Jak pisać, panie redaktorze? Jak pisać?

To dramatyczne pytanie zadał mi przed laty pewien młodziutki stażysta redakcyjny. Jego teksty były bez litości katowane przez sekretarza redakcji (o ile je przepuścił przedtem kierownik działu…) i z reguły przed trafieniem do “resortowego” zastępcy redaktora naczelnego – lądowały w koszu. Odpowiedziałem mu tak samo, jak kilkanaście lat wcześniej na podobne pytanie odpowiadali starsi koledzy mnie.

Dziś pytanie to powinni sobie także stawiać co chwila adepci dziennikarstwa (i nie tylko adpeci…); a nawet blogerzy. Ale, zdaje się, nawet im to nie przychodzi do głowy; choć świat poszedł naprzód i niektóre zalecenia sprzed lat nie są już tak kłopotliwe w realizacji jak niegdyś. Oni po prostu rozumują – i argumentują swoje postępowanie – tak: najzupełniej wystarczy, jak mnie rozumieją moi kumple. Jakieś zgredy nie muszą. A poprawność wypowiedzi, uroda języka, kadencja zdania i temu podobne dyrdymały – to właśnie dyrdymały.

Odpowiadam na to czasem – lekko zirytowany – że jeśli autorowi wystarczy, że go rozumieją kumple, to po co w ogóle pisać? Wszak wystarczy kwiczenie i chrząkanie plus słynne trzy polskie słowa, którymi można wszystko w naszym kraju wyrazić.

Odrzucając jednak sarkazm; oto podstawowe rady dla tych, którzy w ogóle mają ochotę je przeczytać. Na szczęście znam takich paru.

Rada pierwsza. Dbaj o konstrukcję. Musisz dokładnie wiedzieć, co chcesz napisać. Pisanie zaś “dziennikarskie” różni się znacznie od pisania “w ogóle”, a już na pewno różni się od pichcenia szkolnych wypracowań. O ile owo wypracowanie ma – jak nas uczą – składać się ze wstępu, rozwinięcia tematu i zakończenia, to artykuł (a jeszcze bardziej informacja), specjalnie zaś przeznaczony dla Internetu, musi być skonstruowany zupełnie inaczej. Strasznie ważne są mianowicie tytuł i pierwsze zdanie – a także caly pierwszy akapit. Muszą przykuć uwagę czytelnika, złapać go żelaznym chwytem za… no, co tam Państwu się nasunie na myśl, i skłonić do przeczytania reszty. Co więcej, główna myśl tekstu powinna się pojawiać od razu; chodzi o to, by dzisiejszy czytelnik, który rzadko ma jednak czas czytać do samego końca, jak najszybciej dowiedział się o co chodzi autorowi. Pamiętać trzeba, że o ile tekst szkolny przedstawiony graficznie przypominałby zapewne skarykaturowaną grubą babę – mała główka wstępu, rozdęty wiedzą autora brzuch i króciutkie nóżki, o tyle artykuł przypominałby raczej kulturystę (w teorii nazywa się to odwróconą piramidą): szerokie bary i im dalej – tym mniej rzeczy istotnych. Oczywiście, jeśli komuś uda się napisać artykuł tak, by na końcu była jakaś inteligentna puenta – to brawo.

Rada druga. Sprawdzaj fakty. Nie pisz “z głowy, czyli z niczego”. Nigdy. Nie polegaj na własnej wiedzy, czy pamięci. Mój mistrz zawodu uczył mnie, że sięgnąć do źródła – a jeszcze lepiej do dwóch – należy bezwzględnie nawet wtedy, gdy się cytuje hymn narodowy, czy też określa Warszawę jako stolicę Polski. Dziś nie ma z tym przecież żadnych kłopotów; gdy nie wiesz na przykład lub nie jesteś do końca pewien, kto powiedział “kości zostały rzucone” – wpisz tę frazę do Google’a i Juliusz Cezar pojawi ci się niemal samoczynnie. Banał. I pomyśl, że niegdyś każdą taką rzecz musiał sprawdzać redakcyjny researcher… A jakby poszedł tekst z błędem – czasem kilka osób traciło pracę. A obciach był zawsze.

