„Wprost” mi zlustrował koleżankę…

W dzisiejszym “Wprost” – lustracja Ireny Dziedzic. Znam ją od pół wieku, choć nasze kontakty stały się bliższe dopiero od momentu, w którym oboje znaleźliśmy się na emeryturze. Pani Irena została kilka lat temu oskarżona o współpracę z SB jako TW “Marlena”… – Rany Boskie, panie Bogdanie – powiedziała potem do mnie – czy pan znając mnie tyle lat uwierzyłby, że zgodziłabym się na taki kretyński, na kilometr cuchnący prowincjonalnym tłukiem pseudonim?

Nie uwierzyłbym. Irena Dziedzic ma niesamowicie rozbudowane poczucie godności własnej i pedantycznie dba – od zawsze – o swój wizerunek; czasami mnie to nawet lekko irytuje i powiadam jej – mogłaby pani na to czy tamto machnąć ręką; ale ona nigdy ręką nie macha na nic.  Ta “Marlena” w tym kontekście jest po prostu nie do wyobrażenia. Nigdy by sobie na to nie pozwoliła; a to oznacza, że jeśli coś tam w Instytucie Pomówień Narodowych na nią mają, to zostało to sprokurowane poza nią, jestem o tym głęboko przekonany.

Nie mają w IPN żadnego zobowiązania do współpracy. Nie mają pisanych ręką pani Ireny żadnych raportów. Mają – ponoć – jakieś kwity na odbiór pieniędzy, podpisane jej ręką. Podpisane regularnym, ręcznym pismem. Tyle, że od półwiecza pani Irena nie pisze zwykłym pismem, tylko literami drukowanymi… Tyle, że – jak mi mówi – na żadnym kwicie nie ma specyfikacji: za co mianowicie wzięła te pieniądze. A w owych czasach  – chodzi o  lata sześćdziesiąte – jak się na przykład dostawało skierowanie na wczasy w Bułgarii (jasne, że niedostępne dla tzw. normalnego człowieka, ale przecież pani Irena była na tamtą porę MEGAGWIAZDĄ), to się dostawało również jakieś drobne, czasem w dewizach na wydatki; trzeba to było naturalnie pokwitować. Nikt się przecież nie pytał czy pan, któremu się kwituje, ma jakiś stopień w “odpowiednich służbach”; może i miał, no i dobra.

Zapewniam, że dla ówczesnej władzy zaszczytem było pójść w czymkolwiek na rękę takim ludziom, jak pani Irena czy mój nieżyjący przyjaciel, legendarny prezenter teleturniejów Ryszard Serafinowicz (dostał po kolei w ciągu trzech lat “od Wieczorka” – tak się nazywał ówczesny dysponent tych dóbr, szef URM – chyba ze cztery samochody), nie mówiąc już o znanych pisarzach, aktorach, artystach… A Serafinowicz nie tylko nie był miłośnikiem PRL, ale nawet został w określony sposób “skłoniony” do opuszczenia jej granic po Marcu; wiem coś o tym, sam go odprowadzałem na słynny Dworzec Gdański…

Niemal wszyscy tacy ludzie dostawali samochody, mieszkania, czasem wręcz wille, wczasy krajowe czy zagraniczne oraz dewizy na wyjazdy. Głównie przez Urząd Rady Ministrów; ale kto zagwarantuje, że za tymi bonusami nie stały i nie rejestrowały ich odpowiednie służby? Pewno czasami takie bonusy pokrywały “inne zasługi”, ale najczęściej były wyrazem bałwochwalczego wręcz stosunku władz PRL do środowisk twórczych. I wcale niegłupiego z punktu widzenia – jak byśmy dziś powiedzieli – public relations podlizywania się kręgom opiniotwórczym.

Uwierzcie mi: kto nie podpisywał żadnych manifestów, nie organizował demonstracji, nie drukował “samizdatów” i tak dalej – mógł z łatwością żyć jak pączek w maśle. I wielu wybierało takie właśnie życie; można to oceniać naturalnie negatywnie (ja tak nie oceniam), ale od tego do kablowania na kolegów droga naprawdę bardzo daleka…

Anegdota, charakteryzująca ówczesne układy władzy ze środowiskami twórczymi. Nie uwierzycie, ale jeden z moich ówczesnych kumpli swój najlepszy samochód, pożądaną przez nas wszystkich najnowszą “renówę”… wysiusiał sobie u premiera. Łaził za Cyrankiewiczem – znanym z poczucia humoru – po Sejmie i starał się dopaść pana Józefa w parlamentarnym kibelku; wreszcie udało się. Stali tak obaj panowie ze swoimi instrumentami w dłoniach, wreszcie kumpel bezczelnie zagaił: – co ja będę miał z tego, że lałem z premierem PRL? Cyran ryknął śmiechem i spytał – a co redaktorze chcecie? – Jak mam pana dobrze wspominać, to renówka szesnastka będzie akurat – odparł kolega. I za tydzień jeździł… No i pewnie odbiór tej bryki komuś kwitował…

