Pora coś napisać…

{{en icon}} Jack of the President of the Repub...…choć, prawdę mówiąc, nie jest to łatwe. Funeralny serial już właściwie za nami, ale sytuacja się nawet nie zaczęła krystalizować. Centrum uwagi zaczynają powoli zajmować nadzwyczajne wybory prezydenckie.  Ma kandydata z całą pewnością SLD – to Napieralski; z dużym prawdopodobieństwem pozostaje kandydatem już zgłoszony Olechowski, podobnie Komorowski – ale zarówno w pierwszym, jak i drugim wypadku nie jest to 100% pewności. Olechowski może nie zebrać 100000 podpisów (choć w mojej opinii raczej zbierze); Komorowski może ulec ostrej strzelaninie propagandowej i wycofać kandydaturę w imię “przyzwoitości” (lub, jeśli kto woli, ulec szantażowi pismanów). Dorn, Jurek, Nałęcz i paru innych dali sobie – i słusznie – spokój: to była czysta egzotyka.

I co zatem w tej sytuacji?

Obawiam się, że przed nami po prostu jatki. Jeżeli z ramienia PiS-u stanie w szranki wyborcze Jarosław Kaczyński, to będziemy świadkami mordobicia politycznego, przy którym afera z “dziadkiem z Wehrmachtu” będzie przysłowiowym “małym Pikusiem”. Nie ma bowiem możliwości, by ten kandydat nie zagrał na nucie “jedynie słusznej” polityki historycznej i histerycznego szowinizmu, zaprawionego Wawelem. Kaczyński oczywiście sromotnie przegra, bo jego ideologii znakomita większość ludzi myślących ma serdecznie dość, ale co narozrabia – to narozrabia.  Obawiam się, że będziemy po tej bijatyce lizać rany ładne parę lat.

W mojej opinii jedynym kandydatem na prezydenta, który ma pełne szanse wyboru, jest Bronisław Komorowski. Dla mnie jest on po prostu mniejszym złem: wolałbym oczywiście kogoś z daleko większym dystansem od Kościoła, tradycyjnie pojmowanego patriotyzmu i “styropianowego etosu”, ale sądzę, że ani Olechowski, ani Napieralski szans nie mają. Ten pierwszy – bo jest za dobry, zbyt niezależny i – jak na polskie warunki – zanadto “luzacki”; ten drugi, bo nie ma charyzmy i jest, prawdę mówiąc, co najmniej 15 lat za młody.

Mam, naturalnie, swój ideał prezydenta. I mam pełną jasność, że w ciągu najbliższego półwiecza nikt taki do Pałacu Namiestnikowskiego się nie wprowadzi. Ale pomarzyć – wolno.

Chciałbym tedy, by mój prezydent był, po pierwsze, nieagresywnym ateistą. Chciałbym przy tym (to “pierwsze a”), by miał kolosalne poczucie humoru. Po drugie, nie miałbym nic przeciw temu, gdyby miał – powiedzmy – ze cztery żony (w tym ostatnią ze 25 lat młodszą) i był przy tym kompletnie bezdzietny. Z uznaniem bym powitał u niego różne słabości – powiedzmy, umiarkowane zamiłowanie do hazardu i alkoholu. Chciałbym, żeby władał biegle przynajmniej trzema językami i miał doktorat z jakiejś sensownej dyscypliny naukowej (przyrodniczej, albo ścisłej – niemile widzę nauki społeczne czy ekonomiczne). Powinien mieć duże obycie międzynarodowe, co objawiłoby się przynależnością do paru ważnych międzynarodowych organizacji, najlepiej naukowych. Nie byłoby źle, gdyby pochodził z rodziny, w której – przynajmniej w linii męskiej, ale tu się nie upieram: gdyby w żeńskiej, to jeszcze lepiej – od jakichś pięciu pokoleń byliby sami inteligenci. Żadnych chłopów pańszczyźnianych, żadnych meneli, żadnego proletariatu. Trzy pokolenia z doktoratami byłoby w sam raz. Wolałbym, by nigdy nie był on, ani nikt z jego bliskich, związany w żaden – formalny, czy nieformalny – sposób z Kościołem ani “Solidarnością”…

Nie przeszkadzałoby mi w żaden sposób, gdyby miał przodków niepolskich. Ani gdyby on, albo ktokolwiek z jego bliskich był tak czy inaczej związany z PRL.

