Symbol stanu wojennego zabiera głos

baranski Jeśli ktoś zasługuje na miano dziennikarskiego symbolu stanu wojennego, to chyba najbardziej Marek Barański.

Napisałem to zdanie i natychmiast doszedłem do wniosku, że jest ono w dużej mierze bez sensu. Ani bowiem Marek nie pojawiał się po 13 grudnia na ekranie telewizora w mundurze (co podobno jest czynem hańbiącym i stygmatyzującym, choć – jako żywo – nie mam pojęcia dlaczego), ani nie pełnił jakichś szalenie wysokich funkcji kierowniczych (swoją drogą, czy ktokolwiek w ogóle pamięta, kto podówczas był naczelnym DTV? Albo – oczko wyżej – szefem zespołu programu telewizyjnego? A to przecież byli właściwi decydenci…). Marek był po prostu w DTV redaktorem-wydawcą, czyli w dniu swego dyżuru odpowiadał za dobór tematów i układ ich kolejności na antenie w postaci tzw. szpigla) i od czasu do czasu komentatorem. W sumie – typowy średni szczebel. Było takich co najmniej kilku. Dlaczego więc padło na niego?

nogi-pana-boga-marek-bar_2661 Odpowiedź na to pytanie znajduje się częściowo w najnowszej książce Marka “Nogi Pana Boga”. Nie jest łatwo ją kupić; ja sam musiałem składać specjalne zamówienie w Empiku, bo ot-tak, na półce, tego nie ma.

Z miejsca mówię: to dobra, ciekawa, uczciwa i bardzo smutna książka.

Dobra – bo napisana świetnym językiem i bardzo umiejętnie skonstruowana. Czyta się! Dwa wieczory miałem z głowy. Barański jest dziennikarzem o znakomitym warsztacie, z gruntownym wykształceniem polonistycznym, które w tej książce wyraźnie widać. On, w odróżnieniu od większości chyba dzisiejszych żurnalistów telewizyjnych, umie pisać. Jak się zaś do takiego warsztatu doda pasję – musi wyjść rzecz wyborna. Tu przyjął formę zbliżoną do tzw. “powieści z kluczem”, choć wszyscy występują pod własnymi nazwiskami – poza głównym bohaterem, który jednak bez cienia wątpliwości jest autorem; myślę, że Markowi było po prostu stylistycznie wygodniej pisać w trzeciej osobie, i tyle.

Po drugie, jest to książka bardzo ciekawa. Niektóre zawarte w niej sugestie czy przytaczane poszlaki będą miały zapewne dla mniej wyrobionego politycznie Czytelnika (czyli dla większości) wręcz posmak sensacji. Jak choćby spory fragment o osławionym idolu polskiej “patriotycznej prawicy”, “pierwszym Polaku w NATO”, czyli płk. Kuklińskim.  Zdaniem Barańskiego był on najpewniej nie tylko agentem CIA, ale także dwóch wywiadów (czy innych służb specjalnych) “komuszych”, tj. polskiego i radzieckiego. W dodatku był przez te służby starannie chroniony mimo oczywistych dowodów pracy na rzecz przeciwnika; pracy – dodajmy – niekoniecznie ze względów wyłącznie ideowych.

Bardzo interesujące są też rozważania o morderstwie ks. Popiełuszki (z rozmów Marka z różnymi prominentnymi ludźmi tamtych czasów wynika, że za tą zbrodnią najpewniej stały służby ZSRR, wspierane przez “betonowe skrzydło” PZPR), o – wiążących się z tą sprawą – kulisach pozornie samobójczego ujawnienia przez władze PRL tzw. afery “Żelazo”, o roli Kościoła w stanie wojennym… Autor był po prostu niezmiernie blisko tych spraw jako dziennikarz, obdarzany przez ówczesne władze ogromną dozą zaufania.

Ogromną… ale nie całkowitą. Z książki wynika, że Barański jest najwyraźniej w świecie ostro rozgoryczony. On, człowiek bez wątpienia głęboko ideowy i postępujący zgodnie z bardzo wyrazistymi przekonaniami, był przez władze PRL w dużej mierze na zimno i z premedytacją wykorzystywany. Nie o to chodzi, że nie stał się – jakby to elegancko powiedzieć – materialnym beneficjentem swojego zaangażowania, ale o to, że potraktowano go kilkakrotnie jak rodzaj towaru jednorazowego użycia, zapominając nawet powiedzieć proste “dziękuję”, czy choćby “dobra robota, towarzyszu”. Nic dziwnego, że w tej książce o ludziach tzw. lewicy (piszę celowo “tzw.”, bo – podobnie jak Marek – mam w tej kwestii mnóstwo wątpliwości)  jest mało pozytywnych opinii. Autor pisze elegancko i kurtuazyjnie, nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że wielu “towarzyszy z ulicy Rozbrat” ma za skończonych cynicznych dupków. Nie musi używać takich określeń, by było wiadomo, o co chodzi.