Rada trzecia, specjalnie ważna dla debiutantów. Nie spiesz się. Jeśli nie musisz walczyć z czasem (a taki mus pojawia się raczej rzadko, co specjalnie dotyczy blogerów), to nie walcz. Napisany tekst odłóż na kilka godzin, albo nawet na dzień. Przeczytaj go potem ponownie – i postaraj się go skrócić. Podobno każdy materiał da się skrócić o połowę… Koniecznie skracaj tekst na ekranie, nie na wydruku – a już zrób tak bezwzględnie, jeśli tekst jest pisany z myślą o Internecie. I teraz – trzymaj się mocno – czytaj tekst co najmniej pięć razy. Zdanie po zdaniu. I zastanwiaj się: czy tu nie ma błędu? Czy poprawnie używam słów? Czy zgadzają się formy gramatyczne (popularny ostatnio błąd: były to osoby … które mieli…), rodzaje, liczby i przypadki?

Rada czwarta. Nie polegaj na korektorze ortografii oferowanym przez Worda. To świetne narzędzie wprawdzie raczej nie pozwoli ci napisać guwno, ale z interpunkcją zamiesza bez wątpienia. Nie ma wyjścia: musisz się tej ortografii nauczyć, a co najmniej mieć słownik PWN-u pod ręką (albo pod klawiszem). W razie najmniejszej wątpliwości – sprawdzaj. To kłopotliwe i nudne, ale kto ci powiedzial, że dziennikarstwo to same miody?

Rada piąta. Nie sil się na kwiecisty styl. Pamiętaj, że ten, który pierwszy zachwycił się Księżycem w pełni – był poetą; kilku następnych to już epigoni, jeszcze następni zaś – to już tylko grafomani. Nie miotaj głazów do ruczaju – uczył mój mentor – rzucaj kamienie do wody. Chwytacie różnicę? Przy okazji: nie wszyscy wiedzą, że w polszczyźnie, podobnie jak w innych językach, istnieje coś, co się nazywa trwałe związki frazeologiczne: zbitki słów, które muszą zawsze występować w okreslonej formie i określonym szyku. Nie pisz więc, kolego, o błękitnym ptaku, ani o ptaku niebieskim – bo w polszczyźnie istnieje tylko niebieski ptak, nie inaczej… Nie sil się na oryginalność; zmieniając trwały związek dowodzisz tego tylko, że go nie znasz, kretynku.

I rada szósta, która powinna być w gruncie rzeczy pierwsza: czytaj. Czytaj i jeszcze raz czytaj. Co najmniej jedną książkę na miesiąc. Co najmniej jedną gazetę dziennie; nie tabloid. Co najmniej dwa tygodniki opinii.

A program minimum? Cóż, kochany – jak już coś napisałeś, przeczytaj to uważnie choćby raz, zanim wsadzisz do bloga czy wyślesz do redakcji. Nie masz pojęcie od jakich cię to wpadek uchroni… I ile mniej choler pod twoim adresem wypuści redaktor…

17 thoughts on “Jak pisać, panie redaktorze? Jak pisać?

  1. Bardzo rozsądne, bardzo trafne. Może dorzuciłbym jeszcze (jeśli można):

    – Nie idź na łatwiznę używając rozmaitej maści rozmywaczy tekstu i zatykaczy umysłowych dziur z „wierzchołkiem góry lodowej” na czele.

    – Zebranie materiału to jeszcze nie pomysł na tekst. Jeśli zaczniesz pisać bez niego, to w najlepszym wypadku wyjdzie ci wyliczanka. A może po przemyśleniu sprawy okaże się, że nie warto nawet zaczynać?

  2. Oj, nie dorobi sobie Gospodarz do emerytury pisując teksty dla Faktu czy Super Expessu. Obawiam się, że byłyby odrzucone przy pierwszym czytaniu. Nie tak się teraz pisze.

  3. Choc mowi sie DOBRA RADA NIE UDZIELAC DOBRYCH RAD, to w przedmiotowej sferze zgadzam sie gospodarzem Blogiu w zupelnosci z pewnym NO!
    To NO dotyczy taryfy ulgowqej wzgledem blogowiczy.Przeto rozne to nam kwiatruszki pojawiaja sie z blogosferze zeby nie wspomniec chocby o samym Jaroslawie Preziesie, ktory zadebiutowal i chyba dosz szybko w tej materii splajtowal.
    Jestem sklonny wybaczyc komus bledy ortograficzne, jesli ich przeciwwaga jest ciekawa tresc i informacja.
    Zgroza mnie jednak ogrania, kiedy wczytuje sie w pewne wypociny tzw. zawodowych dziennikarzy reporterow.Wstrzymam sie od dalszych komentarzy, a to trzeba byloby siegnac po tzw. lacine kuchenna.
    Jestesmy zasypywani wszem i wobec i z kazdej mozliwej strony wszelakim szmirowatym, wrecz prostackim traktowaniem tematow powaznych co inni nazywaja antyprofesjonalizmem lub calkowitym brakiem orientacji w temacie.
    Sam osobiscie dziekuje za rady i postaram sie ( niczym paciorem) zapamietac je i przestrzegac.
    To takie moje czyste pionierskie slowo honoru!

