Niezupełnie politycznie po wyborach

Zacznę od anegdoty z mojej teleturniejowej przeszłości z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Otóż – co łatwo, jak sądzę, pojąć – przy opracowywaniu pytań do naszych programów korzystaliśmy masowo z usług ekspertów. Byli to eksperci nie byle jacy; staraliśmy się prosić o współpracę uczonych renomowanych, z tzw. „wielkimi nazwiskami”. Wymienię to choćby z wielkim sentymentem prof. Henryka Samsonowicza, wielkiego historyka-mediewistę, czy prof. Annę Świderek, królową polskich znawców starożytności i biblistyki. Praca z nimi – to był nie tylko zaszczyt, ale i wielka radość, bowiem większość naszych zaprzyjaźnionych naukowców to byli także ludzie o kolosalnym poczuciu humoru. Niektóre z tych kontaktów przeszły zresztą na stopę prywatną; żeby pozostać przy historykach, późniejsze na przykład sesje pokerowe z prof. Adamem Kerstenem do dziś są przez nielicznych żyjących jeszcze ich uczestników wspominane z niejakim rozrzewnieniem. Profesor w równym stopniu kochał karcięta, jak… nie umiał się nimi posługiwać i potężnie zasilał kasę redakcyjno-aktorskiej wesołej bandy z Ryszardem Serafinowiczem,  Gustawem Holoubkiem i Andrzejem Szczepkowskim na czele.

Ale nie o tym będę opowiadał. Jeden z członków tej bandy (nie powiem, który – niech występuje tu jako X; powiem tyle, że był genialnym redaktorem pytań) był pełen zupełnie szczególnego szacunku do uczonych. Po prostu, leżał przed nauką plackiem. Czcił ją wręcz bałwochwalczo (może dlatego, że nie udało mu się przebrnąć dalej, niż przez drugi rok Uniwersytetu…). No i kiedyś zaangażowaliśmy do opracowania pytań z pewnej – bardzo na owe czasy nowoczesnej – dziedziny wiedzy nieznanego nam dotychczas, ale bardzo sławnego profesora politechniki. Człowiek pytania opracował. Merytorycznie nie budziły one rzecz jasna żadnych wątpliwości, ale zredagowane były gorzej niż fatalnie: napisane okropnym językiem łamiącym wszelkie zasady polszczyzny, z błędami gramatycznymi i stylistycznymi, a nawet… ortograficznymi. Słowem – katastrofa. Niezbędna się stała długa rozmowa z panem profesorem, w której uczestniczył X; w toku tej rozmowy wyszło brutalnie na jaw, że uczony ów – będąc niekwestionowanym autorytetem w swojej dziedzinie – ma jeszcze potwornie obskuranckie poglądy i w ogóle jest mentalnie mocno nieświeży.

Redaktor X był załamany. – Słuchaj – powiedział do mnie – światopogląd mi się załamał. W co ja mam teraz wierzyć, komu zaufać?

Nieco mnie to ubawiło. Sam wówczas byłem mocno związany ze środowiskiem naukowym i różne rzeczy w nim widziałem; wprawdzie takiego typa, jak nasz ekspert też spotkałem po raz pierwszy w życiu, ale od bezkrytycznego uwielbienia tego środowiska byłem nader daleki.

Tyle anegdotka. Prawdę powiedziawszy – chyba średnia. Ale mi się jakoś przypomniała, jak oglądałem występy telewizyjne członków Państwowej Komisji Wyborczej. Też same profesory, zdaje się – i w dodatku sędziowie najwyższych sądów w Rzeczypospolitej. Ale ich mowa, intonacja, sposób bycia – okropność. To, co pan przewodniczący wyprawia publicznie z odmianą liczebników na przykład – wyczerpuje chyba znamiona brutalnego gwałtu. A niewymuszonego wdzięku mają ci panowie tyle, co moja szczotka do mycia łazienki. Niestety.

Jak dodam do tego osobowość pana profesora Bendera oraz paru jego kumpli związanych z pewną toruńską radiostacją, to widzę, że natura obdarza różne sceny polityczne dość równo.

Tylko jedno mnie zastanawia: kto to całe towarzycho z lewej, prawej i centrum wyniósł tak wysoko?

12 thoughts on “Niezupełnie politycznie po wyborach

  1. Nie można w żaden sposób porównać Milionerów (TVN format amerykański) z Wielką Grą (TVP format chyba rodzimy) która była rzeczywiście WIELKA pod każdym względem.

  2. Jeżeli Gospodarz chciałby sobie przypomnieć atmosferę tamtych czasów, to polecam archiwum agencji EAST NEWS, dzięki niej przypomniałem sobie wygląd men.Cichosza, red. Serafinowicza, red. Ryster i tamtą ówczesną atmosferę.
    http://www.eastnews.pl/pictures/result?phrase=wielka+gra&news-pic=1&pic-catId=0&stock-pic=1&archive=en-arch&rm-pic=1&rf-pic=1&search-way=keywords
    Jest też kilka zdjęć z programu EUREKA, m in. red. Anrzej Mosz
    http://www.eastnews.pl/pictures/result?phrase=eureka&news-pic=1&pic-catId=0&stock-pic=1&archive=en-arch&rm-pic=1&rf-pic=1&search-way=keywords
    Jak dobrze poszukać to i Gospodarz (o parę lat młodszy) tam się znajdzie.

