Potem

Nietrudno zauważyć, że nie pisałem dość długo. Przyczyn było sporo, w tym drobne dokuczliwe niedomagania, ale najważniejsza to ta, że musiałem oswoić sytuację, jaka powstała po odejściu Kapsla (zob. wpis poprzedni). Własnie: odejściu; jedna paniusia powiedziała mi na ulicy „o, słyszałam, że piesek panu zdechł”. – To szanowna pani ewentualnie zdechnie – powiedziałem jej, i dokładnie tak właśnie myślę – mój pies po prostu odszedł… Inna paniusia w luźnej rozmowie o psach zgorszyła się z kolei na nadawanie psom ludzkich imion, jak się to niekiedy zdarza. – Imię, proszę pana, wiąże nieśmiertelną duszę człowieka z jego świętym patronem i oddaje mu ją w stałą opiekę – stwierdziła – więc katolikowi nie przystoi coś takiego w odniesieniu do zwierzęcia, które, jak wiadomo, duszy nie ma. – Nie wiem, co to takiego dusza – odparłem – jedyna mi znana była w starym żelazku, ale to nie o nią chyba chodzi. Natomiast wiem doskonale, co to jest mózg; i mój pies go miał, co do pani zaś – mam poważne wątpliwości.

Rozumiecie tedy – albo i nie, ale to wasza strata – dlaczego (bardzo delikatnie mówiąc) nie przepadam za katolikami i w ogóle wierzącymi. Moja niechęć do nich znacznie się zresztą zwiększyła w ostatnim okresie, do czego naturalnie przyczyniły się święta. Jak co roku telewizji – informacyjnych szczególnie – nie dało się oglądać: w każdych wiadomościach musiała się pojawić jakaś uduchowiona cipa, która łkając niemal w ekstazie religijnej (oczywiście, udawanej do spodu – założyłbym się, że niejedna z tych damulek prosto z planu po wygłoszeniu swej natchnionej mowy lazła prosto do wyra z jakimś mniej lub bardziej przypadkowym gachem albo szła na setę do pobliskiego baru…) opowiadała jakieś deistyczne banialuki, niemające zgoła żadnych odniesień do sytuacji bieżącej i codziennych wydarzeń; a działo się – i dzieje – na świecie wyjątkowo dużo. No, ale najważniejszy jest Kościół, oczywiście. Oraz paru palantów z pisdecji, którzy tak nam ubarwiają przekaz medialny swoimi plwocinami…

Przed nami kolejna porcja hipokryzji: wiadoma beatyfikacja. Jakież to szczęście – myślę sobie – że mam tak bogatą kolekcję porządnych filmów! Myślę, że na wspomnianą okazję będzie jak znalazł „Ojciec chrzestny”, specjalnie część III; zapewne wiecie, co mam na myśli.

Na zakończenie – wracam do tematu psiego, który obchodzi mnie znacznie bardziej, niż wszelkie beatyfikacje, nie mówiąc już o jakichś idiotycznych jajeczkach (choć te ostatnie, same w sobie, złym wynalazkiem nie są). Otóż
zakaz strzelania przez myśliwych do zdziczałych, błąkających się psów i kotów – czyli jednego z większych legalnych w Kartofellandzie barbarzyństw – może zostać wykreślony z projektu Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt. Bo „lobby myśliwych” się skutecznie sprzeciwia. Na Google’owym „Buzzie” napisałem w związku z tym, i tu powtarzam: Naprawdę mnie to wkurza, choć sam bardzo lubię broń i strzelectwo sportowe. Tych durnych sukinsynów, latających po lesie ze strzelbami, samych bym chętnie wystawił zagranicznym myśliwym odpłatnie na odstrzał. Uważam, że myślistwo powinno być po prostu zakazane – tak, jak walki zwierząt, czy korrida. Pod bardzo ostrą karą. Aparat fotograficzny, opieka nad zwierzyną – proszę bardzo. Sztucer i dubeltówka: na ścianę. Jak ktoś chce sobie postrzelać „do żywego”: zapraszam do Afganistanu, talibów nie brakuje. I potrafią oddać także z kałasza; bezdomny pies tego nie umie.

No i to było tyle refleksji poświątecznej.

