„Niech się święci Pierwszy Maja…”

Pamiętacie to hasło? Pewno nie, młodzi jesteście. Tak właśnie agitowali nas w „słusznie (?) minionych” czasach ówcześni urzędowi propagandyści; nawiasem mówiąc, kategoria „twórców”, która mnie śmieszyła i irytowała chyba jeszcze bardziej od współczesnych specjalistów od marketingu politycznego. Klasycznym przykładem ich skuteczności jest właśnie los tego hasła. Mówiąc krótko: wykrakali, durnie. Pierwszy Maja został skutecznie uświęcony; jutrzejszą beatyfikacją oczywiście. Już nigdy nie będzie obchodzony jako dzień klasy robotniczej, przynajmniej w Polsce. Już nigdy najpewniej nie będzie tego dnia czerwonych szturmówek i grania „Warszawianki”; będą za to pienia nabożne dewotek i papieskie żółto-czerwone dekoracje. Nawet SLD zrezygnował, podał tyły i w tym roku nie wystawi się już na jaja, ciskane na Krakowskim na lewicowych demonstrantów przez jakichś Weszpolaków czy innych kiboli.

Budzi to we mnie wszystko razem klasyczne uczucia mieszane, podobne trochę do tych, które były moim udziałem w młodości. Otóż – nie ukrywam – bywałem uczestnikiem pochodów 1-majowych wielokrotnie. Zawsze – z obowiązku lojalnościowego wobec własnego miejsca pracy i wobec organizacji, do których należałem, nigdy – jak to teraz niektórzy „spóźnieni na rewolucję” głoszą – pod ubeckim przymusem. Nigdy takiego przymusu na sobie nie odczułem ani nie dostrzegłem, choć wierzę, że mógł bywać, specjalnie w okresie stalinizmu.

Więc bywałem z obowiązku; ale nie był to – pomijając zmęczenie fizyczne i maszerowanie, za którymi zgoła nie przepadam, łagodnie mówiąc – obowiązek taki przykry. Pogoda na ogół była fajna, z kolegami strzeliliśmy nie raz po piwku, a i kupowana „z budy”, czyli z ciężarówki, bułka z kiełbasą była całkiem smaczna. Rzecz jasna, machanie z trybuny rączką przez Kolejnego Ukochanego Przywódcę do defilujących tłumów było idiotycznie śmieszne, ale w końcu – nie bolało.

Więc – bywałem z obowiązku. A jak mi się nie chciało – nie bywałem, i już. W roku 1957 obraziłem się na władzę ludową, bo mi zamknęła moje „Po prostu” i przyłożyła gumowym bananem na placu Narutowicza – i przez dziesięć lat konsekwentnie zajmowałem się w święto klasy robotniczej raczej rozwiązywaniem powszechnie znanych problemów stosunków (pardon, ale to słowo dokładnie oddaje sytuację…) męsko-damskich, niż czymkolwiek innym. W roku 1967 zdradziłem – niestety – uniwersytet na rzecz zawodu dziennikarskiego, no i tu już pojawił się pierwszomajowy obowiązek służbowy.  Ale o obowiązku już było.

A teraz kolega Napieralski (swoją drogą: nikt sobie nie zrobił dotychczas narzucającego się żartu z zamianą w jego nazwisku literki „p” na „b”; czemu?) zamknął pewną epokę. I nie chodzi o to, czy miał rację – czy też nie („nie mamy armat, żeby z nich strzelić”). Chodzi o to, że się poddał, ustąpił. Komu?

Rzymskiemu papie i jego zwolennikom. Hm…

A cóż ja? Jedno jest pewne: telewizor będę miał 1 maja wyłączony, radio też. Może sobie obejrzę „Ojca chrzestnego” po raz kolejny. Na przewidywaną okoliczność jak znalazł będzie część III; nie sądzicie?

A może po prostu wprowadzę się z premedytacją w „stan wskazujący”. Na pohybel.