  4. Jasne, że nie ma ludzi doskonałych. Zwłaszcza jeśli chodzi o interpunkcję i nieśmiertelne „tyle, że”.

    1. Owszem, ten zwrot („tyle, że”) znalazł się w wypowiedzi Moniki; tyle tylko że, o ile wiem, nie jest to zwrot błędny czy nieprawidłowy, przy czym stosowane są obie pisownie (z przecinkiem i bez).
      Biorąc pod uwagę, że język polski nie jest jej ojczystym językiem, proponowałbym nie czepiać się interpunkcji…🙂

      1. Popierając ten sąd w pełni – niniejszym zakazuję jakiejkolwiek krytyki Pan Doktor w tym miejscu. Ona może tu hulać jak chce – wszystko, co napisze, jest z góry akceptowane i wyjęte spod polemik. Howgh.

  5. Pilnie potrzebna jest integracja komentarzy w blogach z komentarzami w serwisach społecznościowych (teraz G+), bo płyną właśnie dwa strumienie – tutaj i w Plusie.

  6. I tak Pana lubię, ale po kolei:
    Rada pierwsza: Znieważa czytelnika. Przynajmniej tego nieco bardziej wyrobionego, który jest gotów przebrnąć przez morze niezrozumiałych dla niego dygresji by wyłonić sedno rzeczy. Choć oczywiście chylę czoła przed np. zaleceniami Wańkowicza (Ziele na kraterze) jak przemycać konieczne w/g autora konieczne fakty.
    O ile Pan uważa iż „pisanie dziennikarskie” ma się różnić od pisania w ogóle w tym pichcenia wypracowani szkolnego, to proszę otworzyć dyskusję o szkolnictwie, bo nie bardzo wiem czym miałoby się to różnić.
    Oczekiwana puenta, cóż to życie ma dopisać – nie dziennikarz.

    Rada druga: Wiedza autora i wiedza internetu to nie to samo. Google to śmietnik nie do opanowania. Trzeba mieć wiedzę, aby opanować wiedzę Google. Potrzebna jest młockarnia (takie urządzenie pozwalające (odsiewające) ziarno od plew). Nie wierzę w googlowanie. Na wpisane hasło otrzymuję kilka tysięcy podpowiedzi. Nie neguję Pańskiego geniuszu, ale jako blondynka (na dodatek ciemna) nie potrafię odróżnić tego co słuszne, od ciemnoty. Wierzę w biblioteki, ale to długotrwały proces. Jest się na aucie w dyskusji. Outlanderom nikt nie wierzy. Fakt, nigdy nie rościłam sobie pretensji aby być na topie.

    Rada trzecia: To prawda. Nie należy się spieszyć. Tyle, że swój tekst mogę sprawdzić dopiero (najwcześniej) następnego dnia. Gdy czytam wcześniej, pamiętam to co chciałam napisać. Zatem nie czytam tekstu – powtarzam go z pamięci. Nie ma mowy o sprawdzeniu. Potrzeby tydzień? Ale przecież nie ma mam tryle czasu

    Rada piąta:” Pełna zgoda zwłaszcza, że nie piszę w World a w TexttEdit. Pamiętam swoją największą wpadkę jak kiedyś napisałam <> nie bardzo zdając sobie sprawę, że papież odmieniania się od Boga a a nie „blisko znacznie” fonetycznie od papieru. Ale język polki jest na paradę trudny.
    Mam też wątpliwości czy istnieje tylko <>. Orlik jest biały. Nie wiem dlaczego Pan to neguje. Niebieski ptak – to anglicyzm (ale może czegoś nie wiem – poddaje się krytyce, bo nie aspiruję do wszystkowiedzącej blondynki)

    Rada szósta; Miły Panie, Pan kpi!!! jedna książka na miesiąc? Co Pan robi z wolnym czasem? Ogląda Pan TV? Szkoda czasu. Nawet dla BCC. Ale pozdrawiam serdecznie Nika.
    PS. Przy okazji. Zygmunt Bauman wydał książkę w kontekście Europejskiego Kongresu Kultury w (czy WE) Wrocławiu. Piszę młodzieżowo „zajebista” polecam via Kulturalny Sklep.

