Larum grają

Sytuacja przedwyborcza podoba mi się coraz mniej. Jeden z moich uczonych przyjaciół powiada, że zaczyna ona przypominać atmosferą okres wyborów pierwszego prezydenta RP; mnie się to kojarzy raczej z  tym samym okresem w Bawarii, gdzie – jak wiadomo – rosła wówczas w siłę pewna hałaśliwa i z pozoru marginalna partia… Którekolwiek z tych skojarzeń jest właściwe – obie wspomniane sytuacje zakończyły się, jak wiadomo, straszliwie.

Tymczasem im rośnie. Niby niewiele, ale rośnie – i to już wystarcza, byśmy ogłosili alert. Należy zrobić wszystko, ale to absolutnie wszystko, by Jarosławowi K. zagrodzić drogę na Krakowskie Przedmieście. Natychmiast.

Dlaczego tak uważam? Powodów jest sporo. Wyliczę, choć nie w kolejności ich wagi i znaczenia, ale tak, jak mi się pchają na klawiaturę. Więc:

Oni chcą państwa silnego, autorytarnego, które wytycza jasną drogę swoim obywatelom – ja takiego państwa nie chcę zdecydowanie. Moje wymarzone państwo ma mi służyć, ma być wynajętym przeze mnie sprawnym administratorem moich dóbr; niczym więcej. Żadnych odgórnych wskazówek ani poleceń, zwłaszcza obyczajowych, sobie nie życzę. Dla nich patriotyzm – to “oddać życie za ojczyznę” – dla mnie – to płacenie podatków bez kantowania fiskusa i nieparkowanie w miejscach niedozwolonych. Życia nie mam zamiaru oddawać za nic; po prostu: nie ma takiej wartości.

Oni chcą państwa narodowego, państwa prawych Polaków – ja takiego państwa nienawidzę z głębi duszy. W ogóle nie trawię pojęcia “naród”, interesuje mnie tylko społeczeństwo, złożone z obywateli. Obywateli, których pochodzenie etniczne, kolor skóry, wyznanie i tak dalej – są dla mnie obojętne.

Oni chcą Europy złożonej z suwerennych państw – ja opowiadam się za Europą, w której państwa w dawnym klasycznym rozumieniu sprowadzone są już nie do roli województw, ale powiatów lub gmin; w której podmiotem stanowiącym jest region – na przykład region Pomerania czy Silesia, w którym zgodnie żyją Niemcy, Ślązacy i Polacy, a może także i inni, jeśli zechcą się tu osiedlić; mile ich powitam: Afrykanów, Chińczyków, Wietnamczyków… Jestem oczywiście zwolennikiem rządu europejskiego, który dla nich jest czerwoną płachtą na byka.

Oni chcą wartości chrześcijańskich wszędzie – ja chcę eliminacji tego pojęcia z obiegu politycznego. Ich ideałem jest państwo konfesyjne, żeby nie powiedzieć nieomal teokratyczne – moim państwo skrajnie laickie, ściśle oddzielające sacrum od profanum. Bez religii w szkołach, bez znaków religijnych w lokalach państwowych, bez płacenia jakimkolwiek duchownym pensji z moich podatków. Najlepiej mniej więcej tak jak we Francji i w Czechach…

Oni się odwołują do etosu “równych żołądków” i wspólnych nocy na styropianie – mnie ględzenie o równych żołądkach brzydzi, bo łby bracia mają całkiem inne, a w dzisiejszych czasach tylko to ma się wedle mnie liczyć: ilość oleju w głowie. Na styropianie też nie spałem, to nie moja tradycja. Niewygodnie i sąsiedzi ciut cuchną.

Oni gadają o polityce historycznej – ja historię bardzo lubię w książce, ale niezbyt mnie ona obchodzi i z pewnością w bardzo ograniczonym zakresie uważam ją za magistra vitae; a używanie jej jako narzędzia w polityce uważam wręcz za niemoralne. Powtarzam: zupełnie nie ma dla mnie znaczenia kto rżnął mojego dziadziusia, ani też kogo rżnął mój dziadziuś! Ci ludzie nie żyją, nie ma ich – i, prawdę mówiąc, pies z nimi tańcował. Moi niektórzy przodkowie służyli w bardzo różnych armiach; inni do żołnierzy tamtych armii strzelali lub rzucali w ichnich generałów bombami. Fajnie się o tym słucha, ale – powtarzam – nic mnie to nie obchodzi. Nie widzę powodów ani by się ich wyczynami chlubić, ani się tego wstydzić. Mnie interesuje świat, w którym będą żyły moje wnuczki; i tylko on. I to, że ja do nikogo nie strzelałem, chwała ateistycznym bogom.

