Media naszych czasów (2)

operatorPoprzedni odcinek skończyłem tak: Nadawcy zatem – podświadomie, lub świadomie – muszą swoimi kanałami przekazywać nam informację dużo bardziej agresywną i bardziej przy tym zwięzłą, żeby wygrała ona konkurencję z tą nadawaną na kanale równoległym.

To też wpływa na tabloidyzację, która w tym kontekście jawi się jako coś niemal nieuniknionego; co nie znaczy bynajmniej – pożądanego.

A w dodatku rozbudował się – i w ogóle powstał

RYNEK REKLAMY.

To była w Polsce zupełna nowość.

Bardzo szybko okazało się, że ta nowość może decydować o „być albo nie być” każdego medium. Jedną z przyczyn kolosalnego sukcesu rynkowego „Gazety Wyborczej” było niewątpliwie – jeśli nie przede wszystkim – to, że wydawca dziennika szybko zdobył rynek ogłoszeń i nekrologów; utrata tego rynku była z kolei jedną z głównych przyczyn upadku „Życia Warszawy”, do niedawna potentata w tym względzie w skali kraju.

Pojawiły się też wkrótce z reklamą – i nagle odkrytym marketingiem – związane patologie. Pamiętam doskonale swoje osłupienie, gdy w pewnej chwili  na kolegium poważnego czasopisma popularnonaukowego, którego wówczas byłem członkiem, weszła (przemiła zresztą, inteligentna i śliczna) panna z marketingu i oświadczyła „kochani, na kwiecień mi planujcie tekst o anatomii stopy, bo mam zamówioną reklamę butów za masę kasy”…

W tym momencie zorientowałem się, że mój stary świat medialny stanął na głowie; że z „inżynierów dusz ludzkich” i „organizatorów życia społecznego” dziennikarze stali się zwykłymi wyrobnikami, doczyszczającymi i polerującymi swój wyrób tak, by nadawał się najlepiej do sprzedaży.

Mniej więcej w tym samym czasie spotkałem przypadkiem na stacji benzynowej kolegę z moich dość już dawnych (od 1983 roku byłem już całkowicie „poza Firmą”) lat telewizyjnych; on na Woronicza przetrwał zaś wszelkie burze i awantury polityczne, jako wielkiej klasy specjalista od szeroko pojmowanej techniki.  Ów kolega rzekł mi „Boguś, jakie ty masz szczęście, że nie jesteś w tym pieprzniku; przy twoim charakterze i poglądach szlag by cię trafił na miejscu”. Zamieniłem się, rzecz jasna, w żywy znak zapytania – po czym usłyszałem wyjaśnienie. Otóż na jakimś Ważnym Zebraniu jeden z najwyższych wówczas decydentów telewizyjnych wygłosił był swoje credo. Brzmiało ono mniej więcej tak, że szefów Firmy interesuje od dziś wyłącznie informacja, rozrywka z serialami, sport i programy religijne; ów decydent dodał też expressis verbis, że popularyzacja nauki, edukacja i wysoka kultura nie są reklamonośne i przeto nie będą rozwijane…

Dość szybko potem Robert Kwiatkowski, ówczesny prezes Firmy, wypowiedział publicznie swoje słynne zdanie o telewizji, które wręcz zmroziło mi krew w żyłach. Zdanie to – powtarzane zresztą z akceptacją do dziś przez wielu – brzmiało: tyle misji, ile abonamentu… Oznaczało zaś ono – ni mniej ni więcej – dokładnie tyle, że telewizja publiczna przestała z tą chwilą istnieć. Rozpoczęła się epoka walki nie o umysły ludzi, ale o ich portfele.

Na komercjalizację i wynikającą z niej tabloidyzację mediów nałożyła się jeszcze jednak ważna okoliczność. Nieco jakby wstydliwa, ale może wreszcie czas o niej powiedzieć otwartym tekstem. Ta okoliczność, to

PRZEMIANA POKOLENIOWA.

