Media naszych czasów… (3)

Pnewsroomoprzedni odcinek kończył się – dość fatalistycznie – tak:

STAŁO SIĘ TO, CO SIĘ STAĆ MUSIAŁO.

Narzuca się jednak oczywiste pytanie: czy to już jest stan trwały i czy nic się z tym wszystkim już nie da zrobić?

Najprościej jest z ostatnim omówionym tu problemem, z konsekwencjami luki pokoleniowej. Ona już po prostu odpływa w czasie, niejako wypełnia się samoczynnie. „Stara gwardia” wymarła lub wymiera – i ze względów czysto biologicznych nie aspiruje w zasadzie do żadnych posad; „pokolenie pampersów” i jego rówieśników z innych opcji osiągnęło zaś wiek męski i czegoś się jednak w ciągu minionego ćwierćwiecza – z bólem, bo z bólem – nauczyło, przynajmniej od strony rzemieślniczej. Nowi stale napływają i już mają się od kogo uczyć, choć zapewne karier tak szybko jak ich poprzednicy nie porobią, co może być przyczyną pewnej frustracji; to jednak znów zupełnie inna kwestia.

Konfliktu pokoleniowego zatem już w zasadzie nie ma. Luka – zaryzykuję takie twierdzenie – już dziś mogłaby być mało widoczna. Media elektroniczne, w każdym razie publiczne – mogłyby stosunkowo szybko wrócić do dawnego poziomu merytoryczności i zacząć realizować swoją rzeczywistą misję (którą nie jest ani lansowanie jakichkolwiek opcji ideowych, ani zarabianie pieniędzy, lecz funkcja edukacyjna i upowszechnianie wyższej kultury oraz racjonalistycznej wiedzy o świecie) – gdyby tylko odebrano je politykom. To właśnie fakt, że w elektronicznych mediach publicznych najostrzej obowiązywała – i do dziś obowiązuje –zasada cuius regio eius religio spowodował, że ta luka była stale odnawiana i pogłębiana – zgodnie z rytmem zmian władzy…

Ale to się da załatwić. Pod warunkiem konsekwentnego odejścia w całości przez media publiczne od komercji (co, w szczególności, oznacza zrezygnowanie z bożka oglądalności) i kompletnego wycofania się tych mediów z rynku reklamowego. Pod warunkiem odrzucenia teorii, że media publiczne są narzędziem władzy. W istocie – obecnie są; ale sądzę, iż być zgoła nie muszą, w każdym razie nie poprzez bezpośredni wpływ na przeciętnego odbiorcę. Powinny jednak oddziaływać na niego pośrednio, adresując swój przekaz do tzw. liderów opinii, czy – jak kto woli – elit.

Tu dochodzimy do pewnego sporu, który wiodłem przed laty z jednym z najinteligentniejszych bossów telewizyjnych, jakiego znałem; dla uściślenia dodam, że było to w czasach PRL-u – człowiek ów pełnił zaś swoje funkcje dość krótko, chyba był za inteligentny właśnie. Otóż pan ten, wybitny teoretyk – jakby przewidując przyszłość – mówił, że media elektroniczne powinny pod względem poziomu intelektualnego przekazu pozostawać „krok w tyle” za przeciętnym widzem, żeby tego widza nie zniechęcić i aby mu dać (od czasu do czasu przynajmniej) komfort psychiczny poczucia własnej przewagi nad występującym „w lufciku” dziennikarzem czy komentatorem. Ja stałem wówczas – i stoję oczywiście dziś – na stanowisku, że media powinny tego średniego odbiorcę wyprzedzać o dwa kroki, aby ciągnąć go w górę. Tak było w Polsce w pierwszych latach istnienia telewizji, w czasach Kabaretu Starszych Panów, spektakli Hanuszkiewicza i komentarzy politycznych Karola Małcużyńskiego. Mogę tu tylko tyle powiedzieć, że moja koncepcja całkowicie się nie przyjęła – ani wówczas, ani teraz…

Wracam do wątku. Rewolucja antykomercyjna oznacza, rzecz jasna, rewolucję w odbiorze i gwałtowny spadek widowni – ale spadek liczby widzów zostanie zrównoważony wzrostem ich jakości. Oznacza to także – między innymi – rewolucję w systemie tworzenia i wykorzystywania w mediach tzw. „gwiazd” (które w mediach publicznych zorganizowanych wedle nowego spojrzenia przestają być tak ważne). Oznacza to wreszcie daleko idące konsekwencje dla tzw. producentów zewnętrznych, którzy programów „misyjnych” robić po prostu nie potrafią; ale, jak mniemam, opanują tę umiejętność bardzo szybko – jeśli zaś nie, to media publiczne dysponują tak potężnym i źle dziś wykorzystywanym zapleczem technicznym, że sobie z łatwością dadzą same radę.