  3. Aktualny przewodniczący PKW, Stefan Jaworski, to sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, po Uniwersytecie Jagiellońskim… On nic nie wyprawia publicznie z odmianą liczebników – on ich po prostu nie odmienia. Podczas odczytywania ostatecznych rezultatów wyborów, po godzinie siedemnastej, przybiegłem z drugiego pokoju słysząc „liczba głosów (…) wyniosła siedem miliony…”, bo myślałem, że się przesłyszałem…

    1. No właśnie. Inne rzeczy też robił „w tej podobie”. Byliśmy świadkami własnie gwałtu na liczebniku ze szczególnym okrucieństwem…

  4. Pytania do teleturniejów konsultowane przez ekspertów… To musiały być piękne czasy… Niestety, chyba ten zacny zwyczaj zaczął zanikać. Pamiętam pewien teleturniej literacko na TVN, dla młodzieży. Obejmował znajomość Sagi wiedźmińskiej Sapkowskiego. Nie wiem, jak reszta, ale ostatnie pytanie bez wątpienia było układane przez kogoś, kto mało, że ekspertem nie był, to Sagi albo nie przeczytał albo zrobił to po łebkach albo ograniczył się do streszczenia, względnie przeczytał tylko dwa pierwsze opowiadania. Skutek był taki, że liderowi nie zaliczono poprawnej odpowiedzi, co pozbawiło go zwycięstwa.

    Krew we mnie zawrzała, bo wtopa była ewidentna nawet dla kogoś, kto przeczytał Sagę raz, a dawno; „ekspert” podparł się idiotycznie dobranym cytatem a na widok rozpaczy tego dzieciaka serce się krajało.

    1. To były piękne czasy. Pytania np. do pierwszej wersji „Wielkiej Gry” do pierwszego etapu (do kwoty 6400 nagrody) były pisane w redakcji i weryfikowane przez dwóch ekspertów z tytułami co najmniej doktora (staraliśmy się o profesorów); wyższe były – odwrotnie – pisane przez jednego eksperta, redagowane w redakcji przez dwóch redaktorów i weryfikowane przez drugiego; następnie szły do notariusza, który lakował w naszej obecności kopertę i wkładał ją do sejfu. Na program pytania przynosił notariusz, mec. Cichocki. W studiu był ekspert (zawodnik mógł odpowiedzieć w jakiś sposób „nieklasyczny”), do którego należała ostateczna weryfikacja odpowiedzi (jeśli była ona zgodna z naszymi przewidywaniami, decydował prowadzący). W wypadku różnic poglądów między ekspertem a zawodnikiem powoływano jury d’appel, które miało miesiąc na podjęcie ostatecznej decyzji. Cennik za tworzenie pytań był taki: pierwsze 6 po 20 zł, następne po 50 zł dla autora. Eksperci mieli 500 zł za konsultowanie pytań (jednorazowe, zbiorcze) w czasie i miejscu uzgodnionym. Przypominam, że przeciętna płaca w PRL w tym czasie wynosiła ok. 2000 zł/mies. Redaktor programu (autor scenariusza) dostawał 1800 zł, prowadzący 1000 zł, asystentka 500 zł.

      1. Drobna uwaga: tytułem zwyczajowym notariusza (przy zwracaniu się) jest ,,sędzia”, a nie ,,mecenas”.

    1. Trafiłeś, Pawełku. Ale o tym dowiedzieliśmy się znacznie później, bo historyjka dotyczy połowy lat sześćdziesiątych. Pan profesor był totalnym prostakiem i „katolicko-narodowym prawym polskim patriotą”; potem się w Marcu po prostu „odnalazł”. Nie muszę chyba mówić, że z przygotowywania tego akurat teleturnieju zrezygnowaliśmy, choć dziedzina była naprawdę ciekawa (też nie powiem jaka, bo profesor byłby zidentyfikowany natychmiast; a już od lat ma swoją kwaterę na którymś z warszawskich cmentarzy – i niech mu ziemia lekką będzie). Wspomniałem o nim tylko dlatego,że był mi potrzebny pretekst do wylania odrobiny żółci na PKW.

    2. Czy na pewno chodzi o mec. Cichockiego? Co prawda byłem w tamtych czasach berbeciem, ale jakoś kojarzy mi się zbitka słów „mecenas Stefan Cichosz”, nie Cichocki.
      PS. Co prawda to prawda, czasy były zupełnie inne niż dzisiaj. Takich „Milionerów” oglądać nie mogę, bo pytania są albo debilnie proste, albo zupełnie „z księżyca wzięte”. W każdym razie niczego nie wnoszą w sensie edukacyjnym. Nie pamiętam już programów prowadzonych przez Gospodarza, ale pamiętam że zawsze kiedy Gospodarz się pojawiał na ekranie miałem pewność że będzie coś interesującego. Być może nawet miał Gospodarz pewien wpływ na to że zająłem się naukami ścisłymi. Co do dzisiejszych stawek za prowadzenie kiepskich pseudo teleturniejów, to są dla mnie
      zupełnie niezrozumiałe. Cokolwiek złego nie mówimy o telewizji publicznej, to jako
      jedyna trzyma w tej dziedzinie jeszcze znośny poziom (red. Sznuk), przynajmniej w porównaniu z nadawcami prywatnymi.

      1. Oczywiście. Cichocki to był mój zastępca i następca w PC Magazine Po Polsku. Skleroza, przepraszam. Dzieki za miłe słowa.

Możliwość komentowania jest wyłączona.