W dziennikarstwie, jak w każdym zawodzie, owa przemiana pokoleniowa jest czymś najzupełniej zgodnym z naturalnym biegiem rzeczy. Pod warunkiem, że przebiega ewolucyjnie – a nie rewolucyjnie.

Tu dygresja. Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia bez wątpienia jedną z najlepszych warsztatowo – i sprzętowo – telewizji  Europy (a w każdym razie „naszego obozu”) była Telewizja Czechosłowacka. Występowało tam wielu świetnych fachowców, mieli doskonałą (formalnie; z uwzględnieniem znanych okoliczności ideologicznych…) publicystykę, dobrą i fachowo robioną rozrywkę, doskonały program sportowy. Istniał tam też godny uwagi podskórny ferment intelektualny, który ujawnił się podczas słynnej Praskiej Wiosny. Kiedy Praską Wiosnę Dubczeka zgniotły czołgi „bratnich państw socjalistycznych” – praktycznie cały zespół telewizyjny poleciał „na zieloną trawkę”. Moi utalentowani koledzy z za miedzy masowo objęli – w dobrym przypadku – zaszczytne funkcje motorniczych praskich tramwajów; na więcej nie było co liczyć. Przyjęto do pracy na ich miejsce dziesiątki „młodych, zdolnych, zaangażowanych” – i program telewizji czechosłowackiej stał się błyskawicznie nie do oglądania.

Bo „młodych, zdolnych” (niektórzy może i nawet byli w jakimś tam sensie zdolni…) nie miał kto nauczyć zawodu i przyuczyć do wykonywania profesjonalnych rutyn i różnych rzemieślniczych operacji, od wypełniania skomplikowanych dokumentów poczynając.

W każdym razie – w 1970 roku Czechosłowacja telewizji już nie miała. Miała tylko emisję produktu telewizjopodobnego.

Coś zupełnie podobnego nastąpiło w Polsce po transformacji. Nie tylko w telewizji, gdzie zjawisko stało się najbardziej widoczne (wiadomo, zainteresowanie publiki i stosunkowo duże pieniądze do skasowania), ale także w prasie; najmniej w publicznym radiu, które nie dawało takiej popularności ani zarobków, a w dodatku bardzo szybko zaczęło mieć atrakcyjną konkurencję rozgłośni prywatnych).

NASTĄPIŁY MIANOWICIE RUGI „STAREJ GWARDII”.

Uznano, że twarze, pokazujące się w telewizji sprzed 1990 roku, jak i nazwiska z łam prasy z tego okresu – są „skompromitowane” i „niewiarygodne”. Niemal wszystkich co bardziej znanych dziennikarzy wycięto z ekranów i łamów gazet z dnia na dzień, lub w najlepszym razie zapędzono do różnych niszowych mediów, którym zresztą – mniej lub bardziej zręcznie – rzucono cały las kłód pod nogi.

Przyznam, że do dziś nie jestem w stanie tego zrozumieć w pełni. Przecież poza ewidentnymi harcownikami „komuszej” ideologii, głównie zresztą skupionymi w Dzienniku Telewizyjnym, była na Woronicza – nie mówiąc już o klasycznej prasie – cała masa świetnych fachowców od wysokiej kultury, problematyki dziecięcej, teatru, popularyzacji nauki, edukacji…

Uznanie ich wszystkich za pretorianów Wydziału Prasy KC PZPR było typowym stygmatyzowaniem ludzi datą urodzenia i stosowaniem odpowiedzialności zbiorowej.

W moim głębokim przekonaniu, tak rozumiany i tak zastosowany  sąd ten – o rzekomej „niewiarygodności” starej kadry – był totalną brednią również i dlatego, że nikt – o ile wiem – widowni, audytorium radiowego, ani mas czytelniczych o nic nie pytał. Jak zaś znam ludzi i ich upodobania, to nie interesowali się  oni nigdy specjalnie, czy jakiś pan Andrzej albo pani Krysia byli kiedykolwiek członkami PZPR i „w stanie wojennym i przedtem wysługiwali się reżimowi”, czy też działali w „konspirze” albo kierowali taksówką; ciekawiło ich – jak i dziś – czy obydwoje interesująco mówili poprawnym językiem i wyglądali jak ludzie.

