Media naszych czasów… (cz. 1)

…są coraz gorsze, głosi powszechna opinia. Dominuje poetyka „krwi i spermy”, dziennikarze popisują się zdumiewającym poziomem nieuctwa i nieznajomości ojczystego języka (nie mówiąc już o obcych), publicystyka sprowadza się do organizowania agresji i sterowania nią, coraz bardziej uprawniony jest sąd, iż treści poznawcze, polityczne i te z dziedziny kultury – specjalnie wysokiej – służą jedynie jako pretekst do nadawania coraz bardziej chamskich i ogłupiających reklam…

Jeśli nawet opinia ta nie jest do końca prawdziwa – może być bowiem w jakiejś mierze wyrazem i skutkiem zachodzących dziś w skali globalnej szybciej niż kiedykolwiek przemian obyczajowych i, ogólniej, cywilizacyjno-technicznych, o czym jeszcze będzie niżej mowa – to zawarte w niej sądy są na tyle alarmujące, że warto się nad nimi pochylić.

Pozostawiając szczegółowe analizy naukowe medioznawcom i socjologom – pragnę się w tym krótkim szkicu zająć dosłownie kilkoma aspektami istniejącej sytuacji z punktu widzenia praktyka z półwiecznym już dziś doświadczeniem dziennikarskim.

Ograniczę się też w zasadzie do uwag o mediach wyłącznie polskich; innych po prostu nie znam na tyle, by próbować mieć jakieś zdanie w tej materii, albo też go i nie mieć – żeby nawiązać do klasyka.

Dwa otóż główne zjawiska rzucają mi się w oczy. Pierwsze z nich nazywa się

KOMERCJALIZACJA.

Wiele lat temu, chyba w pamiętnym roku 1981, Stefan Bratkowski zrobił uwagę, że zajęcie, polegające na prostym kładzeniu czarnej farby na dość kiepski papier, jest jednym z najlepszych interesów na świecie. Zachwyciła mnie wówczas ta opinia swoją trafnością. Rzeczywiście: w okresie ówczesnej burzy społecznej – ale i wcześniej – mieliśmy niezwykłe zapotrzebowanie społeczne na słowo drukowane (szczególnie) i mówione; mniej na „pokazywane”, czyli na telewizję, o której już od kilkunastu lat – od Marca ’68 mniej więcej – mówiono, że „kłamie”. Choć i ludzie z Woronicza nie powinni byli narzekać: ponieważ istniały wówczas w eterze jedynie dwa programy ogólnopolskie, więc praktycznie każdy pokazujący w okienku twarz dziennikarz czy prezenter był nie tylko rozpoznawalny, ale i miał popularność , o której dzisiejsze panie reporterki z różnych TVN-ów czy Polsatów mogłyby tylko pomarzyć… Ale „robienie telewizji” – w odróżnieniu od wydawania gazety – w owych czasach – biznesem zgoła nie było. Radia zresztą też.

Potwierdza to moja praktyka: byłem wtedy wydawcą jedynego czasopisma, poświęconego radiu i telewizji, „Anteny”, która miała nakład – sprzedawany natychmiast „do spodu” – coś około 150 000 egzemplarzy, z bardzo zaś prymitywnych wówczas jeszcze – i wtedy niemodnych – badań rynku wynikało, że z najwyższą łatwością sprzedalibyśmy trzy, albo i cztery razy tyle; gdybym tylko dostał z odpowiedniego ministerstwa przydział na papier. A było to pismo maksymalnie zgrzebne, bez koloru, opisujące po prostu dość dokładnie program TVP i Polskiego Radia przy minimalnym użyciu środków publicystycznych. Bez plotek o gwiazdach i informacji o życiu seksualnym prezenterów; nawet bez działu rozrywki i z minimalną grafiką…

