75

Piękna liczba. Potrojony kwadrat piątki. Liczba atomowa renu. Limit wieku dla senatora w Kanadzie. Numer gromady kulistej w gwiazdozbiorze Strzelca w katalogu Messiera. Rok, w którym podobno urodził się rzymski historyk Swetoniusz. I – co dla mnie najważniejsze – liczba lat, które udało mi się przeżyć.

Nadziało mi się przez te trzy ćwierci wieku od cholery. Przeżyłem ucieczkę z bombardowanej rodzinnej Warszawy na Kresy; potem ucieczkę stamtąd – przez zieloną granicę – znowu do Warszawy, bo zaczęły się wywózki Polaków, o czym pewien Okrutny Komuch uprzedził moją matkę i namówił ją do powrotu do Polski. Potem przeżyłem całą okupację w znanym dziś zupełnie skądinąd mieście Pruszkowie. Na własne oczy widziałem egzekucję zbiegłych ze słynnego pruszkowskiego obozu trzech Żydów i własnym nosem czułem w jakiś czas potem zapach ich ciał przy powojennej ekshumacji. Sam ze trzy razy stałem z matką pod ścianą i czekałem na rozwałkę. Widziałem – choć dorośli dość starannie usiłowali to przede mną ukryć – schowane w biurku spluwy i wiedziałem po co młodzi ludzie je stamtąd biorą jadąc do Warszawy; bywało, że wracali nie wszyscy i nie w całości.

A potem przeżyłem cały PRL.

Wbrew wielu dzisiejszym relacjom – pamiętam entuzjazm, z jakim w styczniu 1945 roku kobiety – wokół zostały już prawie tylko one, bo mężczyźni w większości wyginęli – biegły witać wkraczające do miasta radzieckie czołgi. Pamiętam i swoje rozczarowanie, że te wkraczające wojska są jakieś takie zwyczajne; a przecież to mieli być moi ukochani Indianie, czyli Armia Czerwona; rozczytanemu w Karolu Mayu gówniarzowi nie mieściło się w głowie, że Czerwoni nie noszą pióropuszy i nie używają tomahawków.

Ale byli mili, choć nie było wśród nich Winnetou, niestety. Gdy nadszedł 9 maja, któryś z nich dał mi w rękę spluwę – przepiękny rewolwer marki Nagant – i pozwolił wywalić w powietrze cały bębenek: bo to było zwycięstwo. A inny, zakwaterowany w naszym domu oficer – jak się potem okazało, autentyczny książę, który jakoś się specjalnie nie chwalił swoim pochodzeniem społecznym – uratował mi życie, sprowadzając cudem niedostępne wówczas lekarstwa.

A potem poszedłem do szkoły. Do czwartej klasy: sporo już umiałem, bo w czasie okupacji byłem uczony w domu przez pewnego młodego księdza; no i jakoś sam się nauczyłem czytać i od czwartego roku życia pochłaniałem wszystko, co było w zasięgu ręki wydrukowane. Ten ksiądz ma swój niezamierzony i niezasłużony zupełnie udział w ukształtowaniu mojego ateizmu: jego entuzjastyczny przekaz historii o Abrahamie i Izaaku zniechęcił mnie do tego okrutnego starca, który jakoby siedzi tam w górze – raz na zawsze. Potem utrwalił moje poglądy drugi bałwan w sukience, który przy pierwszej spowiedzi spytał mnie, czy dłubałem jakiejś koleżance w majtkach. Poczułem się tak straszliwie obrażony, że od tamtej pory bywam w kościele tylko z okazji jakichś ślubów i pogrzebów; i to z silną niechęcią.

Szkoła była fajna, choć bywałem w niej rzadko. Nie, nie wagarowałem. W ogóle byłem na wagarach raz w życiu, kiedyśmy całą klasą udali się na wieść o tym, że nie będzie matury z biologii do parku, gdzie się potężnie schlaliśmy. Ale ja w ogóle należę do ludzi, którzy szanują prawo i przepisy; chodzenie na wagary było wbrew temu, więc nie chodziłem. A nie bywałem w szkole, bo byłem dzieckiem potwornie chorowitym. Co mnie oczywiście wyłączyło ze szkolnej społeczności prawie zupełnie: nie grałem w piłę, nie jeździłem na łyżwach (w Pruszkowie to była tradycja, większość moich kolegów osiągnęła w tej dyscyplinie sportu – albo w lekkiej atletyce, też wówczas modnej – poziom mistrzowski), czytałem jakieś 20 razy tyle co inni (a co miałem robić leżąc w łóżku? Telewizji wówczas nie było, a ile da się słuchać radia?).