Tak na marginesie: jak zresztą sądzę, teoria o „niewiarygodności” została wymyślona zastępczo. Chodziło chyba bardziej o to, że ówcześni politycy obawiali się, iż doświadczeni „starzy” dziennikarze będą – w jakiejś mierze ze względów ideowych – utrudniali przejęcie „rządu dusz” nowej ekipie. Otóż takiego niebezpieczeństwa po prostu nie było: większość dziennikarzy (poza wspomnianymi dość nielicznymi „ideologami” z DTV, przy czym trzeba także odróżnić kadrę kierowniczą serwisów informacyjnych od wykonawców, reporterów, dokumentalistówi itp.), to byli po prostu  – i tak jest też dzisiaj – zimni bezideowi fachowcy, specjaliści od przekazywania zadanych im treści w możliwie doskonały warsztatowo sposób. Z dnia na dzień zaczęli by wiernie służyć nowej władzy, nie interesując się nią przesadnie, tak jak mieli kompletnie w nosie poprzednie ekipy, z których prywatnie drwili i szydzili.

Po transformacji nie byłoby – i na ogół nie jest – inaczej. Aby tylko na „kieliszek chleba” w barze i jakąś „bryczkę” starczyło… Bardzo wielu tych fachowców hołduje zasadzie, sformułowanej niegdyś przez Daniela Passenta: wierzą tylko we własną maszynę do pisania, tzn. dzisiaj klawiaturę komputera.

Odpowiednie decyzję podjęli jednak – chyba jak zawsze – ci, którzy „wiedzieli lepiej”; nigdy takich nie brakuje. Sąd ich w tej sprawie był, powtórzę to z całym naciskiem, brednią; poczynania z niego wynikające już nie, w każdym razie z pewnego punktu widzenia. Mianowicie z punktu widzenia żądnych popularności i pieniędzy „dwudziestolatków z podziemia”.

Tu znów nasuwają mi się własne wspomnienia. Pamiętam, jak w „tamtych latach” obejrzałem kiedyś nadawany wówczas program o tytule – bodajże – „100 pytań do…”. Formuła tego programu była absolutnie wtórna, nie było w niej nic twórczego: ot, zwykła schematyczna konferencja prasowa z jakimś politycznym celebrytą z nowego naboru, w dodatku w widoczny sposób „ustawiana”, miernie prowadzona przez jakąś damę „z odzysku”, której wybaczono wspaniałomyślnie – na chwilę, oczywiście! –  fakt, iż pracowała niegdyś w „reżimowej” (nie bez powodu na zupełnie drugorzędnym stanowisku).

Wśród zadających pytania „dziennikarzy” zwracał moją uwagę agresywny i  abominacyjny, spasiony nadmiernie na swój młody wiek typas z koszmarnymi kluchami w gębie, który – za „moich” czasów – ze względu na cechy fizyczne i budzone obrzydzenie nie miałby najmniejszych szans na pokazanie na wizji, nie mówiąc już o zdobyciu obowiązującej wówczas „karty ekranowej”; nie miałby nawet będąc bliskim kuzynem Pierwszego Sekretarza: to był pewien znany dziś „prawicowy publicysta” (nie mogę nie ująć tego pięknego słowa w cudzysłów) …

Takich jak on – tak zwanych „pampersów”  –  pojawił się wówczas w mediach legion. Nabuzowani prawicowo-nacjonalistyczną i fundamentalistycznie katolicką ideologią, bardzo często pokropieni i wsparci na wpół urzędowo przez Kościół (który w psuciu polskich mediów ma trudne do przecenienia „zasługi” – nie tylko z powodu tolerowania „Radia Maryja”, ale  choćby z uwagi właśnie na swoje ówczesne rekomendacje personalne), żądni sławy, dobrych samochodów i apartamentów – „wykosili” w kilka miesięcy „starą gwardię”.

Nie zdołali się przeto od nikogo nauczyć rudymentów warsztatu. Wszystko musieli wymyślać sami. I bardzo często – żeby nie powiedzieć: najczęściej – wymyślali głupoty i brednie, zaś najprostsze zasady zawodu były dla nich wiekopomnym odkryciem.

