Anya

marzynskiMam nadzieję, że Czytelnicy dobrze znają nazwisko Mariana Marzyńskiego i wiedzą, że to wspaniały filmowiec i wielki dzienikarz. Z bardzo dawnych jego dokonań przypomnę tu tylko dwa: świetne seryjne publicystyczne widowiska telewizyjne “Wszyscy jesteśmy sędziami” i “Turniej Miast”. Ten ostatni często jest wiązany z nazwiskiem Mariusza Waltera, który rzeczywiście miał w jego powstanie wielki wkład, ale jako II reżyser i tzw. realizator wozu numer 2. Autorem scenariusza i głównym reżyserem programu był własnie Marzyński, zaś na wozie numer 1 pracował nieżyjący już dziś Tadeusz Kurek.

Po roku 1968 Marzyński – który jest polskim Żydem – opuścił kraj. Wyemigrował do USA, gdzie zrobił sporą karierę telewizyjną i jako wykładowca uczelni dziennikarskich. Cały czas tworzył, jego specjalnością zaś stał się dokument filmowy. No i kilka dni temu TVP Kultura pokazała jego wspaniały film “Anya”.

Film to zgoła niezwykły. Marzyński realizował go… niemal 30 lat, dokumentując dojrzewanie swojej córki, tytułowej Anyi. Swoją drogą, cóż za niebywałą konsekwencję i pracowitość trzeba mieć, by podjąć się takiego zadania – w dodatku za własne pieniądze i bez jakiegokolwiek sponsora, bez zamówienia od jakiejkolwiek stacji telewizyjnej również! I jest to film absolutnie profesjonalny: żaden tam montaż scenek z życia dzieciny, sfilmowanych przez tatę amatorską kamerą. W końcowej “liście płac” jest cała ekipa: operatorzy kamer, dźwiękowcy, oświetleniowcy…

Wyszło coś nadzwyczajnego: głębokie, świetnie umotywowane socjologicznie i psychologicznie studium rozwoju dziewczyny – od małego dziecka do dojrzałej spełnionej intelektualnie kobiety, matki w dodatku. Widzimy, jak Anya wrasta w społeczność amerykańską, nie tracąc swej tożsamości kulturowej; jak przechodzi klasyczne okresy buntu, najpierw dziecięcego, potem wieku dojrzewania; pznajemy jej kolejne fascynacje, przyjaźnie i młodzieńcze związki, o których film opowiada nadzwyczaj delikatnie, ale z wielką szczerością. Jesteśmy świadkami pierwszych rozczarowań życiowych dziewczyny, która nie kończy liceum z wystarczająco dobrym świadectwem – i jej wielkiego wybuchu radości, gdy zostaje przyjęta na nowo utworzony wydział Uniwersytetu Illinois. I zaraz potem okazuje się, że te studia były kosztowną (dla rodziców) pomyłką…

Anya nie załamuje się. Szuka swego miejsca w życiu – i znajduje je w uczelni pedagogicznej. Zostaje nauczycielką najmłodszych dzieci – i to okazuje się strzałem w dziesiątkę. Sceny, pokazujące kontakt Anyi z maluchami i ewidentną jej radość z tego zajęcia oraz fascynację dzieciaków jej osobą – należą do najlepszych w filmie. Anya podejmuje pracę w międzynarodowej szkole w Paryżu; tu poznaje też swego męża, Dominika, także nauczyciela. Delikatnym szokiem dla jej mamy, uroczej – i nieco konserwtywnej – pani Grażyny jest to, że Dominik jest ciemnoskórym Kreolem; sfilmowana przez Mariana mina żony w momencie poznania przyszłego zięcia jest czymś kapitalnym…

Mnie jednak urzekła inna scena. Anya z ojcem odwiedzają Warszawę. Idą w okolicę dzisiejszej ulicy Johna Lennona, gdzie stał dom Marzyńskich w latach sześćdziesiątych. Tego domu – bywałem w nim przed laty, pijąc z Marianem jakieś wino na werandzie i gadając o kolejnym “Turnieju Miast”, w którym kilkakrotnie brałem udział – już nie ma. Ojciec z córką idą jednak nieistniejącym korytarzem, wchodzą do nieistniejących pokoi…

A potem odchodzą letnią ulicą. Kamera pokazuje ich od tyłu. Idą objęci, podskakując i dając sobie nawzajem żartobliwe kopniaki w tyłek. Dorośli ludzie, ojciec z córką; w absolutnym, idealnym porozumieniu.

W ogóle “Anya” to film wielowątkowy i niezwykle bogaty treściowo. Oprócz dokumentacji procesu “stawania się” głównej bohaterki, mamy tam z wielką delikatnością pokazane typowe konflikty rodzice-dziecko, świetnie zasygnalizowane sprawy odkrywania własnej tożsamości etnicznej i kawał bardzo osbistego spojrzenia Mariana na świat i Polskę. Jak kto chce, może też zwrócić uwagę na rzecz z pewnością przez autora niezamierzoną: na zmiany w sposobie filmowania i jakości użytych materiałów w ciągu tych trzydziestu lat.

Obejrzawszy ten film napisałem do Mariana z gratulacjami. Odpisał natychmiast. Napisał między innymi:

  • Anya i Domink są w Bazylei, uczą w miedzynarodowych szkołach (po Paryżu, Londynie i Pekinie), maja dwoje dzieci: Sebastiena i Maję;
  • „Anya” w KULTURZE będzie jeszcze 3 razy, mają licencję jeszcze na 2011, więc co 3-4 miesiące
  • KULTURA kupuje również inny mój film LIFE ON MARZ, też na dwa lata 2011-2012
  • PLANETE kupuje na rok i 10 emisji moje najnowsze filmy:  SKIBET, HATIKVAH (o emigracji marcowej z materiałów nakręconych 40 lat temu) i MYSTERIOUS CRASH OF LIGHT 201 o śledztwie w sprawie katastrofy  BOEINGA 737 w puszczy panamskiej,  jedyny na świecie wypadek dopuszczenia kamery do pelnego śledztwa od wypadku do zakończenia […]

Pilnujcie więc repertuaru TVP Kultura i kanału PLANETE. Zobaczycie kwintesencję dziennikarstwa telewizyjnego. Nie przegapcie. Bo takiego dziennikarstwa już w zasadzie niemal nie ma.

Jest jeszcze w obgadywaniu jeden absolutnie szalony projekt wprawdzie, ale o nim już nie napiszę; nie chcę zapeszyć. Gdyby to wyszło – wielu ludziom szczęki opadną do kolan.

6 thoughts on “Anya

  1. Żałuję, że nie mam dostępu do Kultury, bo nie jest ona dostępna z powietrza, tylko reglamentowana. Przez publiczną (!) telewizję! Dopominającą się o abonament od każdego…

    Widziałem kiedyś podobny film, kręcony przez Michałkowa o córce – bardzo piękny i delkikatny. Wyobrażam sobie, że ten Marzyńskiego nie był gorszy.

  2. Walter, panie Bogdanie, dziękuje (najprawdopodobniej) za to samo, za co ja też pragnę podziękować. Za przypominanie tego co ważne w tym morzu szumu wywoływanego przez nieważną, krzykliwą tandetę nibydokonań z wymaganiami.
    Pamięć (a nie Polska) jest najważniejsza. Bez niej nie będzie nas.

    1. Walter: za co, cholera, dziękujesz? To ja dziękuję Marianowi za film – i za to, że mogłem z nim pracować! Nieskromnie mniemam, że zespół „TM” to jednak jest jakaś – historycznie rzecz biorąc – elita.

Możliwość komentowania jest wyłączona.