Kraków. Wspomnienie debiutu.

Miasto Kraków jest młode duchem. Oto kolejny dowód: dziś właśnie dowiedziałem się, że zafundowało sobie wirtualny spacer; zupełnie niezły w realizacji i ciekawy. No i odbywając ów spacer trafiłem – bo zresztą tego szukałem – na Muzeum Farmacji. Miejsce przeciętnemu turyście mało chyba znane, a warte zwiedzenia; stamtąd właśnie pochodzi ilustrujące ten ten tekst zdjęcie.

Dla mnie to miejsce ważne nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że piękne i urokliwe. Głównie dlatego, ze to miejsce mojego debiutu telewizyjnego sprzed niemal dokładnie półwiecza.

Było wczesne lato roku 1961, gdy rozstrzygnięto ciągnący się ponad rok konkurs na prezenterów telewizyjnych. Startowałem w nim – z dość niejasnych powodów, bo przecież swoja przyszłość wiązałem zupełnie zdecydowanie z matematyką i Uniwersytetem Warszawskim, a może z komputerami; pracowałem wszak wówczas w Zakładzie Produkcji Doświadczalnej Maszyn Matematycznych w obsłudze pierwszego polskiego komputera XYZ i miałem już nawet rangę „starszego programisty”. No, ale – nieco „dla jaj”, częściowo zaś dlatego, że pewna pani coś akurat źle mówiła o matematykach i ich jednostronności, mus więc był udowodnić jej, że tak nie jest – w konkursie tym wystartowałem.  Być może opowiem kiedyś o jego przebiegu, bo był dość zabawny; teraz jednak nie ma na to miejsca.

W konkursie brało udział ok. 6000 osób. Po kilku etapach, rozłożonych – jak mówiłem – na cały rok, została nas dwunastka. Całej dwunastce zaproponowano – do wyboru – etaty w dowolnych redakcjach telewizyjnych lub radiowych lub współpracę na zasadzie umów o dzieło. Wybrałem to drugie i redakcję programów popularnonaukowych. Oddano mnie pod opiekę red. Maryli Wiśniewskiej-Kołaczkowskiej, która kierowała wówczas zespołem tzw. Wszechnicy Telewizyjnej.

Onaż Maryla bardzo się z mojego pojawienia w redakcji – zieloniutkiego zawodowo jak szczypiorek, oczywiście – ucieszyła . – Z nieba mi pan spadł – powiedziała – akurat nie mam sprawozdawcy do reportażu na żywo – przypominam, innych nie było, bo nie istniały jeszcze wówczas żadne środki rejestrowania programu –  z Muzeum Farmacji w Krakowie (właśnie!). Jedziemy za dwa dni, proszę sobie kupić bilet i spotykamy się w Muzeum…

Zgłupiałem kompletnie. Przecież ja – poza przebiegiem wspomnianego konkursu – nie miałem nigdy w ręce mikrofonu, a kamery telewizyjnej nie widziałem na oczy jak żyję. No, ale słowo powiedziane – kobyłka u płotu. Wziąłem trzy dni wolnego w Zakładzie, w pociąg – i do Krakowa.

Scenerią reportażu było to właśnie miejsce w muzeum, które jest uwiecznione na zdjęciu. Stałem tam przed panem kustoszem z sitkiem w ręce i rozmawialiśmy; oczywiście, nie było żadnej improwizacji. I on, i ja mieliśmy napisane każde słowo i trzeba je było po prostu umieć na pamięć i wyrecytować w odpowiednim momencie. Po to były dwa pełne dni robocze prób, żeby to wypadło naturalnie.

Na próbach szło wszystko doskonale. I pan doktor Proń – kustosz, i ja umieliśmy tekst „na blachę”, czuliśmy się swobodnie i w ogóle było OK. Nawet kamerzyści byli zadowoleni. Aż do samej emisji…

Było otóż tak, że  tylko udawaliśmy wówczas istnienie czegoś, co się nazywało Telewizja Kraków. Zdaje się nawet, że miała ona jednego czy dwóch pracowników, ale w gruncie rzeczy składała się niemal wyłącznie z planszy sygnalizacyjnej; nie było jeszcze ani studia, ani wozu transmisyjnego. Plansza – i towarzyszący jej sygnał dźwiękowy, słynny „krakowiaczek”, to było wszystko. Nawet spikerka krakowska pojawiała się na antenie ze studia katowickiego, gdzie po prostu wymieniała się miejscami ze spikerem ze Śląska.

Nasz reportaż realizował więc wóz transmisyjny ściągnięty także z Katowic. Wóz transmisyjny, ha! Stary, mocno odrapany autobus marki Chausson, do którego polscy technicy wpakowali trochę elektroniki i powiązali wszystko drutem. Nie wyglądało to poważnie, ale nie o to przecież szło: to działało.