Jest jeszcze jeden godny uwagi aspekt zjawiska przemiany pokoleniowej; dotyczy on głównie telewizji, w mniejszym stopniu radia – i tym jest ciekawszy, że dotychczas w dziejach nie występował,

WYNIKA BOWIEM Z POSTĘPU TECHNICZNEGO.

Rzecz w tym, że mniej więcej równocześnie z polską transformacją ustrojową pojawiła się techniczna możliwość nadawania znacznie większej liczby programów telewizyjnych. Pragnę tu przypomnieć starego typu odbiorniki telewizyjne – takie, jakie mieliśmy w latach 70-80 ubiegłego wieku; co starsi czytelnicy pamiętają zapewne, że występujący w nich przełącznik kanałów miał zaledwie 12 pozycji, z czego wykorzystywaliśmy w zasadzie tylko trzy. A potem pokazały się odbiorniki satelitarne i niemal jednocześnie – telewizja kablowa. W efekcie samych kanałów polskich lub lepiej lub gorzej spolszczonych mam dziś w swoim odbiorniku coś koło setki… Podobna sytuacja dotyczy radia, z tym że tu doszło nam jeszcze bujnie się rozwijające i praktycznie dostępne dla każdego nadawcy-amatora radio internetowe.

Jaki to ma wpływ na jakość programu?

Ogromny. Odsetek utalentowanych ludzi, predystynowanych szczególnie do uprawiania zawodu matematyka, lekarza, poety, czy jakiegokolwiek innego – także, na przykład, dziennikarza telewizyjnego – jest w każdej populacji mniej więcej stały. Wobec tego świetnych kandydatów do występowania na małym ekranie jest dziś z grubsza biorąc tyle samo, co przed półwieczem. Wedle mojego doświadczenia (sam trafiłem do TVP z konkursu prezenterskiego i potem ze dwa chyba wielkie tego rodzaju konkursy osobiście organizowałem) – do pracy z kamerą i mikrofonem nadaje się mniej więcej 1 człowiek na 1000 osób z wyższym wykształceniem (dopuszczanie do mediów ludzi bez tego wykształcenia uważam – z bardzo małymi wyjątkami – za horror). Jakkolwiek jednak z tym jest – ważne jest to, że tą samą liczbą ludzi zdolnych trzeba dziś obdzielić co najmniej kilkadziesiąt stacji telewizyjnych. O ile w latach sześćdziesiątych mieliśmy ich wszystkich skupionych w jednym kanale TVP1, w latach siedemdziesiątych – w trzech, o tyle dziś są rozsypani po Polsce jak perełki z pękniętego sznura.

No, a jak stacja ma mało zdolnych dziennikarzy – to robi gorszy program, proste. I jej właściciel, chcąc w ogóle jakikolwiek program nadawać, musi zaniżać kryteria i brać często byle kogo.

W dodatku środowisko dziennikarskie kompletnie się rozsypało.

Za czasów mojego debiutu przyjęcie w szeregi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dające pełnię praw żurnalistycznych i stanowiące swoistą nobilitację, miało ogromne znaczenie prestiżowe i zawodowe. I było bardzo trudne: siedem lat już występowałem z niejakimi sukcesami (wziąłem parę liczących się nagród, byłem – jak to się dziś mówi – w pełni rozpoznawalny , a mimo to musiałem przedstawić do ponownej oceny ileś tam drukowanych publikacji – i to przyjęto mnie po pełnym roku kandydowania!). Krótko mówiąc, korporacja dziennikarska była dość zamknięta, zwarta i – przy całym ówczesnym totalitaryzmie – jej zdanie w kwestiach zawodu, w szczególności zaś płac i warunków pracy, liczyło się. Korporacja ta wywalczyła na przykład bardzo sensowny i dający dziennikarzom ogromne przywileje układ zbiorowy.

