Za pięć lat, jak dobrze pójdzie…

Tak sobie myślę, że po wyborach znaleźliśmy się w niezmiernie ciekawej sytuacji politycznej. Krótko mówiąc – twierdzę, że teraz wszystko się nieźle zakotłuje i obraz Polski za lat pięć może być dla wielu zupełnie niespodziewany; osobiście jestem przekonany, że będzie zupełnie różny od konterfektu AD 2011. Oczywiście, jak wszelkie przepowiednie, tak i ta moja ma znaczne szanse niespełnienia – ale nie o to chodzi, bym za pięć lat mógł wypiąć dumnie pierś i powiedzieć „a nie mówiłem”. Rzecz w tym, że warto dziś o tym pomyśleć; warto uruchomić obie półkule mózgu – i tę lewą od dedukcji, i tę prawą – od myślenia obrazowego. A warto pomyśleć dlatego, że od tego wyobrażenia będzie wiele zależało; nie ma kwestii przecież, że przetrwają i wygrają ci, którzy dziś potrafią prognozować trafnie. Potraktujcie tedy proszę ten tekst głównie jako zachętę do dyskusji. Jak mówi klasyk – warto rozmawiać…

Co więc mi się widzi?

Lewica. Po pierwsze, wieszczę koniec SLD. Nie całej lewicy, bo ta – jak sądzę – za pięć lat będzie się miała znacznie lepiej niż dziś, ale SLD właśnie. To formacja schyłkowa, której wielkim defektem (obok braku wyrazistości programowej) jest to, że nie ma w niej ani jednego charyzmatycznego kandydata na przywódcę w najbardziej pożądanym dziś wieku 35-45 lat. Jeśli nawet formacja ta zdąży sobie przez tych kilka najbliższych lat kogoś takiego podhodować, to na odbudowę formacji czasu chyba już nie starczy.

Lewica więc za pięć lat będzie najpewniej wyglądała zupełnie inaczej.

Czy będzie ją dominowało środowisko Krytyki Politycznej? Chyba nie, są zbytnio przeintelektualizowani, by odgrywać rolę polityczną. Rolę think-tanku lewej strony – może… O ile będzie na coś takiego zapotrzebowanie, naturalnie; na dziś nie wydaje się, by grupą o takich funkcjach była zainteresowana jakakolwiek partia. Dodajmy: niestety.

A więc Palikot i jego Lewica Obyczajowa? To już prawdopodobniejsze, choć Ruchowi i jego liderowi trzeba się jeszcze bardzo uważnie przyglądać: jakoś nie mogę przestać myśleć o „Ozonie” i dawnym flircie przywódcy z katoprawicą. Może jego przepoczwarzenie jest szczere, ale na dziś szanse tego towarzystwa na istnienie za lat pięć oceniam jako fifty-fifty. Może tak, może nie. Kilka osób od niego budzi moją sympatię – jak Biedroń czy Nowicka – ale reszty po prostu nie znam.

Prawica. Rozpadnie się i zniknie PiS. Europoseł Migalski chyba słusznie zauważył, że partia ta nie istnieje bez Kaczyńskiego, zaś z Kaczyńskim na czele niczego już nigdy nie wygra, żadnych wyborów. Ziobro et consortes już to zrozumieli i chcą Jarosława Małego wykolegować – ale wtedy PiS w sposób nieuchronny podąży drogą niesławnej pamięci AWS i różnych Konwentów Świętej Katarzyny  (pamiętacie ten śmieszny żart historii politycznej?), czyli do piachu. Jeśli zaś wygra Kaczor, to jeszcze szybciej będzie po ptokach, jak to mówią na Śląsku. Ten facet nie pociągnie za sobą już nigdy więcej, niż te 10-15% półgłówków.

Nie rozpadnie się i nie zniknie PO. Sądzę, że Tusk wyeliminuje – starą, doskonale nam, ludziom PRL znaną metodą tzw. „cięcia po skrzydłach” – jakąkolwiek opozycję; na początek pójdą do kąta zwolennicy i Schetyny, i Grabarczyka, potem pozbędziemy się Gowina i już można będzie – coś mi się wydaje, że to najprawdopodobniejsze rozwiązanie – budować polską Labour Party w wydaniu Blaire’a. Czyli widzę Platformę skręcającą dość mocno w lewo, szczególnie obyczajowo. I nie powiem, by mnie to martwiło, bo to chyba rozwiązanie cywilizowane.

Skrajna prawica się oczywiście utrzyma – z wpływami na poziomie nawet 10% – ale nie sądzę, by odgrywała jakąkolwiek rolę polityczną. Owszem, będzie organizowała różne posmoleńskie czy „niepodległościowe” zadymy, ale będą one coraz powszechniej traktowane jak wycieczki z Tworek. Czyli adekwatnie.