Nawet tak złe, egzotyczne i niszowe wydawałoby się gazety, jak osławiony tygodnik „Barwy” (dość wredne pismo związane z Komitetem Warszawskim PZPR) czy neoendecko-lewacko-nacjonalistyczna „Rzeczywistość” (mieszanka dziwna i dość specyficzna, przypominająca ideowo w pewnej mierze dzisiejszą „Gazetę Polską”) sprzedawały się jak świeże bułeczki. Nie mówiąc o „Tygodniku Solidarność”, który dostawałem po prostu spod lady, czy o cieszącym się nieustanną kolosalną popularnością od lat „Expressie Wieczornym” – wbrew powszechnej dziś opinii, żadnemu prekursorowi współczesnych tabloidów, tylko normalnemu, poważnemu dziennikowi dla ludzi myślących, choć posługującemu się językiem prostym i nie stroniącemu od sensacji w najlepszym rozumieniu tego słowa (nawiasem mówiąc, tytuł ten po naszej transformacji ustrojowej przypadł „w nadziale” braciom Kaczyńskim i ich Porozumieniu Centrum; rychło się okazało, że towarzystwo to z najwyższą łatwością potrafi ukręcić łeb także kurze, znoszącej złote jaja…).

PO OWEJ TRANSFORMACJI…

…to jest po roku 1989, sytuacja na polskim rynku medialnym uległa dość szybkiej zmianie. Papieru nagle było dowolnie dużo, „antypaństwowość” czy „antykomuszyzm” nie wymagał już od czytelnika (ani od autora…) odwagi, więc nie było pretekstu do imponowania panienkom posiadaniem w teczce „bibuły”, demaskatorskie teksty publicystyczne mocno spowszedniały i przestały przyciągać masową publikę.

Ci, którzy liczyli wyłącznie na nieustającą prawdziwość i aktualność cytowanego bon-motu Bratkowskiego – nagle zostali przez rodzący się rynek medialny ostro skarceni. Porozdawane różnym partiom i partyjkom politycznym tytuły, które „za komuny” przynosiły PZPR-owskiemu koncernowi RSW „Prasa-Książka-Ruch” ciężkie miliony – nagle okazały się padającymi po kolei gniotami. Padło „Razem”, padł „Radar”, runęły „Pespektywy”, „Problemy” i wiele innych świetnych do niedawna i cenionych tytułów; nagle okazały się ważne nie tylko farba i papier, ale także umiejętność ich połączenia w nowy jakościowo produkt. Fachowość, słowem.

Nowe pokolenie wydawniczo-dziennikarskie, składające się w większości z domorosłych polityków i zapalczywych amatorów (będzie o tym jeszcze mowa niżej) okazało się w – zbyt! – wielu wypadkach skrajnie nieudolne. Wyszło brutalnie na jaw, że nielegalne wydawanie na powielaczu jakiegoś biuletyniku zakładowego czy nawet regionalnego „panny S” w kilkuset prywatnie kolportowanych egzemplarzach – to jednak zupełnie nie to samo, co profesjonalne robienie dużego dziennika czy tygodnika i kierowanie wielkim zespołem specjalistów o najwyższych kwalifikacjach; w warunkach „konspiry” narodziło się wprawdzie kilka sporych talentów dziennikarskich, ale całość zionęła amatorstwem.

To samo zjawisko dało się – nawiasem mówiąc – zauważyć w telewizji, do której trafili wówczas ludzie niekiedy nawet wielce szlachetni, ale totalnie nie znający warsztatu i w efekcie produkujący gnioty nie do zniesienia. Znam zresztą takich, którzy do dziś są nieco rozgoryczeni stosunkowo szybkim zdjęciem tych gniotów z anteny przez… ich własnych ideowych pobratymców i kolegów; ci rozczarowani nie biorą pod uwagę prostego faktu – już wówczas nie do pominięcia przez najbardziej życzliwych decydentów – że to widz „głosował wyłącznikiem”: właśnie wówczas zaczęto uważniej studiować opisujące widownię statystyki…

