Pamiętny rok ’56

001To był rok! Cudowny. Niby już od dwóch lat – które zaczęły się jakiś rok po śmierci Wielkiego Językoznawcy – było dość jasne, że cały świat wkracza w epokę odwilży, a Polska zaczyna pomału wracać do względej normalności, ale dopiero w Roku Października zmiany te nabrały tempa. Dla mnie ten rok był cudowny podwójnie, bo cóż może być wspanialszego, niż dobieganie dwudziestki przez człowieka ciekawego świata i w jakiejś tam mierze żyjącego także polityką?

Ja i moi rówieśnicy wiązaliśmy z dziejącymi się zmianami wielkie nadzieje. Łaziliśmy na wiece na Politechnice, maszerowaliśmy spontanicznymi demonstracjami po Nowym Świecie, martwiliśmy się, że chuligani i prowokatorzy zaatakują wiadomą ambasadę i wywołają krwawy odwet partyjnej konserwy…

Uwielbialiśmy Lechosława Goździka, wspaniałego robotnika z FSO. Dalibyśmy się porąbać za powrót do władzy Władysława Gomułki. Oburzaliśmy się na generała “Gazrurkę” Witaszewskiego, który sprzętu, od którego wziął ksywkę chciał używać przeciw inteligencji i studentom. Siadywaliśmy w Radzie Uczelnianej ZSP Uniwerku na dyżurach, gotowi do jakiejś akcji – tylko zupełnie nie wiadomo jakiej? Zaczytywaliśmy się “pismem młodej inteligencji i studentów”, czyli “Po prostu” (nawiasem mówiąc: moje “Studio Opinii” nawiązuje do linii programowej tego pisma nie tylko swoim obliczem ideowym, ale także związkami personalnymi).

A przy tym – prowadziliśmy najzupełniej normalne życie dwudziestolatków, już wolne od niedawno jeszcze obowiązkowych czerwonych krawatów. “Fruwały nasze marynary” (kto wie, dlaczego wziąłem to zdanie w cudzysłów?) na koncertach jazzowych w Hali Gwardii. Tańczyliśmy swinga na VI. piętrze CDT, czyli dzisiejszego “Smyka”, do tańca zaś grała orkiestra Hermana. Graliśmy namiętnie w – dozwolonego już – brydża w prywatnych mieszkaniach. Co bogatsi z nas mieli prawdziwe dżinsy i nie bali się ich nosić… Piliśmy wódkę. Pływaliśmy kajakiem po Mazurach i szusowaliśmy na prymitywnych nartach w Zakopanem. Mieliśmy rowery, a niektórzy nawet motocykle.

No i, oczywiście, kochaliśmy się – choć z konsumpcją tych miłości nie było łatwo: socjalizm był okropnie pruderyjny i w żaden ludzki sposób nie pozwalał legalnie skorzystać z hotelu ludziom niezwiązanym “świętym” (tfu!) węzłem małżeńskim…

A ludzie kilka lat od nas starsi robili prawdziwą politykę. Pędzili z zebrania na zebranie, pasjonowali się rozwojem samorządu robotniczego, pisali artykuły do “Po prostu”. Wiecznie zadyszani, zafrapowani walką “Natolina” z “Puławami”, przejęci rozliczeniami, myślący o dobrym haśle do jakiejś nowej akcji. To było ich całe życie.

Opisał je jeden z legendarnych działączy opozycji demokratycznej, Jan Jóżef Lipski. Działacz – i prezes – słynnego Klubu Krzywego Koła, redaktor, mason, socjalista z przekonań. Ostatni tydzień poświęciłem wieczorami właśnie na lekturę jego “Dzienników”, wydanych nakładem “Więzi”. Te “Dzienniki”, to właściwie tylko w tej wersji fragment całości, ograniczony do trzech wpisów z roku 1954 i skupiający się na owym pamiętnym roku 1956 oraz okresie do wyborów 1957 roku; całość spuścizny Lipskiego obejmuje i dalszy okres, ale nie zostałała niestety, opracowana i wydana.

To, co dostaliśmy – to materiał źródłowy, porządnie opracowany naukowo, bogato opatrzony wyjaśniającymi materię spraw przypisami. Nie jest to łatwe w czytaniu, ale pasjonujące – zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto wiele spośród występujących na kartach ksiązki osób zdołał jeszcze poznać osobiście.

Nie będę analizował treści tej arcyciekawej i ważnej książki. Podzielę się z Czytelnikami jedną tylko refleksją: Lipski był 10 lat starszy ode mnie, jego towarzysze i koledzy – często jeszcze mniej; a mentalnie jest między nami różnica pokolenia. Lipski – podobnie jak ja – uczestniczył w słynnym wiecu na warszawskim placu Defilad i słuchał pierwszego naprawdę publicznego wystąpienia Gomułki. Zmartwiło go to wystąpienie, wyraźnie zapowiadające koniec naszej “Rewolucji Październikowej”; zmartwiło, ale nie zniechęciło do dalszego działania, do udziału w przygotowywaniu wyborów, do dyskusji nad kandydaturami przyszłych posłów…

Mnie i moich kolegów słowa “koniec wiecowania, do roboty” zdeprymowały kompletnie. Uznaliśmy, że jesteśmy zwolnieni z entuzjazmu dla “Wiesława”, że politykowanie nie ma już sensu,  i że najwyższa pora zająć się w pełni życiem prywatnym, zostawiając politykę ludziom, którzy – w naszym mniemaniu – okazali się albo skrajnie naiwni, albo cyniczni.

Lipski i jego krąg potrzebowali na zrozumienie tego wielu lat. Zresztą – chyba nie wszyscy i nie do końca to pojęli, włącznie z Janem Józefem. Wierzyli w możliwość zmian wielce romantycznie – i w dużej mierze do tych zmian, które w kilkadziesiąt lat po Październiku jednak zaszły,  się przyczynili. Czy byliby ich przebiegiem i konsekwencjami zachwyceni?

Wszyscy – chyba nie.

A ponieważ to ostatni wpis datowany 2010 – najlepsze życzenia wszystkim odwiedzającym. Wprawdzie data rozpoczęcia rachuby dni w Nowym Roku jest ustalona podobnie arbitralnie, jak i Bożego Narodzenia, ale tradition is tradition: wszystkiego dobrego. Obyśmy się wszyscy spotkali za rok w dobrej kondycji.

5 thoughts on “Pamiętny rok ’56

  1. Dalszych lat opiniowania, komentowania, gromienia, wyśmiewania. No i sto, ba, sto pięćdziesiąt lat dla autora!!!

  2. Czestokroc wracam do tworczosci filmowej Jana Batorego.On – mimo cenzury – doskonale w swych filmach oddawal atmosfere tamtych lat,wrazliwosc ludzi, nadzieje ludzi ich oczekiwania i pogardy.
    Przemijanie jest nieuchronne, ale ocalenie od zapomnienia jest sztuka niezmiernie wartosciowa i trudna.
    Dzieki Panu czestokroc niemozliwe okazuje sie mozliwym .
    Zyczenia noworoczne napisalem w poprzednim Pana artykule, wiec powtarzac ich tu nie bede, a wlasnie w czesci wspomnialem o przemijaniu.Jaka zbieznosc w czasie mysli?

Możliwość komentowania jest wyłączona.