Liczby, słowa i eksperci

Słuchałem ostatnio jednej z moich ulubionych radiostacji, w której występował pewien młody dżentelmen, komentujący poczynania rządu w jakichś tam kwestiach ekonomicznych. No i cholera mnie strzeliła kilkakrotnie. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w żadnych ekspertów w wieku lat dwudziestu i kilku, a już w dziedzinie gospodarczej w szczególności; po prostu, coś takiego nie występuje w naturze. Po drugie dlatego, że prowadzący zapowiedział owego szpenia jako eksperta do spraw – takich to a takich; tymczasem ekspertem się jest od czegoś. Po trzecie, bowiem ów „ekspert” robił – wielokrotnie – dwa wyjątkowo rozwścieczające mnie błędy językowe; błędy, które niestety występują nagminnie.

Pierwszy z tych błędów to sposób wymawiania dat dotyczących naszego stulecia. Zapamiętajmy: rok 2010 to jest rok dwa tysiące dziesiąty, a nie dwutysięczny dziesiąty! Setek lat się nie odmienia; czy byście powiedzieli na rok 1973 „tysiąc dziewięćsetny siedemdziesiąty trzeci”? Oczywiście, każdy – poza zupełnym debilem – powie poprawnie „tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty trzeci”; więc co wam, matołki, odbiło z odmianą „dwutysięczny”?

To jednak prosty błąd, reguła jest oczywista i łatwa do zrozumienia, a kto jej nie zna – ten wsiok; i tyle. Gorzej z drugim błędem, także dziś notorycznym – bo tu reguły poprawnościowe są faktycznie cholernie złożone, choć jakoś jednak w kulturalnych środowiskach (tych, co to już dziadziuś umiał jeść nożem i widelcem) stosowane niemal naturalnie – na tej samej zasadzie, na której nie wyciera się w tych środowiskach nosa w palce, ani nie mówi „łał”. Chodzi o użycie i odmianę słowa „procent”.  Otóż, nie mówi się „procentu”, tylko „procenta”; to raz. Dwa, w połączeniu z liczebnikami oznaczającymi całości w mianowniku, dopełniaczu i bierniku, a w połączeniu z liczebnikami ułamkowymi w każdym przypadku, występuje tylko bezkońcówkowa forma procent. Dwa, trzy procent (nie: procenty!) kobiet to nieznośne harpie. Nie ma dziś w szkole czterech procent (nie: procentów!) uczniów. Osiem dziesiątych procent (nie: procenta, ani zgroza – procentu), trzy i pół procent… i tak dalej. Natomiast – uwaga, uwaga – słowo „procent” odmienia się w pozostałych przypadkach! O pięciu procentach uczestników mówimy. Promocji udzielono dziewięćdziesięciu pięciu procentom kupujących (ale 95,3 procent – ułamek!).

Od tych reguł jest jednak wyjątek: z liczebnikiem jeden używa się w dopełniaczu formy procenta (albo nawet dopuszczalne jest – w innych sytuacjach wykluczone!) procentu: do wykonania planu zabrakło jednego procenta (albo: procentu!) normy…

Okropnie trudne, przyznaję. Ale – polska język, trudna język; i nie ma na to rady innej, jak się pouczyć.

A swoją drogą, od faceta mówiącego o gospodarce – czego jak czego, ale właśnie poprawnego posługiwania się liczbami trzeba wymagać.  Inaczej staje się on niewiarygodny, choćby miał lat sześćdziesiat. Bywszy więc prezesem tego banku, w której ów „ekspert” pracuje – z miejsca bym zrobił z niego byłego eksperta.

Reklamy

21 myśli w temacie “Liczby, słowa i eksperci

  1. Trudno się nie zgodzić, ale trzeba człowieka bronić. On był ekspert, ekonomista, gość wreszcie. Owszem jako wykształcony bywały, ale jednak być może nie zawodowiec od mówienia. A z tymi bywa gorzej, wystarczy posłuchać sobie jeden, dwa dni TOK FM żeby samemu zacząć się gubić i zastanawiać czy się aby nie błądzi skoro się wyłącznie włącza, a nie wyłancznie włancza ;-). O tym jak niektórzy redaktorzy czy panie redaktor (redaktorka kojarzy mi się z jakimś urządzeniem co najwyżej) za przeproszeniem seplenią na antenie.