Najsłuszniejsze – a nawet demaskatorskie i sensacyjne – opinie, wypowiadane z anteny radia i telewizji koślawą polszczyzną przez obdarzonych kluchowatą dykcją nikomu dotychczas nieznanych prezenterów, czy też krzywo drukowane w gazecie najbardziej odkrywcze i ważne teksty – nagle straciły „same w sobie” atrakcyjność czytelniczą. Każdy dziennikarski „produkt” – czy to papierowy, czy elektroniczny – nagle trzeba było sprzedać, zadbawszy wprzódy o jego jakość. I o reklamę. Sam się już nie sprzedawał. A w każdym razie – z biegiem czasu coraz gorzej.

A że od ponad stu lat doskonale było wiadomo, że

NAJLEPIEJ SIĘ SPRZEDAJĄ ZBRODNIA, SEKS I TEORIE SPISKOWE,

w dodatku opisane językiem skrajnie uproszczonym – więc zaczęła się w Polsce epoka miałkich i nędznych tabloidów: okazało się otóż rychło, że cennym klientem może być również prymityw i prostak; jego niewielkie nawet pieniądze pomnożone przez masę takich odbiorców, tworzą bowiem kwoty godne uwagi. A co więcej, część z tej klienteli dość szybko zaczęła mieć prawdziwe kapitały. Siła nabywcza tego typu czytelnika wzrosła wydatnie, zaś „przepustowość intelektualna” – w stopniu minimalnym; to też bardzo sprzyjało opisywanym procesom przemian mediów.

Chcąc nie chcąc – plugawe, ale handlowo nośne treści zaczęły w jakiejś mierze uwzględniać również media „opiniotwórcze”; jeśli nie bezpośrednio w publikowanych tekstach nawet, to chociażby w ich formie: proszę zwrócić uwagę na potransformacyjny stopniowy zanik materiałów prasowych i programów dużych, wymagających długotrwałego skupienia. Nawet najlepsze renomowane „inteligenckie” pisma uprzedzają dziś autorów: byle nie więcej, niż 10 tys. znaków… Nawet tak „wyrafinowane” (pozornie; ale to całkiem inny temat) kanały telewizyjne jak „Discovery” czy „History” robią z reguły przerwę reklamową po ok. 8 minutach emisji – nie z innego powodu, jak z tego, iż z badań odbioru wynika, że to jest maksymalny czas skupienia uwagi współczesnego widza. Ów współczesny widz i czytelnik lubi „czytać mało i dużymi literami, oglądać – z możliwością skoczenia do lodówki po piwko”. No i lubi być łachotany pod pachami, zgodnie z zasadą „zabawimy odbiorcę na śmierć”…

Nie bez znaczenia jest tu również pewna z pozoru niewinna okoliczność o charakterze w jakiejś mierze technicznym, na którą bardzo niewielu specjalistów zwraca uwagę: nowe media z samej swej istoty technicznej wymagają dziś od odbiorcy dużo większej podzielności uwagi, niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Jeśli piszemy coś na komputerze, na przykład uczestnicząc w działaniu takiego „Facebooka”, jednocześnie słuchając grającego gdzieś z tyłu telewizora, na który jeszcze od czasu do czasu rzucamy okiem – to informacje płyną do nas jednocześnie kilkoma strumieniami, trafiając wszakże do tego samego odbiornika – naszego mózgu – którego „zdolność przerobowa” przecież w ostatnim ćwierćwieczu nie wzrosła: ewolucja tak szybko nie działa. Nadawcy zatem – podświadomie, lub świadomie – muszą swoimi kanałami przekazywać nam informację dużo bardziej agresywną i bardziej przy tym zwięzłą, żeby wygrała ona konkurencję z tą nadawaną na kanale równoległym.