Ale mam pełną jasność: tak być nie może. Więc wychodzi na to, że chyba jednak tylko Olechowski albo Bronek. Aby nie Jarosław, zgrozo; to najważniejsze. Ani nikt z jego ćwierćinteligenckiego gangu.

Reblog this post [with Zemanta]
Advertisements

24 thoughts on “Pora coś napisać…

  1. B.M.:

    …będzie przysłowiowym “małym Pikusiem”.

    Ja nie na temat, ale jakie znasz przysłowia o małym Pikusiu?

    z.

    1. Powiedzenie o czymś, że jest „przysłowiowe” nie oznacza, że to coś występuje w jakimś przysłowiu; może to być również popularne powiedzenie czy zwrot, przy czym niekoniecznie z języka literackiego. Określenie „mały Pikuś” jest zaczerpniętym z języka potocznego stwierdzeniem, że coś jest mało ważne, nieistotne; użycie go jest tym bardziej uzasadnione, iż zostało ono ostatnio silnie wyeksponowane w pewnym spocie reklamowym. Ponownie serdecznie doradzam Drogim Korespondentom, by w kwestiach językowych darowali sobie uwagi, a już szczególnie złośliwości. Łatwo się nadziać.

      1. Oczywiście, zastosuję się do zaleceń gospodarza blogu i nie będę ciągnąć dyskusji (o ile nie zostanę do tego expressis verbis zachęcony), a jednak nie przyznaję się do błędu. Zawsze zaglądam do słownika zanim komuś wytknę błąd językowy, co wiele razy uchroniło mnie już przed „nadzianiem się”, a przede wszystkim przed popełnieniem nieuprzejmości wynikającej z niechlujstwa. Moja nieuprzejmość wynikała z szacunku dla Autora i jego — zazwyczaj — pięknej polszczyzny.

        Także tym razem zajrzałem i sprawdziłem, a nawet znalazłem przykłady bardzo podobnych, błędnych sformułowań.

        Na usprawiedliwienie swojego czepialstwa chciałbym zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze, wyróżnikiem lewicy jest oczytanie i umiejętność posługiwania się piękną polszczyzną (można rzec, że nieumiejętność posługiwania się piękną polszczyzną po prawej stronie polskiej sceny politycznej jest wręcz przysłowiowa). Nie inaczej jest w przypadku Autora tego bloga, i właśnie dlatego niepoprawne — w moim mniemaniu — użycie słowa „przysłowiowy” wpadło mi w oko (nie: „wpadło mi w przysłowiowe >>oko<<").

        Po drugie, sam posługuję się z dnia na dzień coraz gorszym językiem. Proszę mnie zrozumieć — dzięki takim blogom jak IOM podtrzymuję swój aktywny kontakt z językiem polskim i uczę się poprawnej polszczyzny.

        1. ztrewq, chyba jednak nie zawsze zaglądasz do słownika, skoro w tymże dość jasno stoi:
          przysłowiowy
          1. «dotyczący przysłowia»
          2. «powszechnie znany»

        2. mely :
          ztrewq, chyba jednak nie zawsze zaglądasz do słownika, skoro w tymże dość jasno stoi:
          przysłowiowy
          1. «dotyczący przysłowia»
          2. «powszechnie znany»

          Mely,

          Poprawne użycie przymiotnika „przysłowiowy” w drugim słownikowym znaczeniu zademonstrowałem w zdaniu „nieumiejętność posługiwania się piękną polszczyzną po prawej stronie polskiej sceny politycznej jest wręcz przysłowiowa”. Czy myślisz, że przypadkowo użyłem tego właśnie sformułowania?

          Zdania takie jak „wpędzić kogoś w przysłowiowy >>kozi róg<>małym pikusiem<<" nie są poprawne, a co gorsza — bardzo często napotyka się na nie w gazetach.

          Pozdrawiam,
          z.

  2. Żartować Pan raczy w tak paskudnej sytuacji.Ale jeśli marzymy to…
    Mnie marzy się brak…prezydenta.Byłam zniezsmaczona gdy panował jako druga władza śp LK bo sprawował ją na zasadzie „a moje na wierzchu” a to doprowadziło aż do nieszczęscia.No i ten drugi obfity dwór z przesadną liczbą dworzan( jeden trafił mu się wspaniały śp Pan Stasiak).
    Po co to wszystko Polsce?!

  3. No jasne, trzy doktoraty. A ja my myślałam, że doktorat (czyli pierwszy tytuł naukowy) robi się po to, aby „robić” w nauce. Oczywiście, zawsze pani „Nauka” może dojść do w wniosku, że to pomyłka i powie „spadaj” i mamy taki „spad” czyli nieudacznika. Trzykrotny nieudacznik. Dobre! – Ale to kwestia, jak się traktuje prezydenturę.