Nieco bardziej skomplikowana jest sprawa z innymi aspektami problemu. Na przykład, z efektywnością ekonomiczną mediów i pojmowaniem tych procesów przez kapitał. Wielkim krokiem naprzód byłoby choćby zrozumienie przez przedstawicieli biznesu, że czasy, kiedy wystarczyło wyłożyć głupie paręset tysięcy dolarów, by po kilku miesiącach zebrać zyski – należą do zamierzchłej przeszłości; tak już nie będzie nigdy, nawet w strefie najbardziej ponoć rentownej prasy „różowej” czy plotkarskiej. Wydawanie dziś, na przykład, dziennika – to wyłożenie kilkudziesięciu milionów dolarów, które zaczną się zwracać – z niezbyt na ogół atrakcyjnym współczynnikiem rentowności! – za 5-10 lat, nie wcześniej. Wejście na rynek wielkiej prasy opiniotwórczej – to ogromne, wielce kosztowne przedsięwzięcie. Powinni to brać pod uwagę nie tylko dysponenci kapitału czy politycy, ale także dziennikarze, którzy – angażując się w tego typu przedsięwzięcia – ryzykują bardzo wiele…

PODNIESIENIE POZIOMU WARSZTATOWEGO POLSKIEGO DZIENNIKARSTWA…

…też nie jest zadaniem łatwym.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że – w szczególności – proces kształcenia kadr dziennikarskich wymaga naprawy. Przede wszystkim, do zawodu powinni – z bardzo nielicznymi wyjątkami – wchodzić z zasady ludzie dopiero po jednolitych studiach magisterskich; najlepiej – w dziedzinach najzupełniej niezwiązanych z dziennikarstwem, którzy podejmą uzupełniające – dwuletnie, powiedzmy (tyle w zupełności starczy) – podyplomowe studia czysto warsztatowe.

Te studia podyplomowe nie wydają mi się zresztą niezbędne; najzdolniejsi, utalentowani, dadzą sobie radę i bez nich. Mogą też zacząć pisać czy fotografować albo filmować bardzo wcześnie, nie ma przeciwwskazań – ale całkowite uprawnienia zawodowe powinny być dla nich dostępne w zasadzie dopiero po pełnych studiach i swoistej „atestacji” przez środowisko. Oznacza to nieuniknione (statystyczne!) przesunięcie w czasie kariery dziennikarskiej. Dwudziestoparoletni redaktor naczelny, nawet lifestylowego pisma dla młodych panienek, to zgroza, nieporozumienie i wybryk natury; nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Argumenty o „niezbędnej dziś w mediach świeżości spojrzenia i znajomości języka młodego odbiorcy”, które dość często słyszę, to czyste bałamuctwo i zawracanie głowy; naprawdę potrzebna jest umiejętność wykonywania zawodu, znajomość redakcyjnych rutyn i tak dalej. A młody odbiorca niech się po prostu nauczy języka inteligentów. To nie boli.

Około trzydziestki tedy typowy dziennikarz powinien dopiero zaczynać zdobywać uprawnienia do samodzielnego wykonywania zawodu, poważniejsze zaś stanowiska kierownicze i komentatorskie należą się ludziom w wieku dojrzałym lub wręcz sędziwym; tylko oni mają już dostateczne zasoby doświadczenia, tak zawodowego, jak i społecznego. Oczywiście, powtarzam raz jeszcze, dopuszczam wyjątki od tej reguły – ale regułą właśnie powinni być prowadzący „Panoramę” typu, klasy i wieku Andrzeja Turskiego, nie zaś wyfiokowane dwudziestoparoletnie pannice, epatujące widza najbardziej nawet kształtną piersią, czy wyżelowani gogusie nierozumiejący języka rozmówcy, ale za to mający własnego agenta.

