Dziennik Telewizyjny, czyli o dziadostwie

Narzekam na współczesne polskie telewizje – jak większość z nas, myślę. Zgadzamy się, że są nieobiektywne, że judzą, podpuszczają, upowszechniają najgorsze wzorce obyczajowe, propagują estetykę z głębokiej prowincji i koszmarną polszczyznę. Irytują, obrażają naszą inteligencję, i co tam jeszcze. Nawet takie kanały, jak Discovery czy History uważają za niezbędne nadawanie na przykład programów o duchach, seksie i zbrodniach i co 6-8 minut „muszą” dać nam odpocząć, bo przecież jesteśmy idiotami, którzy nie potrafią się dłużej skupić na jednym wątku…

No to – jeśli macie dostęp do tego – przełączcie się na TVP Kultura codziennie o godzinie 23.30. Ten  dychawiczny – podobno – i umierający z braku funduszy niszowy kanał emituje o tej porze… stare dzienniki telewizyjne z danego dnia. Nie zdołałem tylko pojąć reguły nadawania (wczoraj na przykład obejrzałem DTV z roku 1984 – dlaczego akurat sprzed lat 26?), ale sam pomysł jest doskonały. Nie namawiam, byście oglądali to-to codziennie, ale raz czy dwa razy – z pewnością warto.

Mnóstwo jest tu pouczających odniesień do dnia dzisiejszego. Zaczynając od spraw najprostszych, to jest od techniki i realizacji telewizyjnej. Te „tematy informacyjne”, realizowane na nędznej NRD-owskiej taśmie filmowej, zapewne ORWO, na której nic tylko „kolorek-worek-pomidorek”… Ci biedni prezenterzy, trzymani w statycznym kadrze „spikerskim” na tle jakichś smutnych, biednych, szmacianych zastawek, czytający z kartki – bo nie ma wszak promptera… To ciasne studio, bez żadnego rozmachu, bez możliwości ruchu kamery… Te statyczne plansze, robione na kolanie przez dyżurnego grafika…

Niebywały postęp nastąpił w tej dziedzinie w ostatnim ćwierćwieczu.

A co do meritum?

Wychodzi na to, proszę Państwa, że przed 26 laty pasjonowaliśmy się głównie… naradami, zebraniami i spotkaniami. Oraz tym, że ktoś – z punktu widzenia dzisiejszych  kryteriów w ogóle nieistotny, jakiś Pan Nikt – przybył, uświetnił, ewentualnie coś przeciął. Pojawienie się gdzieś-tam byle wiceministra staje się „tematem” na 2 minuty, rzecz dzisiaj niewyobrażalna! Koła gospodyń wiejskich hulają i wycinają hołubce ze trzy minuty! Nauczyciele akademiccy „upowszechniają i realizują wytyczne”…

Bardzo zabawne. Ale… Ludzie! Czy my faktycznie to przeżyliśmy? Co to wszystko miało wspólnego z naszym prawdziwym życiem?

A jednak. Można się dziś śmiać z tego przaśnego i nudnego programu, realizowanego nieporadnie i po amatorsku. Ale nie wolno się z niego wyśmiewać. I bardzo dobrze, że kanał TVP Kultura nadaje owe dzienniki bez słowa komentarza; niechaj każdy stworzy sobie swój komentarz sam.

Oczywiście: rzucają się nam dziś w oczy głównie wymienione wyżej negatywy – życia i jego nieporadnego odwzorowania przez DTV (i całą ówczesną telewizję). Ale – jako człowiek, który Tamte Czasy nieźle pamięta – powiem młodszym czytelnikom tych słów: ta wiejąca z ekranu nuda i drętwota  miała też i dobre strony i nie była tak do końca zoficjalizowana i zakłamana. Nie tylko bowiem na ekranie odbiornika telewizyjnego nie było wówczas zbrodni, głupawych celebrytów, ziejących do siebie nawzajem nienawiścią polityków…

A jeśli idzie o tematykę międzynarodową w ówczesnych wiadomościach – to było z nią całkiem nieźle. Oczywiście dlatego, że wykorzystywane wtedy materiały filmowe nie były przaśną i tanią produkcją własną, a pochodziły z profesjonalnych zachodnich agencji prasowych; tylko zauważcie, że i dziś one nadchodzą, a poziom ich autorów z pewnością nie zmalał – to wobec tego: gdzie są? Odpowiedź brzmi: w koszu, bo współcześni szefowie telewizji uważają je za nieciekawe…

Popatrzcie na te stare dzienniki. Racjonalnie. Bez nienawiści. Bez szyderstwa. Jakiekolwiek są – pokazują kawałek życia dziadków wielu z was.