    Trzy żony! No tak, żadna nie wytrzymała więc Naród warto wystawić na próbę. Trochę to sportowe podejście, ale cóż. Już wolałabym czysto męsko – szowinistyczne założenie, że to kandydat nie wytrzymał z żadną z żon, bo była by wtedy szansa, że po raz kolejny nie wytrzyma i obejmie prezydenturę Paleoantrolandii, co zresztą byłoby zgodne z trochę z przemyconą w uwadze do wieku kandydata lewicy, tęsknotą za zamianą konstytucji aby te czynne prawo wyborcze powiększyć o trochę, – tak z +15. Choć pewnie przydałoby się tak około +35, bo wtedy z całą otwartością i szczerze można by wykrzykiwać pełną piersią, że Polska powinna postawić na młodzież.

    Kolosalne poczucie humoru? W kraju smutasów i wrażliwców, niewyżytych autorytarnych dydaktyków choć tylko od nauczania podstawowego, których jak się wydaje każda wypowiedź z przedziału < 25 spycha na pozycje na tyle frustrujące, iż pokłada się nadzieję już tylko w raku jako chorobie cywilizacyjnej, że jak zaatakuje to zniczy. Nawet to rozumiem, bo z pewnym pozycji na nic innego liczyć już nie można. Ale postulat kolosalnego poczucia humoru, raczej skłonna jestem traktować jako Kolosalne Poczucie Humoru Gospodarza tego blogu.

    Wiem, dostanie mi się, ale i tak pozdrawiam.

    1. Moniko: naprawdę, okrrropnie Panią lubię, więc nie ma mowy, że się Pani cokolwiek „dostanie”. Przyjąłem do – jak to się mówi w kręgach politycznych – „akceptującej wiadomości” Pani perfekcjonizm, przerażającą wiedzę oraz skłonność do dosłowności. Smutno mi tylko (ale mam nadzieję, że w miarę upływu czasu i wzajemnego korespondencyjnego „docierania” stan ten ulegnie zmianie) bo mógłbym być lepiej rozumiany w różnych moich słownych igraszkach. Skoro jednak nie jestem – tedy moja wina wyłączna i trzeba pewne rzeczy wyjaśnić explicite.
      Więc tak: ludzie, którzy mnie dobrze znają, wiedzą o moich pewnych wyrozumowanych skłonnościach do przesady. Otóż jak mówię 100, to bardzo często mam na myśli 70, a wystarczy mi 50, chwyta Pani? A mówię 100, bo lubię sprowokować, najlepiej do myślenia.
      Do konkretów: pisząc o tych czterech żonach (mogą być mężowie, partnerzy/partnerki itp. – nie chodzi tu o płeć ani formalność związków) miałem na myśli to, że w Polsce (nie tylko, ale o nią mi głównie idzie) przywiązuje się wagę do – np. – wierności małżeńskiej polityka; tak, jakby miało to mocą samej zasady jakikolwiek wpływ na jego decyzje państwowe. Czasem może i ma (nepotyzm), ale od takich przypadków powinny być odrębne przepisy i reguły, nieprawdaż? A osoba z paroma partnerami, w dodatku nieszczególnie odporna na inne uroki życia, zna po prostu jego smak; chciałbym otóż, żeby mój wyśniony prezydent nie był nudnym moralistą – a już z pewnością nie jakimś Savonarolą – i życzliwie rozumiał ludzkie słabości i upodobania; nawet wówczas, gdy pozostają one w pewnej sprzeczności z jakimiś Przykazaniami. Widzi Pani: ja organicznie nie znoszę, gdy ktoś – obojętne jak dostojny i utytułowany – o czymś mnie chce pouczać.
      W kwestii wykształcenia: ależ ja nie chcę, żeby kandydat miał własnoręcznie trzy doktoraty! Wystarczą mi trzy w pięciu pokoleniach, licząc od Niego wstecz; a prawdę mówiąc, jestem skłonny ograniczyć się do minimalistycznego spodziewania, by w każdym z poprzedzających Go czterech pokoleń zwykła większość miała wyższe wykształcenie….
      Co do wieku kandydata: niech sobie pozostanie w Konstytucji jaki jest; ja tylko melduję prywatnie, że tym razem nie zagłosuję na osobę poniżej 50 roku życia. Następnym razem, jak się nam pojawi jakiś Obama albo choćby Kennedy – rozważę problem w atmosferze życzliwości. Jasne?
      Co zaś się tyczy poczucia humoru: tu, niestety, podzielam Pani pesymizm. Ale dałem temu (i nie tylko temu) wyraz we wstępie do mojego prezydenckiego snu. On jest nieziszczalny. oczywiście. Ale co z tego? Wsiech nie […] – no striemitsia nada, jak mówią moi rosyjscy przyjaciele.