PS. W moim kalendarzu miejsce 1 maja zajmie chyba 13 czerwca: Parada Równości. Chyba w tym roku będzie głośno i wyraziście.

19 thoughts on “„Niech się święci Pierwszy Maja…”

  1. Ale tam działo się coś symptomatycznego. Operatorzy zwracali uwagę na prezydenta Wałęsę i prezydenta Kwaśniewskiego stojących obok siebie. Choć akurat problemów zdrowotnych matki prezesa Kaczyńskiego żal, to jego brak oznaczał brak ikony narodowego „katolicyzmu”, którą mimo swej inteligencji został. Nie oglądałem zbyt uważnie, ale transparentów Radia Maryja nie widziałem.
    W defensywie jest nie tylko wyrazista lewica światopoglądowa, ale też jej przeciwieństwo. Platforma idealnie trafiła ideologicznie- główny nurt społeczeństwa polskiego to osoby poszukujące, ale związane emocjonalnie z katolicyzmem.
    Osobną sprawą jest to, że ta „zgoda narodowa” to nie liberalna neutralność a kompromis oparty na eklektyźmie- tu urzędowo czcimy Papieża, tam również urzędowo wspieramy środowiska lewicowe światopoglądowo.
    Jest jeszcze drugi problem: od tego światopoglądowego „strzału w dziesiątkę” może przewrócić się w głowie. I moim zdaniem już się „trochę” przewróciło.

    1. Z wielu rzeczami się zgadzam. Ale nie ze wszystkim. Na przykład nie widzę tego ‚poszukiwania’. Powiedziałbym, że dominującą ideologią jest ‚świętogruszyzm’ — leżymy sobie pod gruszą i mamy święty spokój. Względnie grilla. Tak, PO na takie zapotrzebowanie odpowiada. Pod tym względem długi majowy weekend jest kwintesencją polskości😉

      Druga rzecz — owa wymodlona ‚zgoda narodowa’. Nie uważam by była możliwa. Ani też, by była potrzebna. I PO jej nie realizuje. PO stara się iść raczej środkiem, bez wyrazistych decyzji (dlatego dziwi mnie, że wciąż nie odwołano Radziszewskiej — przeczekanie krytyki się w to wpisuje, ale późniejsze pozostawienie jej na stanowisku, to już chyba lenistwo). PO gra w to skutecznie. Wbrew pozorom Polska się zmienia na lepsze — odpowiadałem niżej Stefanowi, że dostrzegam większą swobodę dyskusji w mediach (i w gruncie rzeczy większe przyzwolenie na liberalizm światopoglądowy niż jeszcze kilka lat temu). Pytaniami dla mnie jednak zostają granice tej polityki — czasowe i ideowe.

      Cóż, śmierć ibn Ladena już zdaje się przesłaniać wczorajszą beatyfikację.

      1. Na przykład nie widzę tego ‘poszukiwania’.

        Mój błąd, Pana/Pani racja.
        Myślę, że zapożyczyłem słowo od lubianego przeze mnie środowiska „Tygodnika Powszechnego” (nie zaliczam się do niego, ale je cenię). To taki eufemizm na określenie osób, których światopogląd trudno ująć w ramy. Fakt, krzywdzący dla ludzi rzeczywiście dążących do znalezienia sobie spójnej filozofii życiowej.

        „Druga rzecz — owa wymodlona ‘zgoda narodowa’. Nie uważam by była możliwa.”

        Myślę, że to niewłaściwe rozumienie mych słów.
        Chodzi mi o to, że centrum znakomicie operuje „oczywistą oczywistością” (w sposób nieosiągalny dla twórcy tego pojęcia). Tworzy w ten sposób „zgodę narodową”, która nie przeszkadza ostremu konfliktowi personalnemu. Polaga ona na łatwości przedstawiania wybranych poglądów jako jedynych rozsądnych na daną sprawę.
        Ten model „zgody narodowej” nie jest zresztą wbrew wierze prawicowców jakąś demoniczną strategią PO czy GW (zresztą to dwa osobne środowiska). Po prostu istnieją dwa sposoby na „robienie centrum”. Jeden to dążenie do obiektywizmu (próbujemy tworzyć sprawiedliwe warunki sporu), drugi to eklektyzm (bierzemy idee raz od jednych, raz od drugichj). Eklektyzm lepiej się sprzedaje.