Wyrósł więc ze mnie klasyczny sfrustrowany jajogłowy. Ale jakoś nie przeszkodziło to moim kolegom wybrać mnie… prezesem klubu sportowego, którego to faktu wspomnienie rozśmiesza mnie do dziś. W ogóle wybierali mnie na większość funkcji, jakie były pod ręką.

Byłem ostro zaangażowany politycznie, nie ukrywam. Głoszone przez komunistów ideały równości, wolności i sprawiedliwości społecznej w pełni mi odpowiadały. Najwcześniej jak się dało wstąpiłem – dobrowolnie i entuzjastycznie – do ZMP i z dumą nosiłem czerwony krawat do zielonej koszuli. Byłem nawet delegatem na Zlot Młodych Przodowników w roku 1952 i defilując na Placu Konstytucji przed Bierutem zgubiłem obcasy u ukochanych butów, tak „przybijałem”. A potem dostałem nieludzkiej sraczki, bo żywili nas na tym Zlocie grochówą z żołnierskiego kotła. Pyszną zresztą.

A potem było tak, że gdy chcieliśmy wybrać – już nie pamiętam na jaką szkolną funkcję – pewną młodszą koleżankę, to obecny na sali Przedstawiciel miejskiej władzy ZMP zaprotestował: jej matka miała warsztat kapeluszniczy, była pry-wa-cia-rą! Ka-pi-ta-listką! Wy-zyski-waczem (zatrudniała jakiegoś terminatora…)! Dostrzegłszy idiotyzm takiego stawiania sprawy – dość ostro opierdoliłem owego Przedstawiciela. Pryncypialnie zmieszałem go z błotem, z pozycji jak najbardziej marksistowskich zresztą.

No i zaraz potem okazało się, że nie mogę być przyjęty na studia. Partia i ZMP przypomniały sobie nagle o moim absolutnie niesłusznym pochodzeniu (syn przedwojennego profesora uniwersytetu, który w dodatku – zdrajca jeden! – po wojnie nie powrócił do kraju i przyjął, okropność, obywatelstwo USA…). No i wystawiły mi opinię, w której napisały, że ten oto osobnik w Polsce Ludowej żadnych studiów odbywać nie może, w życiu.

Ale wtedy akurat kojfnął batiuszka; przepraszam, opuścił nas Towarzysz Stalin, Słońce nasze, kurwa. No i się zaczęła pierwsza odwilż. Po roku pokornego odrabiania win(?) w pracy z tzw. młodzieżą trudną (byłem przewodnikiem jednej z drużyn harcerskich) i złożeniu Towarzyszom solennej obietnicy, że już nigdy nie będę nosił krawatów w palmy ani gołe dziwki oraz butów na trzycentymetrowej „słoninie” – pozwolono mi stanąć do egzaminu na Wydział Matematyki UW. Stanąłem.

I zaczął się – jak to dziś widzę – najlepszy okres w moim życiu. Trafiłem w cudowne, całkowicie zwariowane środowisko; kiedyś o nim jeszcze napiszę, bo tym ludziom to się należy. Jedno wam powiem: od tamtej pory kilkanaście pokoleń przeszło przez moje ręce, bo przez wiele lat sam byłem – i jestem – nauczycielem akademickim; i wszystkim tym ludziom serdecznie współczuję, im bliżej współczesności – tym bardziej. Oni nie mają cienia wyobrażenia jak cudownym i szczęśliwym czasem może być czas studiów; pod warunkiem, że nie musisz się martwić o dochody (ja nie musiałem: stypendium naukowe zaspokajało moje potrzeby materialne, niewielkie zresztą, w zupełności) i nie musisz myśleć o pracy – bo jak jesteś dobry, to przyjdzie cię zatrudnić 20 chętnych.

Dlatego dziś tym, którzy jęczą, że byli przez PRL ugniatani, że nie porobili karier, że mają małe emerytury, że to był straszny zniewolony kraj – odpowiadam: miałeś wszystkie możliwości, bracie. Mogłeś się za darmo uczyć i nieźle przy tym balować. Nie zrobiłeś tego – twoja sprawa. Pretensje – jak mówił jeden z moich przyjaciół – wnosić do Składu Węgla, Smocza 7: od przedwojny nie istnieje.