      1. Jeżeli chodzi o prezydenta z doktoratem, to teraz dopiero jestem w stanie zrozumieć Pański ból po ostatniej nieszczęśliwej stracie, choć nie pamiętam, aby go (ten ból) kiedykolwiek uzewnętrznił. Rozumiem, że tym bardziej Pan cierpi.

        Słyszałam o jednym takim, co to w jego rodzinie handlowano pierzynami, a wyrósł na całkiem rozsądnego faceta, choć nie zdecydował się być politykiem. Einstein mu było. Więc myślałam, że można by zaniedbania z przeszłości nadrobić i trzy doktoraty walnąć. Teraz to nie takie trudne, Choć ja, co? Niby minimum doktorat od pokoleń, a kwiaciarką zostanę. Zatem: nie widzę reguły, bo osobiście wolałam (patrząc historycznie) tego z wątpliwym, (czy raczej bez) magisterium i nie tylko z powodu błękitnych oczu, ale po prostu mówił bardziej z sensem niż ten z doktoratem.-:)
        Ale jak zrozumiałam z pańskiego snu o Pańskim prezydencie to poprze Pan kandydata bezdzietnego z doktoratem jak tylko taki się pojawi? -:) Przynajmniej będzie się legitymował dwoma warunkami z tych co Pan postawił.

        Żoną, może kiedyś będę, nie wiele o tym wiem, Ale nie dopuszczam, aby nabierało się kwalifikacji prezydenckich dopiero po zatruciu życia kolejnym żonom, by dojść do wniosku, że nie ma poco tracić siły na jednostki, jak można by to robić wszystkim na raz, bo wtedy dopiero można się wykazać!!! -:) W każdym razie staram się zrozumieć – ten męski punkt widzenia. Tyle, że kto co lubi. -:) Ale biorąc w ochronę ewentualne trzy kobiety, chyba przychylę się do tego samego kandydata co Pan, choć z innych względów, bo stawiając na kawalera. -:)

        Z kolei z tym, co ja myślę jest tak; że myśląc (wiem nie wiarygodne, i wbrew regule) wnioski formułuje podnnosząc do sześcianu. Ale muszę, bo kto by tam się zdaniem blondynki przejmował. Poza tym miły Panie, proszę mi nawet nie sugerować , że mogłabym nie traktować Pana serio a zwłaszcza tego co Pan pisze (to znaczy na 50 ze 100 tu).-:) Inaczej mnie wychowano. Zauważył Pan błędy? Chyba wytknę to Ojcu przy najbliższej okazji. -:). Dobrze chwytam??? -:)
        Ciekawe jest to co Pan napisał o prowokowaniu. Nie wierzę. Sama nigdy, ale to przenigdy bym się na to niezdobyła bo nawet nie wiem jak jak się do tego zabrać, ale uczę się i może już niedługo??????

        1. Moniko: poddaję się. 1:0 dla Pani, szczególnie z tym doktoratem. Ale, cholera, czy Pani zawsze musi mieć rację? A mając ją, okazywać? Mnie to nie wadzi, wręcz zachwyca i bawi, ale Pani sobie potwornie skomplikuje życie…
          Daję słowo, strategia Apolla z Bellac (przewrócić oczami mówiąc „o Boże, jaki Pan jest potwornie inteligentny”) daje życiowo dużo lepsze efekty…

  4. Drogi Panie bardzo dobrze napisane…Mnie również marzy się ktoś kto potrafilby odciąć ten biskupi ogon ciągnący się za Prezydentem i nie tylko dookoła.

    Co do żon to tez mi się podoba…..Powinien to być człowiek przedewszystkim normalny.u nas zaś u progu kampanii wyborczych kandydaci zaczynają brać „zaległe” śluby kościelne,rozjeżdzają się po wszelkich miejscach kultu reklamując np.”święte” telefony itd…

    W austrii jakieś 20 lat temu kanclerzem został p. Thomas Klestil, człowiek o ile sobie przypominam rozwiedziony i było to normalne……ale na naszym podwórku..to hoho……koniec kariery chyba!?