  2. No, niezupełnie zrezygnowali. Przenieśli się na prowincję. Ogólnopolskie obchody pierwszomajowe organizują przed… stocznią szczecińską. Drugą kolebką „Solidarności”.

  3. Panie Bogdanie, proszę wybaczyć bezpośredniość ale zapytam. Dlaczego właściwie nie wyjechał Pan jeszcze do Niemiec? Rozumiem, że na starość może nie ma już takiej potrzeby ale co pana trzymało przez te wszystkie lata w tym naszym smutnym i zacofanym kraju? Może nie było i nie jest Panu wcale tak źle? Może lepiej przestać narzekać w przewrotny sposób (bo jaki z tego pożytek?) i podjąć konkretne czyny aby wyrwać się z tego naszego zaściankowego ciemnogrodu?

    1. Co za perfidia! Ledwo od sześciu lat Niemcy mają swojego papieża, a wysyła się tam nam Pana Bogdana!😀
      Poważnie — sugestie bym odebrał jako nieprzyzwoitą. Rzecz w tym, że Polska nie jest tylko dla ‚wzorowych bogoojczyźnianych Polaków’ — Polska jest krajem dla bardzo różnych ludzi. (BTW. Katolicyzm też nie jest tylko dla czcicieli Jana Pawła II.) Tym co uwiera nie jest nawet ‚głos większości’, bo większość jest w gruncie rzeczy obojętna, także dzisiejszą beatyfikacją się mało przejmuje, ale właśnie takie ujmowanie sprawy — „nie zgadzasz się ze mną, to uciekaj z tego kraju, bo ten kraj jest tylko mój”.

      1. Odpowiem łącznie na oba komentarze. Przede wszystkim – dziękuję pak4 za obronę, głównie jednak za poparcie tezy, iż nie ma nic straszniejszego niż państwo czy społeczeństwo w jakimkolwiek sensie monolityczne. Warto żyć tylko w kraju pluralistycznym i rozmaitym; osławiona „jedność moralno-polityczna” pachnie z daleka sloganem „ein Volk, ein Reich, ein Fuehrer„, czyli brzydko. A ten zapach niezbyt się zmieni nawet wtedy, gdy słowo „Fuehrer” zastąpimy słowem „Bozia”…
        A teraz odpowiedź dla p. Stefana. Całkiem poważna, choć dość prywatna. Otóż powodów mojego pozostawania w Kartoffellandzie jest kilka. Główny – to oczywiście lenistwo. Tak się mianowicie złożyło, że moja matka, choć sama znała niemiecki jak rodzimy polski (i kilka innych języków…) – nie pozwoliła mi się tego języka uczyć; albo może inaczej – nie tyle nie pozwoliła, co nie ułatwiła mi tej nauki. Ojciec zresztą, który dla odmiany mówił po polsku jak w rodzimym niemieckim, postąpił tak samo: od wybuchu wojny nie wypowiedział po niemiecku słowa, przejeżdżając zaś przez Niemcy pociągiem – zasłaniał okna. Tak więc: nie znam niemieckiego, bo nie miałem dostatecznej motywacji ani nie byłem wystarczająco pracowity w młodości, by się go samodzielnie nauczyć; a wyjazd gdziekolwiek bez czynnej znajomości języka i kultury w oryginale jest zabójczym nonsensem. Po drugie – jakikolwiek wyjazd „stąd” oznaczałby zerwanie lub poważne osłabienie wielu więzi, w tym przyjacielskich – szalenie dla mnie ważnych, oraz bardzo utrudniłby mi wywiązywanie się z rozmaitych prywatnych zobowiązań. Poza tym wcale nie jestem pewien, czy wyjeżdżając z Polski wybrałbym akurat Niemcy; wprawdzie czuję się tam świetnie i jodłujący i walący się po udach panowie w skórzanych portkach są mi całkiem sympatyczni, ale moi tamtejsi przyjaciele mówią mi, że dawna niemiecka solidność i porządek to już tylko wspomnienia, co mnie trochę zniechęca. Wolałbym – gdybym znał język – zapewne jakąś Szwecję, może Danię albo Holandię. Dość fajne dzięki swemu ateizmowi i bliskiemu mojemu poczuciu humoru są też Czechy. A gdybym wyjechał – odciąłbym bezwzględnie wszystkie więzy z Polską. Żadnej Polonii, żadnych kontaktów, precz. Obejrzałem trochę tego w Anglii – i wystarczy: prowincjonalna zapyziała okropność.
        No, ale z powodów jak wyżej – nie wyjadę nigdzie. Starych drzew się poza tym podobno nie przesadza. Więc będę już do śmierci tu bruździł i psuł powietrze „prawdziwkom”…