Książka Barańskiego jest również uczciwa. Nie ukrywa on swoich poglądów, nie usiłuje w żaden sposób usprawiedliwiać się w oczach współczesnego Czytelnika z bardzo – w jego wypadku – zaawansowanego flirtu z “komuną”. Mówi o sobie samym szczerze, otwarcie i bez owijania w bawełnę; co nie znaczy: bezkrytycznie. Bo jest rzeczą jasną, że ma pełną świadomość, iż parę razy w życiu dał z siebie na osobiste życzenie zrobić idiotę. I właśnie: na osobiste życzenie; nikogo bowiem nie obciąża za to winą, ani nie oskarża. Mówi: wybór był mój, świadomy, choć czasami mylny. Ale mój. Jest po prostu odważny i podchodzi do sprawy po męsku; i z honorem.

Nie napisał też żadnego donosu na nikogo; w ogóle nie pisze o ludziach, a już specjalnie o kolegach, źle. W kilku miejscach da się wyczuć, że z chęcią by temu-i-owemu “towarzyszowi” przyłożył, że pewne zachowania bliskich nawet (zawodowo czy politycznie) osób budzą w nim nawet nieskrywaną pogardę – ale nigdzie nie padają w negatywnym kontekście żadne nazwiska. W pozytywnym – owszem; w negatywnym – nigdy. Co najwyżej – ale to trzeba znać to środowisko od wewnątrz – znamienne jest właśnie to, że niektóre postaci w ogóle się na kartach książki nie pojawiają, są przez autora traktowane jak powietrze.

Mówiąc językiem warszawiaków – Marek jawi się nam na kartach swej książki jako wielce “honorny chłopak” z nizin Gocławia, z których wyszedł własnym talentem i bez żadnej pomocy, zachowując jednak nieznany już dziś etos.

I ostatnie określenie: książka jest smutna. Autor ma brutalną świadomość, że jego droga dobiega kresu i pisze o tym z ekshibicjonistyczną miejscami szczerością; wątek przemijania i fizycznego kończenia życia jest leitmotivem tej powieści-niepowieści. Staje wobec tego kresu dzielnie. Patrzy na swoją drogę życiową i swoje wybory mocno krytycznie. Ale bierze za nie pełną męską odpowiedzialność. I nie można mieć wątpliwości, że nie dokonywał ich koniunkturalnie ani z chęcią budowania jakiejś kariery materialnej.

Nie ukrywam, że Marka znam osobiście, choć niespecjalnie blisko; trudno go nie znać, gdy się ładnych kilka lat pracowało w tej samej instytucji, czyli w Radiokomitecie. Wódki razem nie piliśmy, choć może to dlatego, że – w odróżnieniu od niżej podpisanego – Marek ani jej, ani innych męskich uciech przesadnie nigdy nie lubił. Jesteśmy po imieniu, i tyle. Mijaliśmy się na korytarzach na Woronicza. Bywaliśmy na tych samych zebraniach. Pisywałem niegdyś o nauce  w “Trybunie”, także wówczas, gdy kierował tą redakcją – i czasami rozmawialiśmy o przygotowywanych tekstach. Współpracowaliśmy też przed laty krótko w pewnej agencji prasowej. Nie uważamy się za przyjaciół zatem; ale chciałbym mu powiedzieć, że bardzo go szanuję. A książkę – polecam.

Advertisements

10 thoughts on “Symbol stanu wojennego zabiera głos

  1. żegnam Pana razem z pana przyjacielem Barańskim i kasuję wszystkie linki w komputerze!

  2. Symptomatyczne jest dla mnie, że okładkę zilustrował Andrzej Czeczot, który barwnie opisywał swoje internowanie w stanie wojennym i zgarnianie nocne 13 grudnia roku pamiętnego.

    Czeczot, którego jestem wielkim admiratorem, od lat zresztą zamieszcza rysunki w „Nie”. Tak jak Krauze w Rzepie…

