Forma i treść: szczypta optymizmu

Zacznę od anegdoty. Jeden z najświetniejszych polskich dziennikarzy, nieżyjący niestety od dawna wybitny reporter, Jerzy Ambroziewicz uczestniczył przed laty w tzw. Dużym Kolegium programu telewizyjnego, prowadzonym przez ówczesnego wiceprezesa Radiokomitetu. No i ów wiceprezes zaczął bronić pewnego programu, który zaatakowali recenzenci (wówczas był taki zwyczaj, że omawiano bardziej zwracające uwagę – zarówno pozytywnie, jak i negatywnie –  programy z poprzedniego tygodnia; recenzentami byli członkowie Dużego Kolegium, czyli naczelni redaktorzy i niektórzy  ich zastępcy oraz doradcy prezesa i dyrektorzy biur, słowem cała telewizyjna wierchuszka). Szef Kolegium przyznał recenzentowi, że program miał usterki warsztatowe dość widoczne, ale – stwierdził –  trzeba go uznać za dobry, bowiem był „słuszny”, politycznie oczywiście. No i „Ambroży”, który do przytakiwaczy nie należał nigdy, powiedział Towarzyszu Prezesie, umówmy się: program źle zrobiony jest zawsze niesłuszny; więcej -źle zrobiony program jest zawsze szkodliwy społecznie…

Historia ta – której byłem świadkiem – przypomina mi się zawsze, ilekroć rozmawiam z pewnym gatunkiem młodego twórcy, w szczególności dziennikarza. Z niepojętych dla mnie przyczyn ci chłopcy z reguły uważają, że najzupełniej wystarcza, iż wypichcone przez nich teksty są w miarę zrozumiałe dla rówieśników. Styl pisania, poprawność gramatyczna, ortografia nawet – są dla nich niezmiernie mało istotne; nie mówiąc już o interpunkcji. Nic takiego jak uroda literackiej inteligenckiej polszczyzny dla nich nie istnieje – kolegów zaś i szefów, którzy czegoś takiego jak piękno języka od tekstu wymagają – uważają za upierdliwych staruszków; albo – jeszcze lepiej – za motywowanych zawiścią tępicieli ich wnikliwych analiz politycznych i społecznych…

Tu następna anegdota. Wybitny dramaturg i scenarzysta filmowy (m. in. autor scenariusza słynnego Pociągu i serialu Przygody Pana Michała), dr Jerzy Lutowski, umówił się ze mną przed laty w kawiarni. Gdy przyszedłem, pisarz już był, najpewniej od dawna – bo postawiona na stoliku popielniczka była wypełniona petami po brzegi, zaś dookoła leżały sterty pomiętych kartek. Lutowski pisał coś zawzięcie. Gdy podszedłem do stolika, podniósł zatroskaną twarz i powiedział Patrz, cholera – mam problem i nie mogę się zdecydować od dwóch godzin. Nie wiem, wyobraź sobie, czy w ostatnio napisanym zdaniu powinno być „albo, czy „lub”, a to nadaje zupełnie inny rytm i melodię…

Zrozumiałem go doskonale. Na tym właśnie polega poważne i odpowiedzialne podejście do pisania. Ale – gdy opowiedziałem tę historię pewnemu młodemu twórcy internetowemu – puknął się w głowę. Idiota – powiedział. Ja piszę sto wierszy w godzinę, przelatuje – jak nie zapomnę – korektorem z Worda – i do Netu. I mam tysiące czytelników…

…Którym to czytelnikom okropności w używaniu imiesłowów i odmianie liczebników, a nawet brak orzeczenia w zdaniach-potworkach w niczym nie przeszkadzają – dokończyłem w myśli.

Już myślałem, że pora się poddać i cichutko oddać ducha cieniom przodków, bowiem najwyraźniej młodzi troglodyci („ludożerka dziennikarska”, jak ich nazywa pewna koleżanka starej daty) jednak zwyciężają – gdy oto przeczytałem dziś ciekawe wyniki badań nad dziennikarstwem internetowym. Autorem tych badań jest Marek Jeleśniański, redaktor naczelny ciekawego portalu e-redaktor.pl . Nie będę tych wyników streszczał, rekomendując Czytelnikom niniejszego zapoznanie się z nimi u źródła; tu podam tylko jeden optymistyczny wniosek. Spójrzmy na załączony wykres, pokazujący co cenią sami autorzy w pisanym dla Sieci artykule:

No i jednak wychodzi na moje. Język i styl są ważne dla 71,1%z nich. Są nieznacznie ważniejsze nawet od wartości merytorycznej materiału!