        1. Panie Bogdanie bardzo dziękuje za odpowiedź! Kawał ciekawej historii.

          (Poprzedni post kierowany do pak4)

      2. Kompletnie przeinaczyłeś moją wypowiedź. Źle ją zrozumiałeś. Po pierwsze nie jest to żadna sugestia tylko pytanie i na dodatek zadane z całym szacunkiem! Nie chodzi mi też pod żadnym pozorem o to, że „nie zgadzasz się ze mną, to uciekaj z tego kraju, bo ten kraj jest tylko mój” – wręcz kompletnie odwrotnie. Jeśli atakuje cię stado szerszeni to kto ma uciekać – ty czy stado szerszeni? Tak więc rachunek jest prosty…
        Mnie np. dzisiejsza beatyfikacja bardzo boli i staram się zrobić coraz więcej aby nie przebywać pośród rozzłoszczonego stada narodowo-katolickich szerszeni. Mogę ratować się tylko ucieczką (tylko dokąd?) bo przecież ich chyba nie zagazuje? A ukąszenia cholernie bolą…

        1. Skoro źle odebrałem, to przepraszam.
          I teraz odpowiadając już na właściwe rozumienie — nie sympatyzuję z postawą kapitulancką. Rozumiem, że czasem nie ma innej możliwości niż ulec. Ale z podkreśleniem „czasem”. Lepiej ‚dawać świadectwo’, bo to wzmacnia innych i pozwala Polsce ‚znormalnieć’.

          1. Szanowny pak4,
            w mojej opinii „dawać świadectwo” to typowa katolska mentalność, a „wzmacnianie innych” to walka z wiatrakami, również katolska. Cóż… Jeśli samemu czegoś się nie nauczysz to nikt nikomu nie wbije niczego do głowy poprzez swoistą „ewangelizację”.
            To o czym mówimy to szeroki problem na poziomie społecznym którego nie da się załatwić poprzez chałturnicze robótki.

          2. Całkiem świadomie odwołałem się do tego ‚katolickiego memu’😉 Ale uważam, że coś w nim jest. Pamiętam opowieść znajomego-zaangażowanego katolika, jak wiele dała mu pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Nie dlatego, że słuchał jego nauki — tego zupełnie nie wspominał –ale dlatego, że poczuł, iż wiele osób myśli, tak jak on sam.
            Zauważ proszę, co My robimy — odnajdujemy blogi — i szerzej — media, które mówią coś nam bliskiego. Razem czujemy się lepiej.
            Chałturnictwo? Może. Ale też widzę, że coś się zmienia. Pięć-sześć lat temu, publiczna krytyka Jana Pawła II była nie do pomyślenia. Dzisiaj już do pomyślenia jest. Jako społeczeństwo się otwieramy — może tempo tego otwarcia irytuje, ale zjawisko już widać.
            Pozdrawiam🙂 (Dzień flagi, czy nie-flagi, robota czeka🙂 )

