Zapach S

Stocznia 1980
Stocznia 1980

Przed 30 laty byłem akurat na urlopie nad morzem – w Jastrzębiej Górze. Przed przyjazdem z grubsza wiedziałem, że robi się w kraju gorąco, ale szczegółów nie znałem; dopiero na miejscu okazało się, że lokalna rozgłośnia transmituje na UKF jakieś dziwne wydarzenia, rozgrywające się w stoczni. Posłuchałem – i nawet mi się spodobało, szczególnie ten pyskaty robotnik, który szurał pyskiem na wicepremiera i dość wyraźnie wygrywał. No to wsiadłem w samochód, wziąłem mego 5-letniego wówczas syna na tylne siedzenie – i pojechałem zobaczyć ową osławioną bramę. Rzecz okazała się niesłychanie interesująca, ale cała sympatia przeszła mi natychmiast: religijne pienia, święte obrazy i wszystko udekorowane na biało-czerwono…

Nie, to nie mogło mi się spodobać. Jestem zajadłym ateistą i antyklerykałem od dziecka; wszelkie przesadne objawy patriotyzmu budzą także moje zasadnicze wątpliwości: jak niejednokrotnie pisałem w tym miejscu i napiszę raz jeszcze, patriotyzm oznacza dla mnie – z grubsza, oczywiście – wyłącznie regularne płacenie należnych państwu podatków i parkowanie tylko w miejscach dozwolonych; nic innego, żadnego sentymentu do płaczących wierzb ani uwielbienia dla Matki Polki, żadnych powstań naturalnie, żadnej „ofiary życia”. Połączenie jednego z drugim – widoczne pod stocznią na pierwszy rzut oka – tworzyło mieszankę absolutnie nie do zaakceptowania; nawet przy uznaniu, że ustrojowo ci robotnicy  mają sporo racji.

Więc nie wstąpiłem w szeregi wielbicieli „panny S” po powrocie do Warszawy nawet na 10 minut. Sporo moich telewizyjnych kolegów – specjalnie zaś koleżanek – zrobiło dokładnie inaczej (sporo – ale to nie znaczy bynajmniej: wszyscy; dziś nieźle mnie bawi, gdy wielu ówcześnie przeciwnych „pannie S” lub po prostu stojących wtedy okrakiem robi z siebie „kombatantów”…). Owe „ryczące czterdziestki”, na ogół kompletne beztalencia dziennikarskie, które poobwieszały przywiędłe biusty krucyfiksami i nałożywszy biało-czerwone opaski „rżnęły sanitariuszki z Powstania Warszawskiego”, jak określił to arcytrafnie jeden z przytomniejszych kolegów, utwierdzały mnie samym swoim wyglądem w mniemaniu, że oto zaczyna się narodowo-katolicki cyrk, w którym absolutnie nie widziałem siebie w roli małpy.

A potem pojawiły się hasła i postulaty, w tym moje ulubione to, że „wszyscy mamy jednakowe żołądki”. Już nie pamiętam – kto skontrował ten idiotyzm ripostą „ale różne głowy”, ale zapachniało brednią. Hasło, oczywiście – nie riposta. A zapach bardzo charakterystyczny.

Historia jest jednak pełna paradoksów. Ponieważ idiotów i ćwoków nie brakowało po obu stronach ówcześnie wzniesionych barykad (i nie będę wnikał, po której stronie było w sumie ich więcej), przeto panująca wówczas Siła Przewodnia uznała – podobnie jak owa „panna S” – że nie jestem po jej stronie. Obie okazały się jednomyślne.

W sumie zresztą słusznie. Pewno tak właśnie  należało zrobić: w okresach przełomów kto nie deklaruje się zupełnie wyraźnie i jednoznacznie po żadnej stronie, nie może liczyć na niczyje zaufanie. I dobrze: którakolwiek z owych stron by mnie zaliczyła do „swoich” – dziś bym miał w efekcie problem z patrzeniem w lustro przy goleniu. A tak – nie mam. Byłem z boku, krytykowałem wszystkich, na wszystkich wybrzydzałem – i tak już zostało, i niech tak będzie do końca moich dni.

W każdym razie nie widzę osobiście najmniejszego powodu, by świętować trzydziestolecie Tamtych Dni. A jak słucham wypowiedzi niektórych ówczesnych trzeciorzędnych działaczy, jak niejaki Jarosław K. – to myślę sobie, że takie korzystanie z tak zwanej „wywalczonej wolności” niezbyt mi równoważy możliwość pojechania jednym ciurkiem do Amsterdamu bez okazywania dokumentów. W końcu, robienie rewolucji po to, by porządny człowiek – jakim był Jacek Kuroń – został ministrem, zaś inny porządny człowiek imieniem Adam robił jedną z najlepszych na świecie gazet – to niewątpliwie dużo; ale żeby zaraz świętować?

