Sekundy grozy

Niektórzy ludzie usprawiedliwiają posiadanie jeszcze odbiornika telewizyjnego zdaniem „bo widzi pan, kanały Discovery oglądam i CNN mi się zdarza”. Odnoszę się do takich enuncjacji nieco sceptycznie (jakoś niezbyt wierzę w tę znajomość angielszczyzny w stopniu pozwalającym na korzystanie z CNN…), ale w sumie z sympatią. Tyle,  że to już przestaje być usprawiedliwienie zasadne. I to nie tylko dlatego, że kanały Discovery – wywodzące swój rodowód z roku jeszcze 1985 i wówczas stanowiące niemal objawienie na rynku telewizyjnym – w pogoni za oglądalnością i reklamą w ciągu swego niemal trzydziestolecia okrutnie spsiały: można tam dziś obejrzeć tematy-brednie, niegdyś niemal nie do pomyślenia, typu rozważań o duchach, życiu pozagrobowym czy UFO. Również dlatego, że ekipa redagująca polską wersję tego kanału została dobrana najwyraźniej w sposób urągający przyzwoitości. Stwierdzam z całą mocą: są tam ludzie skrajnie niekompetentni. 

Oto przykład. W kanale World nadawany jest serial dokumentalny Sekundy grozy, poświęcony różnego typu katastrofom (wiadomo: dobry wybuch czy efektowny truposz sprzedaje reklamy najlepiej…). No i przed kilku dniami lektor zafundował nam bełkot o „holenderskiej satelicie, która…”. Kretynizm ten, obrażający uszy absolwenta szkoły podstawowej z tróją z polskiego, powtórzony został kilkakrotnie; nie było to więc żadne przejęzyczenie.

Rozumiem, że stacja może zatrudniać lektora-półanalfabetę, jeśli ma ładny głos; znam takie przypadki z dawnych czasów. Ale jeżeli już, to półanalfabetą nie może być autor tekstu, redaktor programu ani realizator nagrania; a tu wyraźnie zwyczajnymi pełnymi pogardy dla widza nieukami są wszyscy, którzy mają z tą aferą cokolwiek wspólnego.

Powiecie: starszy pan się piekli z powodu jakiegoś incydentu. Rzecz w tym, że to nie jest incydent. To w tym kanale norma. Nie chce mi się już przytaczać ich piramidalnie bzdurnych dosłownych tłumaczeń z angielskiego na polski, o których nie opowiadam już zaprzyjaźnionemu królowi polskich anglistów, prof. Szkutnikowi, bo boję się, że szlag starszego w końcu człowieka trafi na miejscu. Furda zresztą angielski: oni tak czują ducha języka polskiego, jak ja znam chiński dialekt mandaryński! W tym samym programie, w którym im latała ta nieszczęsna „satelita” (debilki kochane: słowo kończące się na a nie musi być rodzaju żeńskiego!) mowa była o tym, że jakiś tam wybuch „dał się czuć” w odległości kilometra; tak cuchnął znaczy, ten wybuch?

W sumie: rozpacz i degrengolada. Groza, ale – niestety – nie sekundami wcale mierzona.

A jeżeli zapytacie skąd się wzięła ilustracja do tego wpisu, to wam odpowiem: stąd, że chcę rozpropagować sympatyczny serwis internetowy Scoop.it  (kto nie wie: scoop to w dziennikarstwie bardzo gorąca i sensacyjna wiadomość czołówkowa), który pozwala każdemu łatwo robić własny dziennik internetowy. No i ja go też robię, najzupełniej subiektywnie i dość złośliwie wybierając z Sieci pewne informacje, które wydają mi się ciekawe. Jeżeli zauważycie, że tendencyjnie dobieram takie, które źle świadczą o pewnych ideologiach czy światopoglądach, ośmieszają lub kompromitują niektóre media społeczne albo ich protektorów, nie sprzyjają tradycyjnemu rozumieniu różnych Podniosłych Pojęć – to wam powiem: bingo. Trafiliście.

Ale chyba niczego innego po starym lewaku nikt się nie spodziewał?