Największą zmianą na polskiej scenie będzie – jak sądzę – zdecydowane zmniejszenie roli Kościoła.  Wywodzący się głównie z niedouczonego chłopstwa zespół hierarchów nie umie przecież praktycznie nic, poza paroma zdaniami po łacinie i machaniem różnymi rekwizytami w magii liturgicznej. I nic z otaczającego świata już nie rozumie. Nie wykluczam, że stanie się on coraz bardziej dziwaczną dla ogromnej większości społeczeństwa enklawą zabobonu i powszechnie nieakceptowanego obyczaju. Konkordatu pewno się nie uda jeszcze obalić, krzyże w różnych miejscach będą jeszcze wisieć – ale będzie ich coraz mniej i coraz mniej ludzi „walka o krzyż” będzie w ogóle interesowała. A stanowisko KK w sprawie aborcji, in vitro, związków partnerskich czy „czystości małżeńskiej” – które się, oczywiście, nie zmieni – będzie u coraz większej liczby ludzi wywoływało znaczące pukanie się w czoło.

W sumie – jak widzicie – swoje widzenie świata za lat pięć określiłbym jako umiarkowanie optymistyczne. Oczywiście, jakaś globalna katastrofa może tu wszystko zmienić, ale w końcu trudno zakładać, że w naszą planetę pieprznie – na przykład – jakaś wredna asteroida; albo że wybuchnie jakiś totalny kryzys… Więc tej swojej prognozie daję jakieś 60% na sprawdzenie.

12 thoughts on “Za pięć lat, jak dobrze pójdzie…

  1. Dawno, dawno temu miałem okazję przeczytać w „Wiedzy i Życiu” przewidywania p. Bogdana Misia na temat: co takiego stanie się 9 września 1999 roku.
    Od tego czasu wiem, że ciężko być prorokiem, a i pan Miś jakiś szczególnych w tej dziedzinie zdolności nie ma.

  2. Zobaczymy.

    SLD w kryzysie, to prawda. Miller uchodzi za sprawnego organizatora, ale to chyba za mało. Plusem w tej sytuacji jest to, że istnieje (=widzę bo spotykam) spory potencjalny elektora tradycyjnej lewicy — umiarkowanie otwartej, liberalnej, ale przede wszystkim socjalnej, która znalazła się praktycznie poza nawiasem polskiej polityki (bo i PO i PiS, i SLD są tu bezkształtne). Jeśli ktoś go skrzyknie, tak jak się to udało na „lewicy obyczajowej” Palikotowi, to może odnieść niemały sukces. PPP jednak jest za radykalna, podobnie środowisko KP, w dodatku nazbyt teoretyzujące.

    Ruch Poparcia Palikota — trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to ugrupowanie-efemeryda. Ale są na fali. I wcale nie są „głupi”. Mają więc szansę…

    Prawica ma o wiele więcej niż lewica. Chodzi mi o własne media, ale też ferment społeczny i wsparcie Kościoła (przy okazji prawicy mówi się o Rzepie, GP, ND, RM, a co z Gościem Niedzielnym, na przykład?). Jej minusem są podziały i wydaje się, że to niezbywalna cecha tego środowiska. Cóż — zobaczymy, jak i lewica ma potencjał, ale czy go wykorzysta?

    PiS może dotrwać. Siłą PiS jest klarowny podział na PO-PiS. Tym bardziej, że nie ma tam konkurencji dla Kaczyńskiego. Ziobro tym mniej będzie konkurencją, im dalej od jego udziału w rządach.

    PO obecnie przechodzi drogę odwrotną — wzbogaca się w skrzydła. To się lepiej sprzedaje, choć nie wątpię, że Tusk i ciąć potrafi.

    Nie będę prorokował — jeśli chodzi o partie może się stać wszystko, przecież wydawało się, że bloki SLD i AWS też są trwałe…

    Kościół jest silniejszy niż się wydaje. To prawda, że episkopat jest intelektualnie słabiutki (a jeszcze bardziej oderwany od życia własnych wiernych). Ale to nie jest nic nowego — taka sytuacja trwa od lat (ba! dziesięcioleci, a zapewne i stuleci). Kościół mimo wszystko trwa. Kościół ma też katechezę — ‚liberalne media’ podkreślają, że na Palikota głosuje młodzież po szkolnej katechezie — to prawda, z wielu źródeł docierają wieści, że katecheza młodzież do Kościoła zniechęca. Ale też buduje grono osób bardzo ściśle z Kościołem powiązanych. I w wielu przypadkach uczy bezalternatywności — weźmy dyskusję o aborcji, gdzie pewne zasady nauki katolickiej przyjęto powszechnie, nie przez dyskusję, ale przez częstotliwość ich powtarzania.
    I jeszcze jedno — widać to przy dyskusji o krzyż w sejmie — Polacy lubią spokój. Ten, kto będzie protestował przeciwko ‚awanturom światopoglądowym” (czyli bronił pozycji Kościoła) dostanie za to swoisty bonus wyborczy od społeczeństwa.