Tak więc – pokwitowania na cokolwiek o niczym kompletnie nie świadczą. Tym bardziej, że w wypadku pani Ireny chodzi o sumy wręcz przy jej ówczesnych oficjalnych i legalnych zarobkach komiczne. Nie były to zresztą – trzeba z miejsca powiedzieć – zarobki w jakikolwiek sposób porównywalne z sześcio- i siedmiocyfrowymi dochodami dzisiejszych gwiazd, ale w stosunku do średniej krajowej jednak bardzo znaczące. Czy człowiek z takimi apanażami, nie mający najmniejszych problemów finansowych, schylałby się po jakąś głupią pensję kolejarza? Ryzykując swoim dobrym imieniem?

Proces lustracyjny Ireny Dziedzic toczy się na jej wniosek. Irena Dziedzic w czerwcu skończy 85 lat. Trzyma się zresztą świetnie, zarówno fizycznie, jak i intelektualnie. Ot – dobre kresowe geny. Czy sądzicie, że gdyby miała coś “za uszami”, to rozpętywałaby dziś wokół siebie burzę medialną? Dziś, gdy o idiotycznej aferze z TW “Marleną” nikt już nie pamięta?  Po co?

Tylko po to, by chronić swoje dobre imię, z czego już w dzisiejszych czasach zresztą żaden bonus nie wyniknie.

No, ale dla naszych skretyniałych lustratorów to właśnie jest najlepszym dowodem, że jest coś na rzeczy.

A “Wprost”, mimo zmiany właściciela i szefa, jak było obrzydliwe, tak i jest nadal. Jak czytam, że pismo “dotarło do materiałów IPN” i pomyślę o metodach tego “docierania”, to niedobrze mi się robi.  Przy okazji lustracji pismo wylało jeszcze na panią Irenę kubeł pomyj, zupełnie bez związku ze sprawą. No bo, rzecz jasna, trzeba “scharakteryzować psychologicznie” bohaterkę, rozumiecie…

Trzem paniusiom, które popełniły ten tekst powiem tylko tyle: żebyście się, panie kochane, us…, to i tak żadna z was pozycji zawodowej Ireny Dziedzic nie osiągnie. Was już nie będzie na świecie – a ona jeszcze będzie legendą. Ja wiem, że taka świadomość boli. Ale to nie usprawiedliwia takich ręcznych robótek, jakie wykonujecie w tym tygodniku.

Advertisements

22 thoughts on “„Wprost” mi zlustrował koleżankę…

  1. B M :
    Irena ma całkowitą rację: Marlena mogłaby mieć na imię jej pokojówka, nikt z towarzystwa z tego pokolenia. A Irena jest klasyczną “panienką z polskiego dworku”. Przybranie przez nią pseudonimu “Marlena” (pragnę zauważyć, że TW musiał zaakceptować pseudonim) jest równie prawdopodobne, jak puszczenie bąka w salonie.

    Chyba że… najciemniej jest pod latarnią ;))

  2. Szkoda tylko, że tak zacna persona musi spotykać się w sądzie z obszczymurami z IPN-u. Życzę Jej, aby doczekała zakończenia sprawy, bo prześladowcy będą robić wszystko, aby zgodnie z kretyńskim prawem uniknąć odpowiedzialności za swe obrzydliwości przedłużając procedurę sądową w nieskończoność.

  3. Pani Irena ma 85 lat? To zakrawa na kolejny akt nekrofilii sprokuraowany przez IPN
    „temi ręcami” młodych, ktorzy z własnej, nieprzymuszonej woli, nie mieliby pojecia o istnieniu postaci. O ocenie Jej życia nie mówiąc.

  4. A nie jest to przypadkiem chęć ratowania podupadającego tytułu i malejącego nakładu? Uderzenia w polityków niewiele dają, a i są groźne, bo polityk może oddać. Atak na kogoś z mediów może być bezpieczny, a w przypadku osób o takim dorobku dodatkowo może się redakcji opłacać.

  5. Mógłby pan się zdecydować, kto zlustrował pana koleżankę – „Wprost”, czy IPN? Argumenty, które pan przedstawił są dość racjonalne, ale za ich interpretację należałoby raczej rugać gazetę a nie instytut. Chyba, że ma pan dowody na to, że historycy pomagali autorce artykułu analizować dokumenty.