Jeśli potraficie, rzecz prosta. Jeśli dzisiejsze telewizje nie nauczyły was poszukiwania na małym ekranie tylko tego, co jest fun i sexy

6 thoughts on “Dziennik Telewizyjny, czyli o dziadostwie

  1. Z mojej perspektywy – dzisiejsze dzienniki poszukują tematów wzbudzających emocje. Tak, aby znaczące część społeczeństwa zaspokoiła swoje najniższe instynkty – wizualne i emocjonalne właśnie. Dawniej (odnosząc się do Pańskiego wpisu) dzienniki poszukiwały tematów zastępczych w postaci np. tych odwiedzin ministrów (co ze względu na niską jakość techniczną realizacji było to utrudnione), dzisiaj ich rolę przejęły sztucznie nakręcane konflikty społeczne, wypadki, morderstwa itd. Wszystko obudowane kolorowym studiem, wypastowanymi twarzami prezenterów, albo jakimiś ciekawostkami wątpliwej jakości. Najważniejsze sprawy są umiejętnie pomijane, wyłączając przypadki w których sytuacja jest na tyle oczywista, że wstyd byłoby jej nie opisać jako „newsa z pierwszej ręki”.

  2. Wyznawane poglądy polityczne Broniarka może i nie z mojej bajki, ale szacunek dla wiedzy i pasji. Tego nie może mu nikt odmówić.
    Chapeau bas!

  3. @ Paweł, w kwestii Broniarka. „Rasowy dziennikarz”… mało powiedziane. „Zygi” był – i jest, na szczęście – istnym zwierzęciem dziennikarskim. Nigdy nie był „wielkim” publicystą; zawsze umiał dostrzec w otaczającym świecie coś ciekawego i egzotycznego, o czym w dodatku umiał interesująco opowiedzieć. Mało kto wie, że Zygi włada ok. 15 językami, których nauczył się sam. Jest dziennikarzem z krwi i kości; gdyby żył i pracował w USA, byłby dziś zapewne miliarderem. Kudy do niego takim „asom” jak Oprah, czy Barbara Walters… To jest ta sama półka, na której stoją Walter Cronkite i Ed Murrow.

  4. Masz rację, ale niektórzy powiedzą, że przemawia przez ciebie starczy (przepraszam!) sentymentalizm.
    Wyrosło już pokolenie, dla którego wszystko, co z PRL jest złe i brzydkie. To m.in. skutek wycofania się naszych znajomych pajaców z „lewicy” z sonsownego i racjinalnego bronienia własnej przeszłości. Prawdy mogą bronić tylko rozumni i odważni świadkowie. Tej prawdywarto bronić, bo ona podobno wyzwala – m.in wyzwala z zacietrzewienia, bewzmyślności i agresji.

  5. Właśnie, tematyka międzynarodowa – pomijając wiarygodność informacji – była bardziej szanowana.
    Z przyjemnością zresztą oglądałem dziennik w wykonaniu zwłaszcza Karola Małcużyńskiego.
    Z pewną sympatią wspominam dział zagraniczny w Trybunie (kupowałem w latach 70. dla najlepszych wiadomości sportowych) – nawet w zakłamanym organie PZPR Broniarek potrafił zrobić coś naprawdę ciekawego.
    A propos Broniarka – z 10 lat temu spotkałem go w BUW na jakiejś konferencji, więc zaraz podszedłem, przedstawiłem się i zapytałem o jego książki dotyczące nauki języków – bardzo popularne w latach 70. czy 80. Broniarek, odniosłem wrażenie, był w złej formie, zupełnie zgaszony, jakiś taki wręcz smutny. Gdy padł temat języków, poderwał się jak kawaleryjski koń na trąbkę – rozmawialiśmy dobre dziesięć minut i miałem potem wrażenie, że jemu jak powietrza trzeba kontaktów, zainteresowania, że zabija go zupełne odstawienie gdzieś na bok. Ta rozmowa była dla mnie z jednej strony bardzo interesująca, z drugiej jednak smutna. Dla Broniarka, co by o nim nie kłapali, mam dużo sympatii – to był moim zdaniem naprawdę rasowy dziennikarz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.