Planowy przebieg reportażu był taki: miał się pojawić na ekranie spiker katowicki, pan Kopacz, i zapowiedzieć łączenie z Krakowem. Potem miała się pojawić na 20 sekund (też nadawana z Katowic) plansza krakowska z nadawanym trzykrotnie sygnałem, co dawało czas na błyskawiczną zmianę na krześle spikerskim; miała tam usiąść spikerka „z Krakowa”. Ona z kolei miała zapowiedzieć „łączymy się z wozem transmisyjnym”; teraz wóz miał nadać planszę Wszechnicy Telewizyjnej (charakterystyczne studium anatomii ludzkiej Leonarda) do jej sygnału dźwiękowego, którym było stylizowane „Gaudeamus…”. Ten sygnał też miał być nadany trzykrotnie, po czym pojawiałem się na ekranie ja z mikrofonem w ręku – i dalej zgodnie ze scenariuszem. I jeszcze jedna informacja: otóż ja słyszałem te wszystkie dźwięki dzięki tzw. przesłuchowi ze słuchawek kamerzystów. Nie miałem zielonego pojęcia, że to co słyszę – to nie jest dźwięk słyszany przez widzów (tzw. „po wysokiej”), tylko techniczny dźwięk „po niskiej”, w którym polecenia realizatorów i cały bałagan wewnętrzny są dokładnie wymieszane z dźwiękiem programu…

Plan – planem, życie – życiem.

Stoję ja z tym sitkiem w ręce i myślę tylko o jednym: żeby nie pomylić nazwiska kustosza, które jest niebezpiecznie bliskie dźwiękowo pewnemu łatwemu do zgadnięcia słówku; niezbyt przyzwoitemu. Gapię się stojący z boku monitor podglądu programu. Słyszę z owego przesłuchu bardzo wyraźnie wszystko co się dzieje – a więc zapowiedź Kopacza, na monitorze pojawia się plansza Krakowa i krakowiaczek leci trzy, cztery, pięć, sześć razy…

Coś, cholera, nie tak – myślę sobie, ale jeszcze jestem spokojny. Pojawia się wreszcie spikerka krakowska, pada zapowiedź, na ekranie plansza Wszechnicy – i „Gaudeamus” wybrzmiewa… osiem razy. Po czym słychać charakterystyczny wściekły wizg cofanej taśmy magnetycznej i potężny bas, mówiący „O kurwa, ale przeleciało…„. I w tym momencie kierownik produkcji robi charakterystyczny ruch ręką – że niby mam zaczynać. No i pojawiam się na monitorze…

Co ja czułem – nikt nie wie. Byłem ugotowany. Ale co było robić? Skoro nikt nie przerwał programu, to przecież nie zrobi tego reporter – debiutant. Lecieliśmy zatem z panem doktorem dalej, zgodnie ze scenariuszem. Nie przerwaliśmy nawet wówczas, kiedy jeden z operatorów kamer cofając swój sprzęt wjechał nim w przepiękną gablotę  i narobił masę huku tłukąc cenne porcelanowe naczynia…

Myślałem jedno: co ma być, to będzie. Po 25 minutach program się skończył, a ja popędziłem do łazienki by sprawdzić, czy już jestem siwy.

Nie byłem. Posiwiałem dopiero w 15 lat później, koło czterdziestki; ale to inna bajka. Choć praca w telewizji też miała w tym niewątpliwy udział.

A program miał… świetne recenzje wewnętrzne. Zaraz potem dostałem do zrobienia następny, potem następny – i zaczęła się Wielka Przygoda.

Oczywiście, słyszany przeze mnie dźwięk ani ów dramatyczny okrzyk reżysera dźwięku nie pojawił się na antenie. Tyle, że ja o tym wtedy nie wiedziałem.

5 thoughts on “Kraków. Wspomnienie debiutu.

  1. Kilka dni temu zadebiutowałem w roli reportera telewizyjnego. Korzystając z chwili oddechu w pracy, wszedłem na IOM i zacząłem sobie czytać. Starszy redaktor dojrzał kątem oka nazwisko autora.
    – Bogdan Miś? To ten znany prezenter telewizyjny?
    – Tak – odpowiedziałem. – Miałem przyjemność poznać go osobiście.
    I od razu zyskałem kilka punktów…
    A że w muzeum też kiedyś pracowałem, to tym bardziej polubiłem ten wpis.
    Pozdrawiam!

  2. Fajnie się czyta Pana teksty. Ten również. Mam tylko drobną uwagę-sprostowanie. Legendarny spiker Telewizji Katowice nazywa się Józef K o p o c z, a nie Kopacz. Podobnie jest z pochodzącym z Katowic redaktorem Durczokiem, którego nazwisko często piszą i wymawiają jako Durczak. Pozdrawiam serdecznie i niecierpliwie czekam na następne Pana teksty.

  3. 🙂 Byłam w pięknej, XVII wiecznej aptece w rumuńskim zabytkowym mieście Sibiu ( Sybin ), założonym przez Sasów, otoczonym murami i mającym zachowaną barokową zabudowę. Ciekawy materiał, z przyjemnością czytam to, co piszesz!🙂 A

  4. Muzeum farmacji ma też Lublin. Jest oczywiście bardzo urokliwe, mieści się w kamienicy przy ulicy Grodzkiej.
    Pozdrawiam

Możliwość komentowania jest wyłączona.