Wszystko to przez politykę diabli wzięli. W efekcie wprowadzenia stanu wojennego i delegalizacji SDP odrodzone po transformacji dziennikarstwo było już na starcie podzielone na dwa (potem trzy, bo katolicy założyli własne) stowarzyszenia zawodowe, ostro niechętne wobec siebie nawzajem i mocno konkurujące. O układzie zbiorowym szybko zapomniano, w wyniku konkurencji o liczbę członków zaczęto przyjmować w szeregi żurnalistów byle kogo, często bez żadnego wykształcenia. Oczywiście, jedyną korzyść z tej sytuacji odnieśli nadawcy i właściciele mediów, którzy notorycznie za byle jakie pieniądze zatrudniają byle jakich dziennikarzy.

Razem  ten zbieg okoliczności tak subiektywnych, jak i obiektywnych prowadzi do mało w sumie odkrywczego i – z mojego punktu widzenia – raczej pesymistycznego wniosku, że

STAŁO SIĘ TO, CO SIĘ STAĆ MUSIAŁO.

(cdn)

16 thoughts on “Media naszych czasów (2)

    1. To się głupio mówi. Tylko skończony kretyn może coś takiego powiedzieć – proszę wybaczyć.

  1. Witam, to mój pierwszy komentarz na tym blogu. Jesteś Bogdanie utalentowanym obserwatorem życia społecznego. Twój blog czyta się z wielką przyjemnością, zwłaszcza że większość diagnoz które wyciągasz pokrywa się z moimi obserwacjami.
    Jednak uważam że jesteś w błędzie sprowadzając gorszącą jakość mediów w Polsce (z czym się zgadzam) do problemów jakości dziennikarzy. To nie udowodniona zależność. Jako wzór podajesz SDP (zamkniętej korporacji) ograniczającej dostęp do zawodu, rzekomo w celu zapewnienia odpowiedniej jakości mediów. Sam jednocześnie zwracasz uwagę że jedna osoba na 1000 (wśród wykształconych) nadaje się na miano dziennikarza. Czyli jakość tej osoby jako dziennikarza nie wynika z członkostwa w jakiejś tajemniczej organizacji a wynika z jej kompetencji. Kompetencji która powstała niezależnie od ww organizacji. Ja pójdę dalej i powiem że to wielki sukces zawodu dziennikarza że wyzwolił się z okowów korporacyjnych limitów i że o uprawianiu zawodu decyduje rynek a nie gabinet cieni

    1. Jest taki – bardzo sam matematyczny – żart o matematykach: matematykiem był Banach i matematykiem jest ten, kogo matematyk uważa za matematyka. Z dziennikarzami – a sądzę z innymi zawodami twórczymi – jest podobnie. Tylko środowisko jest zdolne ocenić jakość twórcy; opinia czytelników i w ogóle odbiorców nie może się liczyć, bo ta opinia na niczym się nie zna. W tym sensie rynek jest zabójstwem intelektualnym dla mediów, niestety. A o kompetencjach – o których piszesz – rozstrzygnąć może wyłącznie środowisko i nikt inny. Czyli – korporacja właśnie. Nie właściciel, nie dział marketingu i PR, nie czytelnik i nie sprzedaż. Tylko opinia kolegów jest ważna.

      1. No to całe szczęście że jest wolny rynek. Doskonale rewiduje temu podobne rewelacje. To korporacyjna zmora doprowadza do upadku zawodu inżyniera, architekta, lekarza, adwokata czy dziennikarza. Bill Gates być może nie wymyślał najlepszych algorytmów ale zbudował najpopularniejszy OS. Przecież gdyby był w korporacji informatyków to by go do recepcji nie wpuścili. Za to kroniki są pełne doniesień o geniuszu pewnych informatyków tylko ich produktów brak bo popyt na nie żaden. Ograniczając rynek poprzez limity dostępu do niego nie podnosisz jakości produktu. Świat nie zna takiego mechanizmu. A anegdoty o Banachu są tylko … anegdotami, nie prawdą objawioną.