  4. Szkoda! Bo wypolerowałem sidolem odznaczenia i szturmówka też przygotowana – a tu nici. No cóż obejrzę beatyfikacje –

  5. No cóż Bogdanie, przemawia przez ciebie taka typowa, sentymentalna reakcja zawiedzionego klerka. Trudno, żeby tak nie było – bo nim w jakimś sensie jesteś. Myślisz sobie – co mogę zrobić? – najwyżej coś napisać…
    Postawa SLD i Napierniczaka była spodziewana – przecież tam, wśród naszych różowawych aktywistów – byłych ministrantów – nic się od dawna nie zmieniło! „Nie otwierają frontu walki z Kościołem” – żadnego frontu, w żadnym sensie – nawet o frontu walki elementarne zasady. Coś tam okazjonalnie krzykną o in vitro, coś tam zapowiadają enigmatycznie i wyrywkowo. „Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się i nic i nie zdarzy się nic, aż do końca…”
    Ja mam inny problem: na pochody nie chodziłem od ponad 20-tu lat, bo nienawidzę tłumu w jakiejkolwiek postaci – nawet i lewicowej. To nie moja domena. Ja jestem od czytania i pisania – a czasami nawet i od od myślenia, jak ktoś chce skorzystać. Załuję, że nikt mnie nie spytał, a ja sam nie pomyślałem, co zrobić, aby przywrócić 1 Maja jego tradycji. Teraz, post faktum, uważam, że można było wszcząć totalną, ogólnopolską akcję pod hasłem: „wywieś czerwony sztandar obok watykańskiej bandery!”. Głupio mi, że nie rzuciłem tego hasła publicznie – ale jeszcze mam parę godzin i nadam to na Facebooku. Może być ciekawie….

    1. Z tym klerkiem toś Wojtusiu nieco przesadził. Gdybyś to powiedział o Sierpińskim, albo nawet o Szymborskiej – zgodziłbym się w jakiejś mierze. Choć nawet i oni bywali w to i owo zaangażowani. Ale ja miałbym być „niezaangażowanym politycznie intelektualistą”, jeśli w ogóle to ostatnie słowo jest na miejscu? Śmiech na sali. Czy można być niezaangażowanym, będąc zajadłym i genetycznym przeciwnikiem pewnej znanej opcji? Zgodzę się, że bywałem klerkiem (bo klerkiem – jak sądzę – w ogóle bywa się okresowo). Może nawet i jestem po trosze w sensie bezpośredniej aktywności klerkiem teraz – ale tylko dlatego, że różne moje – nazwijmy to tak delikatnie – centra aktywności zakończyły przed laty działalność; czasem nawet dobrowolnie, zwalniając mnie tym samym z różnych powinności. Choć nie – z lojalności… Ale zostawmy ten temat, bo trochę wrażliwy.

  6. Mody się zmieniają.
    W latach 7–80 – 1 maja (1-go Maja?) MUSIAŁY wisieć biało-czerwone flagi, a 3 maja MUSIAŁY być zdjęte.
    W latach 90-tych – w zasadzie „prawomyślne” było odwrotne postępowanie.
    Od 2011 będzie znowu zmiana: 1 maja flagi obowiązkowo, ale w innych kolorach.
    Może należałoby jakiś poradnik wydać? Najlepiej – z przepisami na grilla…

  7. Ja hasło pamiętam!
    Rety, myślałem, że to tylko w moim mieście „lewica” zrezygnowała z czegokolwiek. Powiem złośliwie: jaka lewica, takie i pierwszomajowe obchody.

    Od tego roku obowiązuje nowe hasło: Niech się smęci 10 kwietnia!

Możliwość komentowania jest wyłączona.