A, jeszcze wam opowiem o mojej prywatnej tradycji wielkanocnej. Dochowuję jej starannie od sporo ponad 60 lat. Otóż w moim domu, w moich czasach dziecięcych, bardzo starannie przestrzegano postu, co mnie niezmiennie dziwiło i wkurzało, jako nielogiczny i pusty gest bez jakiegokolwiek czytelnego sensu. Bardzo wcześnie zacząłem więc demonstrować i w tej kwestii swoje zdanie odrębne, zaczynając ostentacyjnie Wielki Piątek od publicznego spożycia dużego kawału kiełbasy. W domu tej pani, co to psom odmawiała duszy nieśmiertelnej, dostałbym pewnie po pysku, co oczywiście skończyłoby się nieuchronnie zerwaniem więzów rodzinnych. Na szczęście moje domowe panie ograniczały się do westchnień i przewracania oczami. Ale też dość szybko im przeszło. Od pewnego wieku stosowne pętko było dla mnie po prostu odkładane; byłem tylko proszony, by nie robić demonstracji przy ciotkach. Na to mogłem pójść.

Reklamy

33 uwagi do wpisu “Potem

  1. Obecnie mam 19 lat, ale to o czym Pan pisze, przypomniało mi pewną sytuację jeszcze z czasów podstawówki: Po śmierci mojego ukochanego psa, który dożył 15 lat i był jeszcze przed moim narodzeniem, katechetka w szkole powiedziała mi, że zwierzęta duszy nie mają.. Wtedy, gdy jeszcze w jakiś sposób wierzyłem w Boga itd, zrobiło mi się bardzo przykro. Myślałem sobie: Jak to? Niby dlaczego jej nie posiadają? To dusza jest tylko domeną ludzką?.. Juz wtedy strasznie odsunęło mnie to od kościoła. Od tamtego czasu bardzo namawiałem rodziców, aby pozwolili mi nie chodzić na religie (co udało się dopiero w gimnazjum, gdy nikogo o zdanie się nie pytałem).
    Jak tak teraz się nad tym zastanawiam, to niech mi ktoś powie, po jaką cholere nauczycielka robi taką przykrość dziecku, które całe życie wychowywało się ze swoim przyjacielem?

    W ogóle kwestie religii w szkołach chyba byłoby warto poruszyć nieco szerzej w którymś Pańskim wpisie.

    Serdecznie pozdrawiam,
    Kuba.

    Polubienie

  2. Nie sądzę, aby byłą jakaś zależność pomiędzy faktem, że ktoś jest ateistą albo wierzącym (albo za takiego się uznaje), a tym jakim jest człowiekiem. Ujmując rzecz bardziej matematycznie, gdyby można było opisać współczynnik religijności (gdzie ateizm też jest uwzględniony, np, jako 0) i współczynnik bycia „dobrym/przyzwoitym” człowiekiem za pomocą liczby, to dla dużej grupy ludzi opisanych tymi dwoma parametrami korelacja pomiędzy nimi byłaby bliska 0.

    Zarówno wśród wierzących jak i niewierzących można znaleźć takich, którzy po prostu żyją według swoich przekonań i nie przemują się tym,
    że ktoś może myśleć/czuć zupełnie inaczej, albo takich którzy programowo potępiają drugą stronę, wykorzystując każdą okazję, żeby im przypomnieć jakimi są baranami/niemoralnymi istotami/ciemnogrodem/itp.
    Po co to Panu Panie Bogdanie? To jest zbliżanie się do klimatów w rodzaju Radio Maryja. Oczywiście poglądy inne, ale mechanizm podobny.
    Szkoda czasu an taką niekonstruktywną zaciekłość.
    Nie chodzi mi tutaj o krytykowanie KK za pazerność, czy tuszowanie skandali pedofilskich bo to są konkretne zarzuty, które należ nagłaśniać.
    Tu chodzi o spokój ducha związany z postawą innych :-).
    Jak ktoś jest wierzący to jego sprawa. Jak ktoś jest niewierzący to jego sprawa. A nie: „umarł pies, ktoś coś powiedział, były Święta, katolicy to są tacy i tacy”.
    Bez sensu.

