy – z wyjątkiem większej ilości tlenu, jak się wreszcie kiedyś trochę w tym kraju przewietrzy, to się utleni na popiół …

  7. Mnie dziennikarstwo Tomasza Lisa nie odpowiada, choć rzeczywiście imponuje obyciem i wszechstronnością.
    Zatrzymałem się przy akapicie o „kurze znoszącej złote jaja”. Odwiedziłem stronę Związku Kontroli Dystrybucji Prasy (http://www.zkdp.pl). Nie ma jeszcze zbiorczych wyników kontroli za rok 2011. W okresie styczeń-listopad 2010 „rozpowszechnianie płatne razem” w przypadku Wprost wyniosło: 101 124. Przejrzałem pobieżnie arkusze miesięczne z roku 2011. Wyniki chyba się poprawiły, lecz szału raczej nie ma.

  8. Tak, lis usowiecił wprosta czyniąc z niego kolejną moskiewską gadzinówkę. W niusłiku będzie robił za kilo kitu do uszczelniania tego radzieckiego nowotwora. Później „kupią” go fakty i mity. Dopiero tow blogger dostanie wzwoda.

    1. Dziękuję za ten komentarz. Sam bym sprawy nie ujął trafniej, gdybym chciał skompromitować wrogich rozumowi „prawdziwków”. Nie muszę się, chłopaki, fatygować: sami sobie walicie kupę na głowę.

    2. 1. Lis zamienia wszystko czego się dotknie w złoto. 2. Jeśli nie zamienia, to patrz punkt pierwszy…😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.