    Pozdrawiam!

  5. Taki cyborg (może poza autorem) nie istnieje 🙂 Jest to nierealne w społeczeństwie, gdzie osoba po studiach, zwycięzca kilku „assesmentów”, w czasie mojej zawodowej prezentacji, zadała mi wczoraj pytanie: co to jest średnia arytmetyczna ? Niedługo to będziemy się cieszyć z każdego „piśmiennego”.

    Dlatego proponuję najuczciwsze demokratyczne wybory – losowanie numeru PESEL pośród wszystkich obywateli, mających bierne prawa wyborcze w temacie „prezydent” 🙂

    Szansa, że trafi na Pana jest pewnie zbliżona (nie znam danych demograficznych, ilu mamy obywateli > 35 roku życia, nie pozbawionych praw wyborczych) do trafienia w 6-tki w lotto w pojedyńczym zakładzie – jakieś 1:12800000

    Pozdrawiam

    1. Parę rzeczy się faktycznie zgadza, choć zgoła nie wszystko. Ale mnie ten job nie interesuje, nawet jeśliby ktoś (w co wątpię) uznał taki ewenement za możliwy: za bardzo trzeba trzymać jęzor za zębami i uważać na zakrętach. Nie chciałoby mi się. Więc tniutniam tę posadę. A poza tym mam jeszcze słabszą głowę, niż Kwaśniewski, a upodobania i poczucie humoru – podobne…
      Tu muszę coś dodać: mój ukochany, wielokrotnie tu przywoływany przyjaciel, zapytany w młodości, kim chciałby być, odparł: najmłodszym synem króla. Same przyjemności, żadnych obowiązków. I o to chodzi, o to chodzi.

    1. 1. A jest jakaś „ona” na horyzoncie?
      2. Oczywiście, mógłbym napisać kandydat/kandydatka lub „prezydentka”. Ale, sorry, uważam to za idiotyzm. Dla myślącego człowieka płeć (upodobania seksualne itp.), jest w takich sytuacjach po prostu totalnie bez znaczenia, a oczywistości nie trzeba podkreślać.
      PS. „Ona” mogłaby być; ale zdaje się, że nie chce, niestety. Bo osobiście zrobiłbym dla niej wszystko: to prof. Ewa Łętowska…

      1. Ad.1.
        … „Ale wszak piszę: it’s only a dream…” – Twoje wlasne slowa! 🙂

        Ad.2.
        To tez raczej jakies marzenie, ktore w ciagu najblizszego polwiecza tez sie nie spelni. A w tym idealnym – swiecie zupelnie sie zgadzam. Poki co zmiana jezyka moglaby pomoc w #1.

        No i cztery zony (czterech mezow), hazard i alkohol jakos bardziej wskazuja jednak na mezczyzne (nawet jesli czyta to myslacy czlowiek).

        Ad.PS. Czyli jednak nie #2!

        1. A niby dlaczego kobita nie ma mieć czterech mężów, pić whisky i grać w pokera? Sam znałem ze trzy takie i przyznam, że to były szalenie ciekawe i inspirujące znajomości… & miłe.

      2. Po entuzjastycznej reakcji na odpowiedz pana Bogdana dochodze do wniosku, ze moja ocena autora oraz czytelnikow blogu byla zdecydowanie zbyt pochopna.

        Wszystkich, ktorzy czytajac (piszac) opis prezydenta mieli przed oczyma zarowno kobiete jak i mezczyzne bardzo serdecznie przepraszam!! My bad!!

  6. Czyli trzy doktoraty – dziadka, ojca i własny. 🙂
    Przy wszystkich powyższych warunkach chyba wyjdzie zbiór pusty, niestety.

  7. Pański wymarzony kandydat mógłby być także moim wymarzonym kandydatem.
    To już dwa głosy ma!

  8. Przy takich wymaganiach (hm, 4 żony i doktorat z dziedzin „trudnych”… jest ktoś taki w perspektywie chociaż?) pozostaje nam ogłoszenie konkursu na to stanowisko.

    1. Czy ja mówię, że znam kogoś takiego? A otwarty konkurs na stanowisko prezydenta – to wcale nie jest głupi pomysł, jak sądzę. Niby dlaczego mają kandydaturę zgłaszać „grupy wyborców” albo partie polityczne? I niby dlaczego bez żadnych niemal warunków wstępnych?

Możliwość komentowania jest wyłączona.