    1. Najmilsza: taż ja nie piszę tych rad dla Pani, jeno dla początkującego dziennikarza; jest to zatem program minimum, a na dole – to co nazwałem minimum – to w gruncie rzeczy gorzkie minimum minimorum. I są to rady mające na celu to, by zwykły czytelnik cóś pokapował, wcale nie idące zbyt daleko w upraszczaniu spraw. Czy Pani wie, że są redakcje, w których wolno w tekstach używać tylko 800 słów, a jak się przekroczy ten limit – to komputer redakcyjny słowo spoza tej podstawowej bazy wykasuje? Czy Pani wie, że niektóre komputery redakcyjne nie zezwolą na użycie zdań złożonych i w ogóle zawierających więcej niż pięć słów? Dziennikarstwo jest rzemiosłem; sztuką – tylko na wyżynach, więc rzadko. A co do Google’a i w ogóle Sieci – znów ma Pani rację. Ale niech ci młodzi terminatorzy robią research chociaż taki… I wreszcie: jedna książka na miesiąc to STRASZNY wymóg. Znam niestety dziennikarzy czytających tyle… rocznie. Nie każdy się nazywa Bratkowski, malheuressement.

    2. Masz rację – trudno się zmusić do uważnego przeczytania własnego tekstu; przecież wiemy, co napisaliśmy (a raczej: co chcieliśmy napisać). Dlatego dłuższe teksty służbowe w naszym dziale dajemy na ogół do czytania koledze. A i tak, po naszym starannym czytaniu, sekretarka szefa dzwoni i pyta, czy zauważyliśmy już zmianę na stanowisku jednego z wiceprezesów (błąd w stopce firmówki…) albo zmianę daty na rok 2011 (dopiero lipiec, co się czepia…).
      Pisząc coś z zamiarem publikacji, sprawdzam wszystko zgodnie z „Radą drugą”. Pamiętam moją wpadkę z oczywistym faktem, co (jaki ląd) odkrył Krzysztof Kolumb.

      Nawiasem mówiąc, biorąc poprawkę na klasę Gospodarza, pozwoliłem sobie wytknąć Mu literówkę bez wstępu zawierającego deklaracje moich uczuć… . Wygląda, że uszło mi na sucho.:)

      1. Załamało mnie… Doprawdy jestem taki Straszny Dziadunio? Panie, Panowie: deklaracje czci, miłości i sympatii są mile widziane, ale niekonieczne. Horribile dictu, ale negatywne apostrofy też nie spowodują żadnej katastrofy: gospodarz nie popełni z ich powodu samoubijstwa, ani też nie wykasuje takiego wpisu, o ile nie naruszy on Innych Punktów Regulaminu niniejszego bloga.

  7. Zabawne: po komentarzu OneJacka przeczytałem ten akapit jeszcze 6 razy – i dopiero znalazłem literówkę. A w poprzednich jeszcze dwie, które poprawiłem – tę podstawową zostawiam na wieczna pamiątkę. I – w podzięce – anegdotka. Kiedyś „Trybuna Ludu” puściła straszliwego politycznego bąka, robiąc wyjątkowo jadowitą literówkę właśnie. Naczelny – wówczas Kasman – dostał szału i zrobił awanturę: tekst czytało pięciu ludzi i nikt błędu nie dostrzegł. Kasman zapowiedział, że przez tydzień będzie osobiście podpisywał gazetę do druku i żadnego błędu nie puści. Następnego dnia podpisał z dumą numer rzeczywiście czyściusieńki. Poza jedną rzeczą: „Trybuna” miała przy tytule czerwony sztandar i słowa „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się„; w podpisanym próbnym numerze było wydrukowane zamiast łączcie się – ch* wam w d*. – Żeby was cholera wzięła, sukinsyny – powiedział Kasman i zrezygnował z pełnienia funkcji oberkorektora

    1. „łączcie się – ch* wam w d*. – Żeby was cholera wzięła, sukinsyny”

      No supcio był ten komunizm. Taki cool. ŁaŁ. Szkoda go. Komu to przeszkadzało?

  8. Doskonały tekst.
    Każdy piszący cokolwiek – blog, artykuły, komentarze nawet – powinien go przeczytać kilka razy. Zamierzam oczywiście tak zrobić.
    Zabawne; autor, we fragmencie doradzającym czytanie każdego swojego tekstu co najmniej pięć razy, nie ustrzegł się „literówki”. Nie ma ludzi doskonałych (na szczęście…).

Możliwość komentowania jest wyłączona.