Nieporozumieniem – i to cywilizacyjnie groźnym – są też rozliczne kierunki dziennikarskie i „politologiczne” na najróżniejszych prywatnych Wyższych Szkołach Gotowania na Gazie. Nie będę rozwijał tego tematu. Powiem tylko tyle, że uważam je w większości za przedsięwzięcia oszukańcze i hucpiarskie, służące wyłącznie do nabijania kabzy właścicieli tych żałosnych placówek. W dodatku studia te – a to już jest kwestia obowiązujących rozwiązań prawnych – nie uczą wcale dziennikarstwa, a w każdym razie – w niedużym stopniu. Uczą czegoś w rodzaju prasoznawstwa. W gruncie rzeczy wydają się przygotowywać absolwenta do pracy naukowej w tej dziedzinie – a nie do pracy w redakcji dziennika, agencji prasowej czy w radiu albo telewizji. W tym obecnym systemie absolwent wyższych studiów zdobywa znajomość warsztatu dopiero w redakcji.

Naprawdę – absolwent studiów dziennikarskich nie musi znać nazw dziewiętnastowiecznych agencji prasowych, ani wgłębiać się w historię doktryn politycznych. Powinien, naturalnie, znać obce języki; co najmniej dwa. Powinien mieć nawyk czytania stałego „od dechy do dechy” kilku dzienników i tygodników oraz zrozumieć, że przeczytanie w ciągu roku 10-20 książek – i to nie „kryminałów” – to nie tylko zaspokojenie głodu wiedzy, ale i zdobywanie warsztatu właśnie. Musi znać rolę sekretarza redakcji, umieć szybko znaleźć niezbędną informację (wszystkie „tajemne sztuczki Google’a”, których jest w sumie kilkadziesiąt, powinien umieć zastosować obudzony o drugiej w nocy po ciężkim pijaństwie…), znać reguły, rządzące „podstawianiem sitka” osobie udzielającej wywiadu, umieć sobie poradzić z częstym u debiutantów telewizyjnych „mlaskaniem” i wysychaniem warg, potrafić szybko zrobić na komputerze prosty montaż nagranego materiału wideo…

I musi – naprawdę: musi – mieć wpojone podstawowe nawyki dobrego wychowania. Żeby nie włazić – dla przykładu – do siedziby prezydenta w obdartym swetrze i dżinsach (mężczyzna) lub z gołym biustem i w „miniówie” (kobieta). Niektórych – w ramach szkoleń warsztatowych – trzeba będzie zatem nauczyć nawet jedzenia nożem i widelcem i dobierania win do mięsiw…

A do uczenia na poziomie magisterskim prasoznawstwa wystarczą dwa-trzy dobre państwowe uniwersytety.

No, może troszkę z tym wszystkim przesadzam, bo jak o tym wszystkim myślę, to mnie zazwyczaj cholera trzęsie. Ale niedużo tej przesady.

CO JESZCZE TRZEBA ZROBIĆ?

Nie chcę tu wcale rysować całościowego obrazu niezbędnych poczynań. Nie mam takiego zamiaru. Byłbym zarozumiały, gdybym sądził, iż umiem to zrobić. Właściwą drogą są rozmowy środowiskowe, wysłuchanie opinii seniorów zawodu, wspólne myślenie. We własnym gronie.

Tu zatem jeszcze tylko kilka pomysłów, które mi przyszły do głowy. Nie w kolejności wagi wcale. Co by się więc przydało?

