Po przerwie

Długo nie pisałem w tym miejscu. Wyjątkowo długo; że zaś niektórzy czytelnicy z tego tytułu dali mi tzw. opr – muszę się wytłumaczyć. Powodów otóż mojego milczenia jest kilka; wymienię je nie w kolejności wagi, ale tak, jak spływają na klawiaturę.

Po pierwsze tedy – dokonywane przeze mnie zmiany w „Studiu Opinii”. Przeszliśmy mianowicie na WordPressa, którego po prostu uwielbiam. Niegdyś kibicowałem Joomli, ale ten skrypt strasznie żre zasoby serwera – no i rozmaitych wtyczek i dostępnych funkcji WordPress ma chyba więcej. Jest przy tym wyjątkowo łatwy w obsłudze i mogłem z czystym sumieniem dać wybranym kolegom dostęp do panelu administracyjnego – bez obaw, że coś szczególnie schrzanią. No, ale to wymagało sporo czasu – co pojmie każdy, kto kiedykolwiek przenosił witrynę z jednego systemu na drugi. W każdym razie, jakby kto był ciekaw – informuję, że postawienie dość złożonej witryny od nowa to ładnych kilka dni roboty po parę godzin, lekko licząc.

Po drugie – wyznaję, że miałem (w pewnej mierze mam zresztą do dziś) kaca politycznego. Jak Czytelnicy tego bloga wiedzą wybornie, nie jestem wyborcą prawicy. Ale okazało się, że niespecjalnie mogę być wyborcą tzw. lewicy, czyli SLD. Usunięcie przez plastikowego Napieralskiego z list wyborczych tej partii ludzi dobrze przygotowanych – jak choćby Sergiusza Najara z „Ordynackiej” – i wyrazistych, jak Wanda Nowicka czy Robert Biedroń, a oferowanie miejsc „biorących” trzydziestoletnim „nosicielom teczek” uważam za skandal i gruby błąd. Tak gruby, że zacząłem mieć duży kłopot z oddaniem głosu na Ryszarda Kalisza, jednego z najinteligentniejszych ludzi i najlepszych prawników, jakich znam, którego nie udało się gnojkom wywalić z pierwszego miejsca w Warszawie.

Z kolei Platforma – jedyna opcja do rozważenia w innym przypadku – też mi wycięła numer. Zarządzenie dyscypliny partyjnej przy głosowaniu nad złagodzeniem przepisów aborcyjnych i nakaz głosowania przeciw, czy odmowa podpisania wniosku o postawienie Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem Stanu – to dla mnie poważny problem. Choć, z drugiej strony, wsparcie PO przez Piniora, Rosatiego i – zwłaszcza – Dziewałtowskiego,  ma swoja wymowę. No, ale tam jest przykościelny Gowin, który wywołuje u mnie odruch wymiotny…

Więc nie wiem, co ostatecznie zrobię za miesiąc. Głosować – obowiązek, bo absencja jest wsparciem Prezesa i w ogóle tej obrzydliwej czarnej sotni, której serdecznie nienawidzę. Ale na kogo? Jeszcze pomyślę. Gdyby tak Tusk dał słowo, że po wyborach postawi Prezesa przed Trybunałem, gdyby się ostro i brutalnie odciął od episkopatu – nie miałbym kłopotu…

Tu powrócę na chwilę do Napieralskiego i jego „młodzieży na listach”, którą się chwali. Wiele lat temu mając lat 34 zostałem zastępcą redaktora naczelnego w telewizji. Uważam, że ludzie, którzy mi to stanowisko zaproponowali – zrobili poważny błąd. Byłem jak pijane dziecko we mgle – i to mimo tego, że już od blisko 10 lat z telewizją współpracowałem i co nie co o niej wiedziałem; a także za tę pracę załapałem kilka poważnych nagród. Ale nie miałem żadnego doświadczenia w zarządzaniu dużymi zespołami ludzkimi; cóż miałem do powiedzenia w stosunku do podlegających mi – starszych o przeciętnie 10 lat – repów dziennikarskich? Cóż znaczyły te moje nagrody wobec ich znajomości warsztatu?

Więc przyjąłem zasadę niemądrzenia się i podpisywania każdego dokumentu, który mi przedstawili do podpisu Marek Grot, Jerzy Wunderlich, Rafał Skibiński czy Andrzej Mosz, moi ówcześni – teoretycznie – podwładni. Absolutne gwiazdy, nawiasem mówiąc. Asy. Czyli byłem całkowicie zbędny. Tak, jak całkowicie zbędni w życiu publicznym są ci „nosiciele teczek” Napieralskiego.

Bo młodość jako taka – nie jest żadną wartością, nigdzie; no, może poza seksem. Wartościami są wiedza i doświadczenie – i to połączone razem. Niedoświadczony ekspert jest tak samo gówno wart, jak doświadczony nieuk, nawiasem mówiąc. A w telewizji czy – ogólniej – w dziennikarstwie miałbym do powiedzenia coś sensownego dopiero dziś. Jako 75-latek.

Przy okazji: zawsze się zdumiewam z jaką łatwością różni ludzie przyjmują oferowane im przez kolejnych premierów stanowiska ministrów czy nawet wiceministrów. Nie uważam się za mało inteligentnego, nie wstydzę się też posiadanej wiedzy w paru dziedzinach; uczciwie powiem, że jest spora. Ale takiego stanowiska nie przyjąłbym nigdy w życiu: uważam moje kompetencja za zbyt małe. A tu – cieć z warszawskiej kamienicy czy głupawy kibol zostają z dnia na dzień ministrami…

Jest to ostateczny dowód, że Boga nie ma. W innym wypadku powinien tak przy… piorunem w łeb jednego czy drugiego śmiecia, żeby tylko smród został.

To tyle po powrocie na łamy.

Aha, trzeci powód absencji: nie chciało mi się i byłem ciut zmęczony.

16 thoughts on “Po przerwie

  1. Przeprowadzka chyba nie posłużyła SO. Nie dość, że strona długo się ładuje, to na dodatek często jest niedostępna.

  2. Poziom debaty publicznej nadal nie odrywa się od dna. Śledzenie kampanii wyborczej byłoby upokorzeniem, dlatego konsumpcję polskich mediów zredukowałem do minimum.
    W nadchodzących wyborach zagłosuję na Palikota. I już.

Możliwość komentowania jest wyłączona.