  3. W zmniejszenie roli kościoła nie wierzę. Skoro potrafił wyżyć w PRLu to w dzisiejszej rzeczywistości sobie niestety poradzi dużo lepiej niż inna grupa. Dlaczego? Proste, fanatykami łatwiej manipulować, a co za tym idzie, łatwiej wywierać wpływ na władzę, która nade wszystko pragnie spokoju🙂

    1. Nie zgodzę się. PRL Kościołowi służył. Służył przez jasny podział, na swoich — ‚narodowo-katolickich’ i obcych ‚komuchów’. Trochę tak, jak PO i PiS służą sobie obecnie. O wiele trudniej radzić sobie z wolnością religijną niż z ideologicznym przeciwnikiem.

  4. Czy prognoza się spełni-zobaczymy. Oby tylko nie było, standardowego już, wzajemnego obwiniania się między sobą p.t. „kogo wyście wybrali?”.

    Może i ujawnia się moja naiwność, ale mam nadzieję, że po tych wyborach, posłowie będą chociaż odrobinę konsekwentni w realizowaniu wyborczych obietnic.

  5. Warto pamiętać, że prawica to nie tylko PiS i ludzie, którzy organizują posmoleńskie czy „niepodległościowe” zadymy. Ja tam się uważam za normalnego😉

    Według mnie im bardziej PO będzie skręcało w lewo tym większy rozłam będzie w niej powstawał. Zresztą skręcanie PO w lewo, kiedy ZUS się sypie i nie ma pieniędzy na rozdawnictwo, jest raczej mało prawdopodobne.

  6. Biedroń?? Co ten człowiek reprezentuje?
    Doktorant politologii nie wie co to Konwent Seniorów i mówi, że Nowicka będzie „marszałkinią Polski”(nie POLSKI a SEJMU, panie Biedroń!!!).
    A „wśród swoich” też chyba nie jest przesadnie wielbiony:

    m.onet.pl/wiadomosci/4827162,detal.html
    „Gej zawodowy

    Czy Ro­bert Bie­droń re­pre­zen­tu­je pol­skie śro­do­wi­ska ho­mo­sek­su­al­ne, czy Ro­ber­ta Bie­dro­nia? Zda­niem wielu gejów – wy­łącz­nie sie­bie.

    Jego krytycy nie przebierają w słowach. – Przegięta ciota – mówi o Robercie Biedroniu jeden z byłych znajomych, także gej. – Przestaliśmy chodzić do niego na imprezy, bo na czterdzieści osób nie ma ani jednej heteroseksualnej. Oni chodzą do fryzjerów gejów, do knajp prowadzonych przez gejów, sami tworzą getto, a potem krzyczą, że są dyskryminowani. Inny ma mu za złe, że właśnie z tego głośnego krzyczenia o swojej orientacji seksualnej zrobił sposób na życie, jest gejem z zawodu. Z tych samych powodów Jacek Adler, szef portalu randkowego Gaylife.pl, nazwał go wampirem, który „wysysa energię z gejów”, a Kampanię przeciw Homofobii, której Biedroń był prezesem – „marnotrawiącą pieniądze spółdzielnią”. ”

    Raczej niezbyt bystry karierowicz

    1. A czy ja napisałem cokolwiek poza tym, że p. Biedroń MNIE WYDAJE SIĘ sympatyczny? Dodam, że wygląda na to, że już jego dziadek używał noża i widelca, a to dla mnie ogromnie dużo…

      1. Wydaje się Pan być uczulonym na brak kompetencji (i słusznie).

        Niestandardowa orientacja seksualna to raczej słaba kwalifikacja na posła. A takich ciężko wypatrzyć u pana RB.

        Choć faktycznie – sympatyczny/niesympatyczny to trochę inna kwestia.

  7. Diagnoza wielce prawdopodobna, choć w części dotyczącej SLD uważam – parafrazując Twaine’a – że doniesienia o rychłej śmierci tej formacji są przesadzone.

  8. Najbardziej podoba mi się przepowiednia na temat kościółka oby to się stało najszybciej jak to możliwe.

Możliwość komentowania jest wyłączona.