No to jeszcze jakiś czas pożyję i – kochani Autorzy – będę was nadal katował, przerabiał wasze teksty, albo też bez litości wypieprzał je do kosza.

8 thoughts on “Forma i treść: szczypta optymizmu

  1. No i jednak wychodzi na moje. Język i styl są ważne dla 71,1%z nich. Są nieznacznie ważniejsze nawet od wartości merytorycznej materiału!

    Śmiem twierdzić, że to wyłącznie deklaracje na potrzeby badań. Gdy zapytać takiego autora, czemu w jego tekście można znaleźć „drony”, „helikoptery”, „case’y” i „kontent” – patrzy ze zdumieniem. Nie ma pojęcia, że wszystkie tego typu słowa mają swoje polskie odpowiedniki, które najczęściej są też bardziej zrozumiałe.

    Mniej więcej przed rokiem miałem okazję przeczytać oświadczenie wydane po serii komentarzy zwracających uwagę na taki bełkot. Autor stwierdził, że jest to język branżowy, a on pisze do branży. Podsumował również wszystkich krytyków, pisząc że jeśli ktoś zwraca uwagę na takie detale (dokładnego określenia nie pamiętam), to najwyraźniej nudzi mu się w domu.

  2. „Ale z drugiej strony…”
    Przejrzałem co prawda pobieżnie wyniki badań nad polską blogosferą, ale warto zwrócić uwagę na Wykres 21, który pokazuje zestawienie najważniejszych czynników motywujących internautów do lektury blogów.
    Cóż tam widzimy?
    Na najwyższym miejscu: wysoka jakość merytoryczna (17%).
    Na miejscu siódmym (dopiero): język, styl i forma przekazu (9%).

    I to jest chyba słuszna koncepcja, chociaż oczywiście ideałem jest, gdy jakość i styl tudzież język i pozostałe zalety idą w parze (jak np. w „Poradniku internauty”).

    1. Mnie chodzi o minimalny szacunek dla formy. Też uważam treść (przemyślenia autora, przekazywaną wiedzę) za ogromnie ważne; ale gdy są wyrażone z lekceważeniem dla języka – i to nie tego potocznego, ale literackiego i inteligenckiego – budzą mój wstręt i furię.

  3. „Albo” i „lub” różnią się nie tylko melodią, ale przecież także – może przede wszystkim – znaczeniem logicznym. Toż to „XOR” i „OR”!

    1. Niestety, słowniki podają: „lub” = książkowe „albo”, czyli zaliczają „lub” głównie do języka pisanego. Alternatywa wykluczająca nie ma własnego słowa; a szkoda. To, co pan pisze, to tylko wishful thinking matematyków i informatyków.

      1. Bogdanie, mniejsza o słowniki języka potocznego – jest jeszcze wystarczająco wielka i rozszerzająca się domena komunikacji językowej, gdzie alternatywa rozłączna – kodowana spśjnikiem „albo” i alternatywa zwykła – kodowana spójnikiem „lub” – to zupełnie odmiennne zdaniotwórcze (albo nazwotwórcze)funktory logiczne. Tak jest w byle umowie ubezpieczeniowej, bankowej, a nawet w gwarancji na czajnik z gwizdkiem. Dlatego liczy się coraz bardziej i to potocznie też – nie tylko rytm i melodia wypowiedzi – ważne dla poety i smakosza językowego, ale przede wszystkim sens wypowiedzi,który to sens użyty spójnik determinuje w sposób istotny.

        1. Niestety, Wojtusiu: odradzam wszystkim powoływanie się na żargonowe czy specjalistyczne rozumienie słów, choćby to rozumienie miało sens. Jeśli firma (ubezpieczeniowa czy inna) będzie chciała zinterpretować coś na niekorzyść klienta – to jej prawnicy bez wątpienia jako jedyną wykładnię znaczeń przyjmą ostatnie wydanie słownika poprawnej polszczyzny. I tak przyjmie każdy sąd, bo SPP PWN jest normą. Taką samą, jak normy budowlane.

          1. No to ja się wycofuję z nauczania logiki. Niechaj oto zapanuje chaos!

Możliwość komentowania jest wyłączona.