Kiedy zaś słyszę pod Pałacem Prezydenckim tłuszczę, ryczącą „Gestapo” na policjantów; kiedy widzę na Krakowskim rozhisteryzowane egerie z rozczapierzonymi w literę „V” paluchami, śpiewające „racz nam wrócić”; kiedy wreszcie czytam, że ktoś tam planuje „wyrównanie niesprawiedliwości społecznych” przez kolejne spłaszczenie emerytur i zastąpienie waloryzacji procentowej – kwotową,  to znów słyszę owo bajanie o jednakowych żołądkach. I czuję charakterystyczną woń. Na literę s się zaczyna nazwa tego zapachu. Chodzi o smród.

25 thoughts on “Zapach S

  1. Należę do tych skażonych przynależnością do panny „S”… niestety.

    Wytrzymałem wśród oszołomstwa raptem 5 miesięcy, by się z niesmakiem wypisać. Wszelka forma stadności zabija potrzebę bycia przyzwoitym, a przynależność do związków zawodowych w szczególności. PO wybrzydza na S, ale tak naprawdę odwołuje się do tej całej mitologii i zmyśleń, jakie legły u jej początków. Spór PO-PiS to spór pomiędzy Donaldem (też kaczor) i Kaczyńskim… obydwaj peryferyjni uczestnicy wydarzeń z przed 30 lat.

  2. „I dobrze: którakolwiek z owych stron by mnie zaliczyła do „swoich” – dziś bym miał w efekcie problem z patrzeniem w lustro przy goleniu. A tak – nie mam. Byłem z boku, krytykowałem wszystkich, na wszystkich wybrzydzałem – i tak już zostało, i niech tak będzie do końca moich dni.”

    Ha, z samym tekstem to może i zgoda. Ale w tym rozkosznym fragmencie Pan przesadził. Rozumiem, że fałszywe mniemanie o sobie jest gwarancją dobrych snów, ale na litość – przeoczył Pan najwyraźniej, że w dzisiejszej Polsce nie stoi już Pan ze swoimi poglądami pośrodku podziału. Wręcz przeciwnie, opowiada się Pan dosyć jednoznacznie po jednej ze stron (naprawdę mniejsza z tym, czy to Pan zmienił poglądy, czy to może podziały się przesunęły). Strojenie się w maskę bezstronności ma więc tyle sensu co poza „wesołego staruszka”, w którą popadł swego czasu pewien „profesor”.

    Pana „bezstronność” jest szczególnie rozczulająca w tekstach typu:

    https://bogdan.wordpress.com/2010/06/26/tusk-nareszcie/
    https://bogdan.wordpress.com/2010/06/25/wprost-wspaniale/

    oraz w nieustannym pomstowaniu na „pisdzielcow”, „kaczorow”,”hołotę” i cholera wie kogo jeszcze.

    Dałby więc sobie Pan spokój z udawaniem neutralności i przypisywaniem sobie niezwykłej buntowniczości. Byłoby szczerzej.

    1. Absolutnie nie udaję neutralności. Nie jestem i nigdy nie byłem bezstronny. Mam po prostu własne poglądy, które wyrażam – czasami bez uwzględnienia okoliczności (jak się wkurzę), czasami konformistycznie okoliczności te uwzględniając. Co do roku 1980: choć przykładałem w jakimś sensie obu stronom (bo po obu byli debile, choć i po obu stronach byli ludzie sensowni), to nie ukrywam – choć to niemodne dziś i ryzykowne – że nie byłem ani sekundę po stronie „panny S”. Wydawało mi się wówczas – chyba z dzisiejszej perspektywy błędnie, ale pewien wcale tego nie jestem – że ówczesny System (panujący w PRL) da się racjonalnie zmodyfikować i będzie to lepsze, od pomysłów ekstremistów z „S”. Do tego stopnia, że gdyby mi wraz z wprowadzeniem stanu wojennego zaproponowano wbicie się w mundur – zrobiłbym to bez wahania; więc w żadnej mierze nie uznałbym się za buntownika, specjalnie wobec ówczesnej władzy. Pewno by mnie dziś z tego powodu moralnie skasowano; i w tym sensie dobrze, że takiej propozycji mi wówczas nie złożono – a ja się sam z własnej woli nigdzie nie pcham. Ale poglądów się nie wypieram.
      Rzecz w tym, że w kołach rządzących PRL zwyciężyła wówczas nie inteligencka opcja reformatorska, ale debilki od „przodującej roli klasy robotniczej”.
      Dalej: nie mam w zwyczaju – wybrawszy nawet określoną opcję – akceptować jej „na dobre i złe”. Gdybym miał w 1980 roku głosować, głosowałbym na PZPR – tak, jak głosowałem w roku 1989. Jęcząc w duchu, że wybieram po prostu mniejszych idiotów. Co nie oznacza, że sądzę, iż idiotom „z mojej opcji” nie należy mówić prosto w pysk, że są idiotami.
      Podobnie dziś: rzecz jasna, nie jestem bezstronny. Jestem wręcz skrajnie antykaczyński i antypisowski; czy to oznacza, że akceptuję bez zastrzeżeń Platformę i Tuska czy SLD i Napieralskiego? Absolutnie – nie. Platforma na przykład jest dla mnie tragicznie konformistyczna w stosunku do znienawidzonych (tu, w jednym jedynym miejscu, jestem bezkompromisowo i całkowicie na NIE) religii i kościoła; SLD rozmawiał (choćby w sprawie TVP) z PIS-em, co go też dyskwalifikuje, dopóki nie runie na kolana i nie zmieni w tej sprawie stosunku do rzeczywistości o 180 stopni. Ale: gdyby teraz były wybory, to zagłosuję – rzecz prosta – przy wszystkich zastrzeżeniach na SLD, nie na kogoś innego; bo oni są NAJBLIŻEJ tego, co mi w duszy gra.
      I jeszcze jedno wyjaśnienie. Dla mnie osobiście absolutne pierwszeństwo przed całą ideologią, poglądami i tzw. moralnością ma przyjaźń. Gdyby w 1980 roku przyszedł do mnie z prośbą o pomoc i na przykład ukrycie przyjaciel o poglądach zbliżonych do „S” (miałem wielu takich) – otrzymałby wszystko, co trzeba, choć takich poglądów – jak powiedziałem wyżej – w najmniejszym stopniu nie podzielałem. Gdyby zwrócił się dziś do mnie o wsparcie przyjaciel, który – na przykład – okazałby się TW, czy wręcz oficerem SB (takich też miałem, i to byli podobnie autentyczni przyjaciele, jak ci z drugiej strony) – też bym podał rękę i dopomógł. Powtarzam: najpierw osobista przyjaźń, (która wszystko wybacza, o nic nie pyta i po prostu bez zastrzeżeń akceptuje), potem dopiero zasady, moralność, prawo i temu podobne wtórne pierdoły.