Rzecz pierwsza. Wydaje mi się, że jest truizmem, iż posiadanie dobrych dziennikarzy służy Państwu (nie państwu – widzom i czytelnikom, choć też – ale Państwu jako systemowi zorganizowania społeczeństwa); dokładnie tak samo, jak w interesie owego Państwa jest mieć wybitnych fizyków, lekarzy, czy matematyków. Jeśli tak, to może byłoby sensowne, by co roku zafundować kilku czy kilkunastu młodym, wybijającym się już talentem ludziom najpierw kilkuletnie studia w świetnych placówkach (typu Harvard czy Stanford, gdzie naprawdę uczy się prawdziwej żurnalistyki), potem wysłać ich na kilkuletnie również staże w BBC czy innych wielkich światowych firmach medialnych – a po tych pięciu czy sześciu latach, gdy wrócą, zagwarantować im kierownicze stanowiska w mediach publicznych (zresztą również prywatnych: myślę, że można by się dogadać z szefami koncernów medialnych, żeby sobie „kupili” od państwa tak wyszkolonych fachowców za – powiedzmy – zwrot połowy kosztów ich kształcenia; w ten sposób interes byłby obopólny; oczywiście – ci „zagranicznicy” powinni mieć zagwarantowane zatrudnienie pod rygorem straszliwych odszkodowań przez wiele lat, bo inaczej konkurencja nieudaczników wykończy ich bardzo szybko).

Rzecz następna, to ściągnięcie do Polski – bez liczenia się z kosztami – zagranicznych dziennikarzy najwyższej klasy. Jako „komentatorów wizytujących”, wykładowców szkół dziennikarskich, wreszcie jako po prostu dziennikarzy funkcyjnych i menadżerów medialnych. Niekoniecznie, rzecz prosta, na stałe.

Sądzę, że powierzenie stanowiska prezesa TVP zdolnemu menadżerowi klasy europejskiej z przeszłością na przykład z BBC i dodanie mu również zagranicznej proweniencji szefa programu – mogłoby być ciekawym eksperymentem. Pod warunkiem zawarcia z tymi ludźmi kontraktów, powiedzmy, dziesięcioletnich z władzą dyktatorską – na zasadzie: masz tu, barcie, miliard (czy ile tam) złotych państwowej kasy rocznie i rób nam dobrą telewizję; zatrudniasz kogo chcesz, a każdego „interwenta ubocznego” masz prawo spuścić z wodą bez względu na jego pozycję polityczną w państwie czy jakiejś partii. Oczywiście, trzeba by to było obwarować jakimiś warunkami, ale to już są szczegóły techniczne. Istotne jest to, że to chyba jedyny sposób, by „szwagra Józka cioci męża brata córeczka” nie dostawała się z tego tytułu na ekran, ani – co jeszcze gorsze – na żadne stanowisko decyzyjne.

Wreszcie – last but not least – myślę, że trzeba rozwiązać (mam na myśli naturalnie dobrowolne rozwiązanie!) wszystkie stowarzyszenia dziennikarskie i zbudować od podstaw jedno, wspólne. Które z góry wykluczy jakiekolwiek afiliacje polityczne czy wyznaniowe, obronę jakichkolwiek „wartości” (poza czysto warsztatowymi) itp. – i stanie się (wiem, to nie jest łatwe i spotka się z potwornym oporem) autentyczną,wymagającą i surową potężną korporacją zawodową. Marzy mi się w Polsce coś takiego, jak jedno ze światowych stowarzyszeń inżynierskich; członkostwo w nim to nie tylko szczyt osiągnięć zawodowych, ale i istotne zobowiązanie: członek rzeczywisty tej korporacji deklaruje mianowicie, że nigdy nie podejmie u nikogo pracy ani nie przyjmie zlecenia opłacanego niżej, niż pewna kwota (raczej duża…). Ale firmy w branży, w której owa korporacja działa, liczą się tym bardziej i tym lepsze interesy robią, im więcej takich ludzi zatrudniają…

Więc – nie wiem czy to realne, pewno: nie – marzy mi się na przykład przepis wiążący potencjalnym wydawcom ręce tak: chcesz wydawać gazetę, robić radio czy telewizję – możesz zatrudniać kogo chcesz. Ale na każdą kolumnę wydawanego tekstu czy na każdą godzinę emitowanego programu – musisz mieć minimum jednego licencjonowanego dziennikarza, członka korporacji. I wszystkie stanowiska kierownicze – wyłącznie dla członków korporacji…

Co jeszcze?

Nie mam pojęcia. Jak napisałem, nie czuję się na siłach zrobić nic więcej, niż rzucić na papier kilka kontrowersyjnych (starałem się, żeby były takie) przemyśleń – i mieć nadzieję, że w jakiś sposób zainicjują kolejną dyskusję. Chciałbym, by tym razem nie była ona głównie polityczna, ale warsztatowa, techniczna, menadżerska.