    Polubienie

  2. Zawsze mogłoby być gorzej, cieszmy się, że ten „ekspert” nie mylił chociaż procentów z punktami procentowymi.

    Polubienie

  3. a, jeszcze jedno: Do zjawisk językowych bijących po uszach dorzuciłbym akcentowanie wyrazów. Do pasji doprowadza mnie robiLIśmy zamiast roBIliśmy, poliTYka zamiast poLItyka, muZYka zmamiast MUzyka itp. Jakiś czas temu wytknąłem to tutaj (na wordpressie znaczy) niejakiemu Tomaszowi Łysakowskiemu (rocznik 79), wszechobecnemu wówczas „EKSPERTOWI” radia TOK FM. Odrzucił krytyką powołując się na różnicę wieku między nami. Niestety (dla moich uszu) najprawdopodobniej ma rację. Jak wiadomo systemy językowe dążą do uproszczenia, zatem należy się spodziewać, że w toku ewolucji akcentowanie w j. polskim zostanie ujednolicone.

    Polubienie

      1. a propos łaciny: Niektóre błędy są już tak utrwalone, że strach wymawiać poprawnie. Mój ulubiony przykład to „primum non nocere”. Poprawna wymowa to noCEre, tymczasem ‚ludność’ uparła się akcentować pierwszą sylabę i nic nie poradzisz.
        Innym przykładem na to samo, to znaczy na sytuację, gdy wymawiając poprawnie wychodzisz na ćwoka jest nazwisko de Funes. Wielki Louis pochodził z Hiszpanii w związku z czym wymawianie „s” nie tylko nie jest błędem, ale wręcz wskazane. On sam tak się przedstawiał.

        Polubienie

  4. @Wojciech Garstka – Kulturę języka tak jak i wszystkie inne, nazywane kiedyś zbiorczo „kindersztuba”, wynosi się z domu i basta. Żadna „pani” w podstawówce nie pomoże, decyduje to, jak się mówiło w domu. W starszym wieku da się to i owo poprawić, ale wystarczy parę kieliszków lub silna emocja, żeby z delikwenta wylazły te wszystkie „wzięłem”, „tu pisze”, „w cudzysłowiu”, o „poszłem” nie wspominając.

    Polubienie

  5. Mój znajomy w kwestionariuszu w rubryce zawód ojca wpisał onegdaj dyrektor. Wydaje się że współcześnie po prostu „ekspert” to stanowisko jest. Zatrudniamy kogoś ( nie ważne kogo) na stanowisku „eksperta” nie pot aby się go radzić ( widział kto w Polsce prezesa który pyta kogoś o zdanie? Zwłaszcza jakiegoś specjalistę?). natomiast osoba na stanowisku „ekspert” to ktoś kto na zachodzie nazywa się wprost: pijarowiec, ewangelista, spindoktor. Jest to osoba która w taki czy inny sposób urabia opinię publiczna pod interes banku, firmy. Stąd nieporozumienie jak sądzę co do np. konicznego wykształcenia ( nie potrzebne, ale jakieś, np. ekonomiczne uprawdopodabnia zwykłe skądinąd kłamstwa np.), kultury osobistej ( przeszkadza w dyskusjach w tv na przykład – osoby kulturalne np. nie przerywają komuś w pół zdania – no i klops z takim delikatesikiem w tv się leży), a tym bardziej wiedza ( wiedza bowiem przeszkadza łgać w oczy, lepiej jak kto wierzy w to co mówi). Słowem prawdziwy ekspert nie jest dyspozycyjny w dostatecznym stopniu, aby mógł odgrywać jakąkolwiek rolę w polskim biznesie. A „ekspert” jest zamiast.

    Polubienie

  6. A co Pan powie o ludziach, którzy mówią o „najbardziej optymalnym”? Przecież mogliby powiedzieć pięknie po polsku „najbardziej najlepsze”.A „najbardziej optymalne” słyszałem wielokrotnie z ust ministrów, a chyba i premiera.

    Polubienie

  7. Nazywanie tępego i niedouczonego szczyla „ekspertem” w istocie rozumiem jako pewną przesadę.

    Polubienie

  8. Słusznie zżyma się Pan na błędy językowe popełnione przez „eksperta od spraw”, jednak w tekście pojawiła się uwaga, która z kolei mnie doprowadza do pasji. Mam na myśli ten oto fragment tekstu: „(…)bo tu reguły poprawnościowe są faktycznie cholernie złożone, choć jakoś jednak w kulturalnych środowiskach (tych, co to już dziadziuś umiał jeść nożem i widelcem) stosowane niemal naturalnie(…)”. Rozumiem, że jest Pan wyznawcą teorii o genetycznym dziedziczeniu „reguł poprawnościowych” i należy Pan do ludzi z dumą szczycących się tym, kim to był ich przodek cztery pokolenia wstecz. Wybaczy Pan, ale taka postawę uznaję za takie samo prostactwo jak krytykowana przez Pana językowe chamstwo eksperta.