  3. Znam Marka od tak dawna, że początki tej przyjaźni”giną w pomroce dziejów”, jak mi napisał w dedykacji do wcześniejszego „Buntu janczarów”. Sympatyczną i ciepłą dedykacja opatrzył też autorski egzemplarz „Nóg Pana Boga”.Znając go tak długo, tzn. Marka a nie Przedwiecznego,a także niektóre z opisywanych przezeń wydarzeń i ludzi, jestem szczerze przekonany,że pojawiająca się w tej zbeletryzowanej biografii „czarna nić” goryczy jest nieuzasadniona. Życie autora było dotychczas bardzo ciekawe, intensywne, niezwykle pracowite i takie zapewne będzie nadal przez jakieś 200-300 lat. Tak sobie jednak myślę, że po osiągnięciu naszego wieku, ludzi starszych znacznie od piramid, naturalne jest pewne rozczarowanie życiem jako takim, no bo nie tak powinno przecież być, cholera. Tak zapewne myśleli wszyscy uwikłani w działaność publiczną i na kolejnym wirażu przemieleni bez swojej winy przez młyny historii. Stwierdzając, że bieg spraw w skali makro niewiele ma wspólnego z ich intencjami, a także z fundamentalną logiką a bardzo dużo je łączy z chciwością, żądzą władzy i zaszczytów – nawet za cenę upodlenia. Wiem, że taka kariera i za taką cenę Marka Barańskiego nie interesowała i dlatego w pewnym momencie usunął się w cień, pozostając wszelako znany i przez wielu ceniony.
    Lubiany przez niego i szanowany prof. von Kupferstich powiedział natomiast w zamyśleniu po przeczytaniu jego ksiażki, że go nie dziwi jego życiowy pesymizm i że miał rację pewien zapomniany poeta pisząc, że „wiek męski, wiek klęski”.

  4. Marka znam całkiem dobrze – od strony zawodowej, bo prywatnie nie kontaktowaliśmy się właściwie wcale. Mam o nim najwyższą pozytywną opinię jako o dziennikarzu, choć jeśli idzie o umiejętności dziennikarskiego managera, z okresu szefowania „Trybunie”, można by mieć do niego jakieś zastrzeżenia. Trzeba by jednak lepiej niż ja wiedzieć, w jakich dokładnie uwarunkowaniach ekonomicznych i organizacyjnych musiał wtedy działać jako naczelny.
    W tym okresie dyskutowaliśmy ze sobą korespodnencyjnie – i na gruncie tej dyskusji zerwaliśmy korespondencyjne kontakty. Poszło o to, że ja – wyrzucony wtedy z dnia na dzień na zbity łeb z pracy przez PiS-owskich idiotów i blokowany w dostępie do pracy przez nagonkę na mnie, jaką w środowisku wywołał wtedy jeden z czołowych PiS-owskich idiotów o szkodników, niejaki Piotr Piętak, wiceminister u Dorna, rzuciłem pomysł, aby „Trybuna” zainicjowała akcję „Antyberuftsverbot” (przeciw pozbawieniu pracy), na wzór podobnej akcji, którą w latach 70/80 wszczęła ówczesna opozycja. Rzecz w tym, że moja propozycja, pełna rozgoryczenia i wściekłości była tak sformułowana, że Marek uznał ją za kalkę dawnych SB-eckich „rozkazów”, które czasem bywały formułowane pod adresem dziennikarzy. Szalę goryczy przelała moja nader krytyczna opinia o Leszku Millerze, który akurat został wtedy szefem rady redakcyjnej „Trybuny” oraz równie krytyczna o moich „lewicowych” kolegach, którzy uczestniczyli w zakupie F-16 i innych nieudanych wojskowych gadgetów, a przede wszystkim w podjęciu decyzji o udziale w napaści Busha na Irak. Gwoździem do trumny tych kontaktów stała się jednak dla mnie publicystyka Marka prowadzona w pewnym okresie m.in. w postaci felietonów w „Faktach i mitach”, gdzie systematycznie i gwałtownie atakował Marka Borowskiego za zaprzaństwo i dezercję z SLD oraz za cyniczne jego zdaniem wśliźnięcie się do Sejmu dzięki koalicji LiD – czyli „na plecach SLD”. Obwiniałem Marka za prowadzenie rozrachunkowych wojen na lewicy, podczas gdy bolszewicy z PiS-u i cwaniacy z PO szaleli bezkarnie w polityce i propagandzie.
    Dziś, podtrzymując krytykę pewnych działań i publikacji Marka nadal darzę go należnym szacunkiem z wielu względów, ale chyba najważniejszym w nich jest stałość jego postawy politycznej i ideowej w dzisiejszych czasach ukochania przez „lewicę” niewidzialnej ręki rynku i „przepraszania za Senyszyn”. Tym bardziej nie mogę się nadziwić jego uwielbieniu dla Millera, sympatyka Kuklińskiego i prałata Jankowskiego, celebranta balów elit finansowych, publicznego wielbiciela liberalnej gospodarki i kandydata Samoobrony w wyborach do Sejmu…

  5. Szkoda, że nie ma niczego o „Trybunie”, jednak to informacje z pierwszej ręki. Zaś informacje o „Nie” z wielu względów chętnie przeczytam. Wychodzi, że będę musiał na tę pozycję zapolować, bo do mojej biblioteki raczej jej nie zamówią.

    1. Do dziś. Ale o redagowaniu „Trybuny” nie ma praktycznie niemal nic, zaś o działalności MB w „Nie” – trochę gorzkich spostrzeżeń.

Możliwość komentowania jest wyłączona.