18 thoughts on “Sekundy grozy

  1. Na Animal Planet nie odróżniają tygrysiątka od lwiątka.Tak!!!Nie przesłyszałem się!Szok!

  2. @WG : Ty planeto blady! Wyrzuć w cholerę tego Trynitrona Blacka. One zwyczajnie nie psują się nigdy. Więc jak on ma 20 lat, to nie masz szans go przeżyć. Jednego kupił mój Ojciec za wczesnego Gierka, ja odziedziczyłem, w początku lat 90-tych podarowałem ludziom na portierni w IMP-ie. Zajrzałem tam przypadkiem miesiąc temu o coś zapytać, i on tam dalej biega jak myszka. A z tym zaimpregnowaniem to ja bardzo uważam, czy to nie jest tak jak z zapachami. Bo jak człowiekowi nie śmierdzi, to on myśli że nie śmierdzi. A to tylko jego miłosierny węch powyłączał receptory. I jeśli to tak by (nie daj Boże) miało stępieć na stałe?
    Strach, rany boskie! (Nawiasem mówiąc: każdy chemik Ci powie, że pierwszym objawem zatrucia siarkowodorem jest zaprzestanie odczuwania jego zapachu.)

  3. Pierwsze żeńskie satelity napotkałem bodaj już w latach 70-tych w warsztatach samochodowych. Oczywiście były one w dyferencjałach, zaś na półośce spotykano wtedy gumową „manszetę”. Przy zapożyczeniach z Niemieckiego to proces dość częsty, ale nie przekraczający środowiskowego żargonu, lub wyrażeń celowo stylizowanych (np. „giwera”).

    Bolesny temat Discowery, NatGeo czy Animal Planet to osobna sprawa. Powszechna tam nieznajomość obu języków może nawet początkowo bawić, gdy poznajemy np. nowego uczonego – Hambolda, lub nieznane zwierzęta – np. „moraj” (po polsku – murena). Na dłuższą metę odbieram to jako wyraz głębokiej pogardy dla jakiejkolwiek dobrej roboty. I dla mnie osobiście. Co frustruje, bo jak tym bucom umazać nos w gównie, które nam co dzień serwują?

    Nie znam niestety, do tej pory, żadnego opracowania, które objaśniałoby te mechanizmy negatywnej selekcji personelu komercyjnych (myślałby kto) instytucji. Jakoś kojarzy mi się to z powszechnym już niemal w wydawnictwach zaniechaniem korekty tekstów, bo rzekomo nas na to nie stać. Co skreślimy w następnej kolejności?

  4. Drogi Imienniku,

    pozwalam sobie na tę pewną poufałość ze względu na wspólnotę imienia i wieku. Zachłyśnięcie się Discovery mam dawno za sobą (20 lat?), za to ze względu na zainteresowania zawodowe i prywatne czytam sporo o technice odbioru satelitarnego radia i telewizji i bywam na konferencjach i targach z tym związanych. Forma „ta satelita” występuje w większości instrukcji obsługi wydawanych w Polsce, czy tłumaczonych na polski. Próbowałem z tym walczyć, pisząc do producentów (tych lokalnych, w Polsce) – skutki były co najwyżej chwilowe. W ubiegłym roku wdałem się w dyskusję na ten temat, na stoisku targowym krajowego potentata w tej dziedzinie. Wysoki rangą przedstawiciel handlowy rozbrajająco podsumował rozmowę stwierdzając, że u nich w firmie tak przyjęto mówić i pisać i już. Z instrukcji obsługi zaraza ta szerzy się na użytkowników i fachowców. I tak też jest np. w większości sklepów internetowych, handlującym sprzętem satelitarnym. Często można tam przeczytać np. o sprzęcie do odbioru programów „z dwóch satelit”. W licznych sklepach i witrynach można spotkać obie formy – męską i żeńską (z przewagą jednak tej ostatniej), co zależy zapewne od tego, kto daną pozycję dopisał. Bronią się przed tym jeszcze pisma fachowe, takie jak np. łódzki Magazyn TV-Sat czy krakowski Sat-kurier, ale to ostatnie już bastiony…

    pozdrawiam
    bp

Możliwość komentowania jest wyłączona.