    Polubienie

    1. A nie dopuszcza Pan (Pani) myśli, że to nie o żadne „wywyższanie” chodzi, ale o stwierdzenie dość oczywistego faktu, że ludziom, wywodzącym się od paru pokoleń z warstw wykształconych jest po prostu łatwiej? Że wychowawszy się wśród tysięcy książek w domu – łatwiej i chętniej sięgniemy sami po następną? Że słuchając mówiących po francusku czy niemiecku z babcią rodziców – sami zachcemy poznać te kultury? Że obserwując zachowania rodziców przy stole – nie będziemy musieli być werbalnie pouczani dlaczego i jak? Że nawet gest głowy przy ukłonie będziemy mieli inny? Ludziom, wychowanych w takich warunkach, powtarzam, jest po prostu łatwiej. Nie ma to jednak nic wspólnego z wartościowaniem ani genetyką. Tym większy szacunek tym, którzy wyszedłszy z nizin – doszli na przykład do profesur, znajomości obcych języków i wywalczyli sobie w ogóle awans społeczny.

      Polubienie

      1. Zgadzam się z wnioskami jakie Pan wyciąga w poście i dlatego trochę niezręcznie jest mi polemizować z czymś co jest w nim didaskaliami, ale jednak…Nie kwestionuję tego, że komuś, kto jest z „dobrego, inteligenckiego domu” jest łatwiej. To banał. Problem polega na tym, że „kulturalne środowiska” zdefiniował Pan, jako te, w których „dziadziuś umiał jeść nożem”, automatycznie ekskludując z nich ludzi, których dziadziuś miał z tym kłopoty…Śledzę Pańskie posty, wydawało mi się, że znam Pańska postawę światopoglądową dlatego mnie to nieco rozczarowało.

        Polubienie

        1. Ale… to kulturalne środowiska, te zaś pozostałe – kulturalne nie są, lub są w mniejszym stopniu. Co, powtarzam, nie jest wartościowaniem. A tak przy okazji: ja bym nie nazwał mowy owego komentatora „chamstwem językowym”. To tylko naganny brak wiedzy…

          Polubienie

          1. Wobec tego wyciągam z tego prosty wniosek, taki oto: Pańskim zdaniem, aby móc być określonym „człowiekiem kulturalnym” należy wywodzić się z „odpowiedniej” rodziny. Cóż, to z kolei pachnie mi już elitaryzmem, a uważałem Pana za demokratę 🙂

            Polubienie

          2. Niestety, myli Pan – jak, psiakrew, większość ludzi – warunek konieczny z wystarczającym i statystyczną większość – z ogółem. Kto się wywodzi z „odpowiedniej” rodziny, jest (bardzo) prawdopodobnie kulturalny; kto sie z takiej rodziny nie wywodzi – też może być kulturalny. Czy to takie trudne do pojęcia? I co to ma wspólnego z demokracją, której istotą jest równanie „1 człowiek = 1 głos”, nie zaś żadne „wszyscy jesteśmy jednakowi”?

            Polubienie

  9. No widzisz, nie każdy miał „panią” w podstawówce po przyzwoitym, przedwojennym seminarium nauczycielskim. Moja była oczywiście starą panną, mieszkała z uboższą kuzynką, ktpra była jej domowniczką, jak kiedyś w dworkach, była surowa – lecz rozumiejąca, trochę egzaltowana – ale nigdy ponad przyzwoitość i porządek, a do teatru nosiła lorgnon na srenrnym łańcuszku. Była też oczywiście religijna – też bez egzaltacji – ale gomułkowską odwilż, z powrotem religii do szkół, powitała bardzo pozytywnie. Na wywiadówce zwróciła się radośnie do mojego ojca, przekonanego ateisty i przedwojennego PPS-owca: „Panie Lucjanie, nie potrafi pan sobie wyobrazić, jak pięknie wygląda Wojtuś podczas odmawiania porannej moflitwy, taki uwnioślony!” Ojciec stęknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi.
    Szczegółowa znajomość gramatyki pozostała mi do dziś…

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.