      2. takie jeszcze coś, uwaga środowiska do kompetencji „rad” i innych korporacji w utrwalaniu jakości dziennikarstwa

        – Jako dziennikarz od 15 lat obserwuję degrengoladę mediów publicznych i nic nie robienie z tym faktem przez kolejne Krajowe Rady – stwierdził Andrzej Skworz. – Pan Krzysztof Luft czuje się w Radzie z kolei jak człowiek, który trafił tam trzy miesiące temu. Świeży, nowy i wierzy, że podejmie dobre decyzje, że będą fajne rady nadzorcze, a potem przełoży się to na zarządy, które zatrudnią fajnych dziennikarzy. Ja wiem, że to bzdura po prostu

        1. Proponuję zwrócić uwagę na fakt, że owe „rady” dość rzadko się własnie składają z samych zawodowych dziennikarzy; są to ciała przede wszystkim polityczne. A istnienie – bardzo zamkniętych – korporacji, np. adwokackich, jakoś nie doprowadziło do upadku danego zawodu, w tym wypadku adwokata. Raczej przeciwnie, w połączeniu ze wzrostem dochodów członków takiego stowarzyszenia. Że padłoby sporo gazet i stacji, których nie byłoby stać na zatrudnienie rzeczywistych fachowców? A do piachu z nimi!
          A Luft – to po pierwsze z zawodu aktor, po drugie – od dawna urzędnik polityczny. Żaden dziennikarz właśnie. Zaś Andrzej Skworz, świetny dziennikarz, ma rację. Ale mówi o zupełnie innym zjawisku.

  2. Wydaje się, że tzw. media komercyjne nie tyle informują, co zgodnie z tym, co napisałeś na wstępie, wyostrzają i koloryzują przekaz. Powód: rynek reklamy i pieniądze do wzięcia.
    Nie żebym był jakiś purystyczny w sprawie pieniędzy, ale świadomość jaką rolę wyznaczoną w mediach ma informacja nie zaszkodzi. Dystans do informacji, a czasami nawet odseparowanie od przekaziorów mogą dać nam więcej spokoju wewnętrzenego.

  3. A ja bym do tematu podszedł przewrotnie. „Prawicowi publicyści”, pampersi czy jak ich tam zwą doprowadzili polskie media, a zwłaszcza prasę, na takie dno…że dziś zdominowanym przez nich redakcjom żadna czystka zaszkodzić już nie może. Najwyższy więc czas… panów pampersów zwyczajnie pożegnać.

    1. Ja ich już pożegnałem: nie patrzę, nie czytam, nie słucham. Nawet jeśli ktoś tam ma tytuł „Dziennikarza Roku”. Ale wyeliminować ich się całkiem już nie da chyba: wyrobili sobie stałego czytelnika – a specjalnie sponsorów.

  4. Opisywany odcinek czasu niby mój, a przynajmniej w znakomitej długości związanej z dorosłością, ale opisywane historie jakby nie z tej planety, bom, jako niedokształcony prowincjusz, z innej półki. A poczytałbym jeszcze nie tylko ze względu na treść.

  5. Probloem tkwi w czyms innym. Utracona zostala forma i wyraz przekazu ten profesjonalny, do ktorego pokoleniami bylismi przyzwyczajani. Nastapila gonitwa za trescia ktora ma dac tzw. notowania, ogladalnosc, popiularnosc czyli zaczela sie gonitwa za pustka i proznoscia medialna. W tym momencie nie mozna juz mowic on profesjonalizmie formy wyrazu, przekazu.
    To zjawisko wystepuje na calym swiecie, tylko ze konkurencja podkreca spirale jakosci. W Polsce raczej nie mozna mowic o konkurencji a tzw. monopolu na dominacje na rynku mediow, a szkoda, bo w istocie w ten spsob marnuje sie wiele talentow.

  6. Bogdanie, a nie sądzisz że ta czystka nie była związana właśnie z chęcią dostarczenia stanowisk różnym pampersom? Zachowując fachowców nie można zatrudniać idiot… wróć, dyletantów. Wyrzucając fachowców należy zatrudnić innych fachowców. A ponieważ tych nie ma, zatrudnia się kogokolwiek. W tym przypadku „wybitnego” prawicowego publicystę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.