    Polubienie

    • No i co do zasady – pełna zgoda. Nie ma żadnego związku (ani pozytywnego, ani negatywnego) między religijnością – czy tez, jak chcą to niektórzy nazywać – pobożnością, a rzeczywistym – dobrym, lub złym – postępowaniem i charakterem. Innymi słowy, można być głęboko pobożną szują – i można być szują-ateistą; możliwa też jest i sytuacja dokładnie przeciwna: porządny człowiek wierzący, albo i niewierzący. Ewentualnym problemem mogłoby być zbadanie, która z tych sytuacji jest częstsza, ale nie sądzę, by się to dało jakoś rozstrzygnąć. W każdym razie sytuacja „agitacyjna” w obu wypadkach – zarówno gdy wierzący chce kogoś za wszelką cenę „nawrócić”, jak i gdy ateista chce fideistę zbyt energicznie przekonać do swych racji – jest dla mnie mocno wątpliwa, jeśli nie wręcz podejrzana. Ale obie strony mają prawo do swoich opinii i wyrażania ich. Dlatego ja na przykład nie protestuję przeciw istnieniu wyrażającego metafizyczne poglądy swych słuchaczy Radia Maryja; nie ma w końcu obowiązku odbioru tej stacji. Odmawiam tej instytucji natomiast prawa wypowiadania się w jakichkolwiek sprawach świeckich, podobnie jak sobie nie uzurpuję prawa interpretacji dogmatów religijnych. Ich poglądy – ich sprawa, moje poglądy – moja sprawa; tak jak Pan to ujął, dokładnie.
      Jeśli natomiast ta moja odmowa nie zostanie uwzględniona – zastrzegam sobie możliwość użycia „środków bogatych” i proporcjonalnej reakcji.
      Do konkretów: w kwestii stosunku do zwierząt, „wynoszenia godności istoty ludzkiej” ponad inne stworzenia, aborcji, umiejscowienia kobiet w świecie, związków partnerskich i jeszcze paru innych (kolejność tej wyliczanki nie jest istotna) – kompromisu być nie może.
      I tu dotykamy jeszcze jednej kwestii, której zresztą warto chyba poświęcić odrębne rozważania, więc w tym miejscu tylko sygnał: czy kontrowersyjne stanowiska są zawsze równoprawne? Czy więc demokracja wymaga zawsze dopuszczenia do głosu – i nawet poszukiwania – odrębnych punktów widzenia, w każdej sprawie?
      Otóż moim zdaniem – nie. Są pewne poglądy – powiedzmy, antysemickie albo ogólnie rasistowskie, czy też zawierające elementy faszyzmu – które wręcz powinny być dyskryminowane i wręcz eksterminowane.

      Polubienie

  3. Zachowania takie, jak tej „jednej paniusi” to nie problem wiary lub jej braku. Raczej – kwestia wrażliwości, której brak sam Pan wykazał, chociażby nazywając telewizyjną prezenterkę o niemiłych Panu poglądach „cipą”.

    Polubienie

    • A ja tego typu wrażliwości nikomu nigdy nie obiecywałem, o ile pamiętam. Jak kogoś uważam za palanta, to powiem to publicznie bez wahania, i z pewnością nie będzie mnie specjalnie obchodziło, czy to kogoś zaboli lub urazi; to samo odnosi się do odpowiednika żeńskiego palanta, który nazwałem zresztą bardzo oględnie. Wyjaśniam przy okazji, że miejsce rzeczonej cipy jest za ladą kiosku z warzywami lub przy zamiataniu ulic; niekoniecznie w mediach… A tam jest takich najwięcej akurat.

      Polubienie

      • Podobne myślenie (?) kierowało zapewne cytowaną przez Pana sąsiadką. A ona akurat – o ile mi wiadomo – nikomu nigdy nie obiecywała, że:

        chamstwo, w tym użycie niektórych słów powszechnie uważanych za niestosowne, i antysemityzm nie będą w tym miejscu tolerowane

        .

        Polubienie

      • Warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów. Nie ulega otóż wątpliwości, że w kwestii dokonań intelektualnych homo sapiens stoi najwyżej; nikt tego nie neguje. Ale – co z tego? Po prostu tak jest, a wysnuwanie stąd wniosku, że ten gatunek jest „lepszy” – nie jest uzasadnione; poczekajmy kilka tysięcy lat i zobaczymy, kto będzie „na szczycie”. A już z pewnością nie wynika z tego, ze mityczna Istota Wyższa w jakikolwiek sposób nadała gatunkowi homo jakieś specjalne uprawnienia. To chyba jasne dla każdego, kto nie jest gatunkowym pyszałkiem i w ogóle ma więcej niż dwie szare komórki…

        Polubienie

    • Mogę. To tekst wielce emocjonalny i w intencji oczywiście krytyczny wobec ateizmu. W pełni podzielam to właśnie myślenie, które autor chce wyszydzić. Z tą poprawką, że nie dlatego jestem ateistą i wrogiem wszelkiej religii, że namówili mnie do tego jacyś „nieznani panowie w białych fartuchach”. Przekonał mnie do tego po pierwsze, mój osobisty rozum, po drugie zaś obserwacja idiotycznych i pełnych hipokryzji, często zaś nieludzkich zachowań ludzi, nazywających się „wiernymi”.

      Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.