Nie dotyczy ta uwaga ludzi, którzy mieli po prostu inne zdanie niż ówczesne władze. Tacy ludzie, z którymi zetknąłem się w życiu, jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski – zasługują na sam czysty szacunek. Kiedyś też rozwinę ten temat z chęcią.

Widzę, że za chwilę napiszę autobiografię. Może ją i napiszę, ale na pewno nie dzisiaj. Więc tylko jeszcze zwrócę uwagę, że przeżywszy wojnę i cały PRL – przeżyłem również transformację ustrojową. Zdziwicie się może: ale akceptuję ją i pochwalam: sądzę po prostu, że poprzedni system wyczerpał swoje możliwości. Oraz – tfu, na psa urok – przeżyłem próby wprowadzenia IV RP, oby jej pamięć sczezła; tu już mój entuzjazm dla zmian silnie malał. Ale okazało się, że nie zidiocieliśmy do końca jako społeczeństwo…

Sądzę, że na trzy ćwierci wieku to sporo. Ciekaw jestem, co – w sensie nasycenia wydarzeniami historycznymi  – stanie się udziałem moich wnuczek; życzę im, by miały nudniej ode mnie, szczerze.

Wyjaśniam na koniec, że mam zamiar trwać jeszcze długo. Dopóki z mózgu nie zrobi mi się jajecznica.

19 thoughts on “75

  1. trafiłam na adres tego bloga na blogu pana Barnaby, którego komentarze podczytuję od czasu do czasu. Zaciekawiło mnie sformułowanie po prawej dotyczące XYZ i matematyczne wykształcenie rozwijane do profesury włącznie. Niestety nie miałam szczęścia uczestniczyć w rozwoju polskich komputerów, ale jako programista zaczynałam od UMC1. Imponują mi matematycy. Może to skanalizowanie kompleksu – zawsze chciałam być Marią Curie polskiej matematyki. Pozostały marzenia. Świetnie się czyta ironiczne artykuły pana Profesora. Nie wszystko i nie każde określenie jest do zaakceptowania, ale mędrkować nie będę, ostatecznie nikt mnie nie zmusza do akceptacji. Zawsze można pomilczeć i odejść.

    1. Gwoli prawdzie: nie jestem profesorem. W całej karierze akademickiej nie przeskoczyłem formalnej pozycji starszego wykładowcy. Ale miło czytać słowa uznania – specjalnie od osoby, która pisała na UMC-1. Assembler tej maszyny był wszak jednym z najtrudniejszych na świecie…

      1. Proszę, nie wiedziałam o tym, że pokonałam takie trudności. Po prostu nie było okazji porównania z innymi asemblerami a student przedziera się przez wiedzę podaną przez wykładowców z determinacją godną zaliczenia. Programy pisaliśmy również w języku K1. Jeżeli się nie mylę jego twórcą był dr Jan Kudela. Assemblerowcy zawsze budzili mój podziw, ja niestety później programowałam tylko w językach wyższych poziomów.

    1. Dziękuję. Już zapomniałem o tej książeczce. 60 000 nakładu… Dziś nie do pomyślenia, chyba że to „Harry Potter”.

  2. Boguniu, ja jak zwykle spóźniona i schamowaciała, przesyłam Ci życzenia życia pięknego i w doborowym towarzystwie, przy równie lub prawie równie doborowych trunkach, a i dobrych filmach i literaturze, a jakże. Oh, chce się Ciebie czytać i czytać. Człowiek nie ma Ciebie dość.

  3. Dużo zdrowia i choć zabrzmi to niemal nietaktownie wobec tak inteligentnej i mającej dużą wiedzę Osoby, myślę, że wybaczy Pan słowa: (korzystając z dwuznaczności tego wyrazu) winszuję ciągłego rozwoju.
    I takie małe skromne życze trochę wbrew Panu, za które przepraszam jeszcze bardziej: poznawania ludzi, którzy łączą wiarę religijną z głęboką wiedzą, rozsądnym myśleniem i tolerancją. Nie chodzi o osoby konkretnego wyznania ani o jakieś nawracanie. Ot, po prostu myślę, że byłoby czymś miłym, gdyby zetknął się Pan z taką ciekawostką przyrodniczą.

Możliwość komentowania jest wyłączona.