  3. Absolutnie zgadzam się z opinią Gospodarza. Brawo! Oby jak najwięcej osób przeczytało ten artykuł i przynajmniej prze chwile zastanowiło się nad tym „co sie stało z naszą klasą”

  4. Cytat dnia (wczorajszego):
    Nie można ludźmi manipulować, rzekł …. Wielki Manipulator.

  5. Jestem za a nawet przeciw (z tym ze za obiema rencami, a przeciw to lewom nogom).
    Jak nba zjeździe widocznym się stało, cała rozpierducha z panną „S” (obecnie mocno przechodzoną) sprowadzała się tylko do możliwości (Kaczor Donald),lub jej braku (Kaczor Kaczor) dorwania się do koryta.

  6. Złosliwy troll dostał publicznie w pysk. I tego nie odwrócą nawet śniadkowe kibole.

  7. Uff. Właśnie skończyłem oglądac obchody rocznicowe Solidarności i nie sposób nie podzielic się z kimkolwiek wrażeniami. Po pierwsze, duże brawa dla premiera Tuska który miał odwagę przyjechac i stanąc twarzą w twarz z tą rozwrzeszczaną wrogą tłuszczą. Słowo tłuszcza jest tu najodpowiedniejsze. Po drugie, rację miał Kopernik twierdząc że gorszy pieniądź wypiera lepszy, to co dziś zostało z Solidarności to najgorsze śmieci, rację ma Gospodarz, został tylko smród. Naprawdę nie potrafię zrozumiec tych ludzi fetujących Jarosława Kaczyńskiego, który siedział tam niczym ponury, złośliwy troll, obrażony na świat niedorostek, gotów ten świat podpalic z zemsty za swoje nieudane życie osobiste. Brawa dla pani Henryki Krzywonos, to pierwsza osoba która od kiedy pamiętam potrafiła powiedziec w twarz prezesowi co myśli o jego działaniach (bo wypocin Miglskiego okraszonych wiernopoddańczym mizdrzeniem się i podlizywaniem nie liczę). I po trzecie, kiedy wychodził wygwizdywany premier Tusk, hołota trzymając rozczapierzone paluchy w kształt litery V, wrzeszczała „tu jest Polska”, jak rozumiem poza tą salą Polski nie ma. Ja w takiej Polsce, jak ta na tej sali życ nie chcę. I ostatnia uwaga, ja mam do ludzi bardzo pozytywny stosunek, staram się ich nie obrażac i szanowac, ale kiedy ogladam i słucham przewodniczącego „S”, pana Śniadka to mi się przysłowiowy „nóż w kieszeni otwiera”. Ten żul, nie boję się tego określenia, zwykły żul spod budki piwem, hańbi pamięc tych przyzwoitych ludzi którzy w Solidarności kiedyś byli. Prezydent Wałęsa, co by o nim nie mówic, znów wykazał się wielkim instynktem politycznym „olewając” tą imprezę orgaznizowaną przez tą PiS-owską bojówkę.

    1. Dobrze, że Pan to napisał. Już – rozumiem – jestem zwolniony od napisania co myślę o tej bandzie i jej wodzusiach. Mierzwa społeczeństwa. Hołota. Ponurość.

Możliwość komentowania jest wyłączona.