To też wpływa na tabloidyzację, która w tym kontekście jawi się jako coś niemal nieuniknionego; co nie znaczy bynajmniej – pożądanego.
(cdn)

13 thoughts on “Media naszych czasów… (cz. 1)

  1. A ja sobie wpierw zacytuję: <>

    Bo przypomniała mi się inna teza, też Wielkiego Analityka Teraźniejszości, który doszedł do wniosku, że „studenci w bibliotekach uniwersyteckich jedynie oglądają pornosy i piją piwo”. Nie ujawnię nazwiska tego analityka, ale sądzę, że i tak dokuczyłam.

    Nie wiem skąd tyle niechęci czy nawet pogardy dla obecnej rzeczywistości, którą postrzegam całkiem inaczej. Może jesteśmy z innych planet. Ja z planety ziemi, a Pan – drogi Autorze?

    Sprawdziłam, rzeczywiście pański tekst, ma poniżej 10.000 znaków. Gratuluję autodyscypliny, ale niepotrzebnie, bo mimo, że nie wszystkimi ocenami się zgadzam (cytowana jest lekko obraźliwa), ale tekst napisany świetnym (zaangażowanym) stylem i nie przeraziłby (i nie zdekoncentrował) mnie i trzykrotnie dłuższy.

    Pozdrawiam M.

    PS. Właśnie skoczyłam czytać „Wysokie obcasy, „Gazetę świąteczną”, „Gazetę na święto” Gazetę stołeczną” a jeszcze mam „Gazeta turystyka” to wszystko za 3.50 PLN, karnie stojąc wprawdzie w niewielkiej bo 5-cio osobowej kolejce, ale sprzedawała się, jak świeże bułeczki. Sporo długich, niezłych tekstów. Krótkich raczej nie czytam poza tytułem, bo jak autor nie ma nic do powiedzenia, lub niewiele – bo krótko, to po co? Nie liczyłam ilości znaków, tych które ale niektóre na pewno powyżej 1000, a może przekraczają 2000?

  2. Z łezką w oku wspominam nieodżałowane „PROBLEMY”. W dzisiejszych czasach periodyk o tak ascetycznej grafice i tak trudnej treści po prostu nie ma racji bytu. No i jeszcze te „żółte kartki” z opowiadaniami SF z najwyższej półki. Czy ktoś jeszcze pamięta jak ważny był dla młodych (i starszych) czytelników „MŁODY TECHNIK”, z doskonałymi działami astronomii (Sławomir Ruciński), matematyki, biologii (Magdalena Fikus), chyba dziś jeszcze istnieje coś o takim tytule, ale kto to kupuje. Jak oglądam w kiosku ten kolorowy śmietnik, to jasno widzę jak sprymityzowało się społeczeństwo przez te 20 lat.

    1. Miło czytać: przez chyba 5 lat (od roku 1970) prowadziłem dział matematyki i fizyki w „Problemach” właśnie, kierowanych najpierw przez nieocenionego Ryszarda Dońskiego, potem przez lekko szaloną Alicję Tejchmową. A „żółte kartki” wymyślił właśnie Doński, redagował zaś je i dobierał teksty prof. (dziś; wówczas „ledwo” doc. dr hab…) Konrad Fiałkowski, informatyk i inżynier, sam też przecież piszący SF. Dział medyczny prowadził Jerzy Zieleński, późniejszy twórca „Tygodnika Mazowsze”, którego wspierało dwóch profesorów medycyny; biologię robił (biolog) Maciej Iłowiecki… Niezły to był skład. Po mnie schedę wziął fizyk Andrzej Gorzym, potem naczelny „Wiedzy i Życia”, dziś szef nauki w „Polityce”, a wtedy uczeń Stefana Bratkowskiego w „Życiu i Nowoczesności”, w którym większość z wymienionych – pod nazwiskiem, albo pod pseudonimem – pisywała. Były czasy…

    2. Ja się też z lekka wzruszyłem wspominkowo, bo nieco tłumaczeń dla Problemów wykonałem; było to już w fazie schyłkowej, rok czy dwa przed upadkiem. No, a czytelnikiem byłem pilnym przez lata, a trochę numerów trzymam w domowym archiwum. Nadal bym był czytelnikiem, źle odbieram współczesne czasopisma popularyzujące naukę. O innych czasopismach na wszelki wypadek nie wspominam, lekarz mi zabrania🙂.