    1. Obie te „instytucje” uczyniły to – bez wątpienia – razem. Czy Pan sądzi, że dziennikarze – zwłaszcza młodzi, którym nazwiska starszych kolegów nic już, niestety, nie mówią – przekopują się z własnej inicjatywy przez archiwa IPN, by „nakryć” na bardzo wątpliwych naruszeniach moralności i etyki ludzi, od lat pozostających poza sferą zainteresowania publicznego? To chyba jest Pan bardzo naiwny. Oczywiście, że u początku takich akcji „demaskacyjnych” jest działanie kogoś innego; najpewniej tego, kto wie o istnieniu określonych zasobów. Albo wręcz jest ich dysponentem…

  6. B M :
    Ależ oczywiście, trafił Pan w sendo: jestem megalomanem. I pyszałkiem. Mam też (uzasadniony) przerost ambicji i całkowity brak poczucia humoru. Ponadto jestem całkowicie amoralny i z gruntu kosmopolityczny.

    A mógłby mi Pan zrobić frajdę i dostawić te informację w ‚informacjach o autorze’?
    Chociaż – w brak poczucia humoru nie wierzę!

      1. Przepięknie, dziękuję!
        Braku poczucia humoru Pan nie wpisał, miałe więc chyba rację.

  7. Wie Pan może, dlaczego Maria Magdalena Dietrich przedstawiała się jako Marlena?
    Może chciała się plebsowi przypodobać takim cuchnącym prowincjonalnym tłukiem pseudonimem?

    1. Wiem. Bo jest to połączenie dwóch jej imion i estradowe „nome de guerre”. Natomiast widoczna w tym komentarzu złośliwość jest bez sensu: jest ahistoryczna. Dziś – od dawna zresztą – imiona takie jak Marlena, Marzanna, Iwetta, itp., są pretensjonalne i prowincjonalne. Niektóre z nich kiedyś tam nie miały takiego odcienia; dziś mają. Może za 30 lat znów nie będą miały. Irena ma całkowitą rację: Marlena mogłaby mieć na imię jej pokojówka, nikt z towarzystwa z tego pokolenia. A Irena jest klasyczną „panienką z polskiego dworku”. Przybranie przez nią pseudonimu „Marlena” (pragnę zauważyć, że TW musiał zaakceptować pseudonim) jest równie prawdopodobne, jak puszczenie bąka w salonie.
      Jeszcze jedno: jak wiadomo, pierwszy, kto się zachwycił Księżycem w pełni, był poetą. Następni są tylko kiepskimi naśladowcami; to samo dotyczy imienia Marlena…

      1. Zadziwia mnie łatwość, z jaką Pan klasyfikuje ludzi. Jednych nie wpuści Pan dalej, niż do przedsionka (jak z Wałęsą?), innych na podstawie imienia potrafi Pan zakwalifikować do takiej a nie innej… hmm warstwy społecznej?
        Może to i elitaryzm ale dla mnie (Pan wybaczy) bardziej megalomania.

        1. Ależ oczywiście, trafił Pan w sendo: jestem megalomanem. I pyszałkiem. Mam też (uzasadniony) przerost ambicji i całkowity brak poczucia humoru. Ponadto jestem całkowicie amoralny i z gruntu kosmopolityczny.

        2. Dyskusja i imionach nie może się obyć bez cytatu z filmu Showgirls. Robert Davi, grający właściciela wesołego lokalu w Las Vegas wyjaśnia nowej o co chodzi z tymi imionami

          Girl-My name isn’t Hope. My name is Penny
          Boss-They want class. They don’t want to fuck a Penny. They want to fuck a Heather or a Tiffany Or a Hope. This is a class joint.

  8. OT:
    niedawno było o kalkach z angielskiego. „Podpisane regularnym, ręcznym pismem” – chyba jednak „zwykłym”, czy „regularny” to nie kalka z angielskiego, czy po polsku regularny nie oznacza periodyczny o stałym okresie?

    1. Nie. SJP PWN: regularny
      1. «powtarzający się w ściśle określonych lub jednakowych odstępach czasu»
      2. «mający kształty podobne do figur geometrycznych lub proporcjonalny, symetryczny»
      3. «wykonywany lub odbywający się według ustalonego planu»
      4. «zgodny z jakimiś regułami»
      5. «normalny, typowy»
      I powiem nieskromnie: w kwestiach językowych na ogół nie warto ze mną dyskutować. Wiem, co robię.

      1. Ciekawe, czy to znaczenie jest uważane za zgdone z regułami od dawna, czy to świeży nabytek.

        Dla mnie w każdym razie „regularny” w znaczeniu „zwykły” brzmi źle – ale to jak widać kwestia indywidualnych upodobań.

        1. Ale w przypadku charakteru pisma „regularny” to nie „zwykły”, tylko „proporcjonalny, symetryczny”.

  9. Najwyraźniej „Wprost (do haźla)” bardzo martwi się tym, że IPN wkrótce nie będzie mógł, by chciał. Panią Irenę niezwykle szanuję, kubły wprostowych pomyj niczego nie zmienią. A sam szmatławiec (bo tak należy nazwać poziom tego pożal-się-Boże tygodnika) poprzez takie teksty sam sobie wystawia „laurkę”.

Możliwość komentowania jest wyłączona.