Czy jest na to szansa? Czy coś z tego wyniknie?

Bogdan Miś

6 thoughts on “Media naszych czasów… (3)

  1. Widzę tu nieusuwalne sprzeczności. Prywatne media mają zatrudniać fachowców kształconych za granicą na koszt państwa? Media publiczne mają korzystać z budżetowych środków bez uzależnienia się od polityków? Zakładam bowiem, że nakłady na nie nie będą zaliczane do kolejnych, sztywnych wydatków.

    Regulacja się moim zdaniem nie sprawdziła. Trzeba więc od niej odstąpić. TVP trzeba sprzedać, z uzyskanych środków stworzyć fundację, która będzie programy misyjne zlecała komercyjnym stacjom. Tym na przykład, które się wykazały największą oglądalnością w ostatnim czasie.

    A komercyjne media niech sobie zatrudniają nawet podkasane panienki, jeżeli je na nie stać.

    Założę się, że wtedy się pojawią między nimi różnice. Jeden się stabloidyzują inne wyspecjalizują w poważnych dziedzinach.

    Przykłady? Ameryka, Brytania.

  2. No to jesteśmy między młotem a kowadłem. Szkodliwość samorządzących się i odpowiedzialnych tylko przed sobą korporacji widzimy jak na dłoni w zawodach prawniczych i też, niestety, lekarskich. Tworzenie podobnych potworków jest chyba zbędne. Jednak po drugiej stronie jest spsienie zawodu, którego wykonawcy nie potrafią się zorganizować. Może korporacja powinna istnieć, ale nie ona powinna dopuszczać do zawodu. Jakieś inne pomysły?

  3. No jasne. Potrzebne są ze trzy komisje ze dwie rady i jeden komitet. Najlepiej wynagradzane z budżetu centralnego. A tak w ogóle to są już gotowe rozwiązania, wystarczy tylko nagłówki przerobić. Weźmy takie Izby Inżynierów Budownictwa. Samorząd zawodowy, zajmujący się regulacją zawodu. A ściślej jego reglamentacją czyli udzielaniem uprawnień do samodzielnego wykonywania funkcji w budownictwie. Co za problem słowo budownictwo zamienić na dziennikarstwo! Nakazać każdej redakcji (budowie, pracowni projektowej) zatrudnienie co najmniej jednego a najlepiej dwóch certyfikowanych redaktorów. Całość codziennej roboty dziennikarskiej będą oczywiście odwalali za 25% obecnej stawki wyrobnicy na stanowiskach asystentów. Redaktorzy z glejtem i pieczęciom z godłem w koronie będą tylko przystawiać swoje nazwisko, ca resztę stawki czyli 175%. Asystenci będą siedzieć cichutko bo to przecież nie kto inni tylko ich starci koledzy będą decydować komu przyznać certyfikat i dopuścić do zawodu (podnieść wynagrodzenie tak ze dwa razy za połowę dotychczasowej pracy) Oczywiście dorobi się do tego bajeczkę o wielkiej odpowiedzialności wobec społeczeństwa i świata.
    Skoro mogą inżynierowie to czemu nie mogą dziennikarze. Do dzieła Bogdanie! Widzę cię na czele takiej komisji!

  4. O tak! Jak świetnie działają korporacje zawodowe widzimy na przykładzie zawodów prawniczych. Za kolejne korporacje dziękuję.
    A te wszystkie obostrzenia, które Pan proponuje, są zapewne niezgodne z konstytucją. Gdyż ta zakazuje koncesjonowania prasy. A czymże jest wymóg „posiadania” koncesjonowanego dziennikarza?

  5. Ojjjj… Panie Bogdanie! Zbyt piękne to wszystko, aby się spełniło.
    W mojej miejscowości powstał w ub. portal wirtualny z TV i przyznam, że gdy oglądam dwudziestoparoletnią byłą pracownicę działu reklamy w roli dyrektora i prowadzącej wywiady z politykami to nóż się w kieszeni otwiera.
    Pański plan jest trudny do zrealizowania na poziomie i możliwości Warszawy, a co dopiero na prowincji.

Możliwość komentowania jest wyłączona.