    3. Czytało się, czytało… „Młodego Technika” od deski do deski, łącznie z (a raczej – przede wszystkim …) opowiadaniem s-f, no i ostatnią stroną, na której były schematy działania różnych urządzeń. Trzeba będzie kiedyś kupić aktualny „M-T” i porównać… „Problemy” – później, papier rzeczywiście był kiepski, ale zawartość dawała wrażenie obcowania z tym, co ważne i aktualne w nauce.
      Ciekawe – co teraz czyta młodzież?

  3. i JAK TU KOMENTOWAC TAK DOSKONALY MATERIAL POZNAWCZY GOSPODARZA?
    NIC DODAC I NIC UJAC CZYLI NAGA PRAWDA !!!!

  4. Szanowny Panie,
    trudno się nie zgodzić, w ciągu mojego dość długo trwającego życia (ur. 1949) mam okazję obserwować pewną prawidłowość, otóż problemem jest skąpa wiedza absolwentów szkół wyzszych, a to oni mogliby być czytelnikami gazet.Mogliby wywierać presję na wydawców, niestety nie sa ciekawi wiedzy, syntetycznych artykułów, nie ciekawi ich swiat od strony intelektualnej.
    Czasami jestem świadkiem wypowiedzi , które w moim liceum wywoływałyby smiech i drwinę koleżanek i kolegów, nie mówiąc juz o reakcji profesorów.
    Ciekaw jestem dalszych odcinków.

    Pozdrawiam serdecznie

    1. Gospodarz zapewne odpowie, iż wielką zdobyczą czasów powojennych było, iż państwo wspierało młodzież garnącą się do wiedzy poprzez punkty za pochodzenie i tym podobne wynalazki.

      1. Otóż ta kąśliwa ironia jest typowym strzałem poza tarczę. Zawsze byłem przeciwnikiem „punktów za pochodzenie” (przy przyjmowaniu na wyższe studia!); jestem pewien, że młodzi zdolni ludzie z warstw ubogich dadzą sobie radę z konkursowymi egzaminami, jeżeli tylko pomoże im się wcześniej: wprowadzając obowiązkowe bezpłatne żłobki i przedszkola, przede wszystkim na prowincji, i płacąc prowincjonalnym nauczycielom – jeśli mają wymierne wyniki, w postaci na przykład wychowania olimpijczyków – kilkakrotnie więcej, niż tym „miejskim”…

  5. Nic ująć nic dodać. Doskonale napisane! Od siebie dodałbym to, że media dopasowują się do poziomu przeciętnego odbiorcy, ogłupiając go jeszcze bardziej, więc i media muszą atakować jeszcze głupszą zawartością. I tak w kółko Macieju. Boje się myśleć, co to będzie za powiedzmy 50 lat.
    Odciąłem się od telewizji, gazet już dawno nie czytam. Obecnie powoli odzwyczajam się od coraz bardziej stabloiciałego portalu gazety wyborczej.

  6. Zastanawiam się nad „[..] zdolność przerobowa przecież w ostatnim ćwierćwieczu nie wzrosła: ewolucja tak szybko nie działa.” z nadzieją, że zaglądnie tu jakiś specjalista, bo z tego co mi wiadomo, to w określonych warunkach ewolucja może bardzo przyspieszać, a także istnieje coś takiego jak Efekt Flynna.

    Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na cz.2.

    PS. To ciekawe, że wiele z tego „co ambitniejsze” przeniosło się do sieci, na blogi.

Możliwość komentowania jest wyłączona.