Oni chcą lustrować wszystko i wszystkich, a jak się da  to zdekomunizować (czytaj: upodlić i pozbawić środków do życia) tych paruset żyjących jeszcze osiemdziesięcioparolatków, którzy kiedyś mieli między Bugiem a Odrą coś do powiedzenia i może rzeczywiście mówili rzeczy mało ciekawe. Ja jestem temu gruntownie i zasadniczo przeciwny. Jestem zdania, że najnowszą historię należy zapieczętować na następne 50 lat. A może nawet zabetonować w cholerę.

Oni są przeciw “zboczeńcom” (czytaj: gejom i lesbijkom), feministkom i rozwodnikom – mnie te trzy akurat kategorie ludzi czasami ciut śmieszą (co do rozwodników to niekiedy mówię: dobrze wam tak – po cholerę było się w ogóle żenić, barany?), ale w niczym absolutnie nie przeszkadzają, a ich dążenie do uznania społecznego i równouprawnienia popieram – włącznie z osławionym parytetem.

Oni twierdzą, że seks ma służyć prokreacji – ja uważam, że seks ma służyć seksowi, to jest przyjemności. Oni mówią, że in vitro jest niemoralne – ja je uważam za wielkie osiągnięcie nauki. Oni są przeciw aborcji – a ja im mówię: jak jej nie chcecie, to jej sobie nie róbcie; wasza sprawa. Krótko mówiąc: człowiek jest właścicielem swojego ciała

Oni pieją peany na część rodzin wielodzietnych – ja upodobaniom do mnożenia własnych genów się dziwię; i nie jest to dla mnie żadna wartość, a co najwyżej kosztowne hobby (niestety, uprawiane głównie przez nieuświadomionych nędzarzy).

Oni uważają, że Okrągły Stół – to była haniebna kapitulacja i bratanie się masonów ze zbrodniczymi komuchami w niecnych celach – ja jestem pewien, że był to jedno z najdonioślejszych wydarzeń w historii Polski, dowód rzadkiego w naszym kraju rozsądku politycznego i racjonalizmu.

Różni nas więc wszystko.

I teraz konkluzja: nie ma zadania ważniejszego w tej sytuacji, niż zrobienie wszystkiego, by oni przegrali po kolei wszystkie wybory: prezydenckie, samorządowe i parlamentarne. Im bardziej kompromitująco przerżną – tym lepiej. W obliczu zagrożenia przestaje być ważne kto wygra; ważne jest tylko to, kto przegra. To jedno.

Nie ma co zatem rozpraszać głosów; tak więc, choć wobec różnych zachowań Platformy i jej działaczy można mieć zastrzeżenia – czasami całkiem spore – to należy w najbliższych wyborach zagłosować na Bronisława Komorowskiego. Choćby tylko dlatego, że inni nie mają żadnych szans i robienie demonstracji z głosowaniem właśnie na nich byłoby tylko głupim marnowaniem kartki wyborczej. Jeśli uda się doprowadzić do tego, że Komorowski wygra w pierwszym starciu – będzie to ciężki cios dla bubków z PiS-u. Spróbujmy go zadać!

A swoją drogą – jeśliby panowie Napieralski, Olechowski i Pawlak (o reszcie nie mówię, bo to plankton) zrozumieli sytuację i wycofali się z wyborów, wzywając swoich zwolenników do przerzucenia głosów na Komorowskiego – to zapisaliby się złotymi głoskami w historii Polski.

Reblog this post [with Zemanta]
Reklamy

64 myśli na temat “Larum grają

  1. Leszek Miller na swoim blogu przypomniał kandydatowi Komorowskiemu jego wystąpienie po powodzi w 1997,

    W moim przekonaniu, jeśli istnieją instrumenty prawne, które stwarzają przynajmniej szansę na to, że ludzie będą się czuli zabezpieczeni, że ktoś w sposób nadzwyczajny działa, a tego oczekiwano w Polsce, to należało z takich instrumentów skorzystać. Jeśli na dodatek stwarzają one realną szansę skuteczniejszego zarządzania niektórymi obszarami, tym bardziej należało z tego skorzystać. Nie wolno się bać prawa stworzonego w innych warunkach politycznych, do innych spraw powołanego – i diabeł może nosić cegłę na budowę kościoła. W moim przekonaniu nawet wprowadzenie godziny policyjnej mogło uchronić obszary objęte ewakuacją przed grabieżą, przed szabrunkiem.

    Zastanawiałem się także, skąd się bierze taka niechęć do przepisów stanu wyjątkowego. Myślę, że to jest trochę tak, że z przepisów stanu wyjątkowego na pewno by wynikało jedno: wzięcie pełnej odpowiedzialności przez administrację państwową, rząd za to, co się dzieje na terenach objętych klęską powodzi.
    Poseł Bronisław Komorowski – Koło Konserwatywno-Ludowe
    http://leszek-miller.blog.onet.pl/Opozycja-i-powodz,2,ID406896981,n

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.