Nic nowego

Wychodzi na to – to w naszej rozmowie o języku – że jestem okropnym zgryźliwym staruszkiem, który za nic nie chce zrozumieć, że świat się musi zmieniać i w dodatku zgorzkniale uważa, że wszystkie zachodzące zmiany prowadzą ku gorszemu. Otóż nic podobnego, a nawet: wręcz przeciwnie; w końcu, nasz dzisiejszy świat jest jednak chyba lepszy nie tylko od tego z czasów, kiedy jeszcze lataliśmy na golasa po sawannach, ale nawet od tego sprzed lat pięćdziesięciu; tylko idiota tego nie widzi. Widząc to tedy wyraźnie, jestem tylko przy tym konsekwentnie wyznawcą dwóch zasad, które co starsi Czytelnicy powinni chyba znać doskonale: po pierwsze, że wszelki rozwój jest wynikiem walki przeciwieństw; po drugie – że ów rozwój odbywa się po swoistej spirali: kolejny jego etap nie jest prostą negacją poprzedniego, ale będąc w dużej mierze powrotem do niego, wnosi doń także zupełnie nowe jakości.

Jeśli przyjąć taki punkt widzenia, to dla rozwoju  – w tym: rozwoju takiego zjawiska społecznego, jakim jest język – wręcz niezbędne są dwa co najmniej dwa “obozy” (przepraszam za użycie ulubionego zdaje się słowa pewnego niedużego posturą i formatem intelektualnym polityka, ale ono jednak tu nieźle pasuje): konserwatywny i entuzjastycznie akceptujący wszelkie zmiany. Należąc w tym względzie (co podkreślałem) do obozu konserwatywnego, przyczyniam się do tego rozwoju w tym samym stopniu, co owi entuzjaści. Żaden z tych obozów oczywiście nie zwycięży; z ich walki wyłoni się jakaś nowa jakość, być może będąca pełnym kompromisem – być może z przewagą którejś ze stron. Która to jakość oczywiście też nie będzie zadowalająca i nadal będzie wywoływała dyskusje. To normalne.

Tu na marginesie pragnę zwrócić uwagę na pewną smutną okoliczność, charakterystyczną zwłaszcza dla nas, tu i teraz: otóż my tej dyskusji bardzo nie lubimy, wartości jej i znaczenia dla rozwoju wręcz nie dostrzegając, a nawet ją całkowicie negując. Należąc do jakiejś grupy społecznej czy grupy interesu uważamy, że racja jest tylko nasza, i w dodatku jest to racja stuprocentowa – przeciwnik zaś w dyskusji jest nie tyle przeciwnikiem, co śmiertelnym wrogiem, który powinien być wręcz starty z powierzchni Ziemi. Nie widzimy, że takie stanowisko jest w istocie aprobatą – czy wręcz żądaniem – stagnacji i negacją wszelkiego postępu.

Po drugie, ów rozwój po spirali. Sądzę, że na naszych oczach kończy się pewna epoka (inna rzecz, że chyba zawsze jakaś epoka się kończy, a nowa zaczyna – ale pewno wyróżniki “nowości” nie są jednak tak oczywiste, jak dziś); jest to epoka, którą nazwałbym “przedglobalizacyjną”. Wkraczamy coraz szybciej w świat zglobalizowany, zuniformizowany kulturowo, także językowo. I znów: są entuzjaści tego procesu, są również ludzie nim zdegustowani. Należę do tej drugiej grupy; mówiąc inaczej i używając świadomie określeń wartościujących widzę nadejście nowego średniowiecza i koniec cywilizacji klasycznej. I tak, jak moje osobiste sympatie były zawsze po stronie dawnych wykwintnych Petroniuszów, a nie nadciągających na wspaniały Rzym barbarzyńców – tak dziś nie akceptuję w szczególności “kultury korporacyjnej” i niedokształconych arywistów. Nie lubię ich, cuchną mi. Ale: nie oceniam. Po prostu: nie lubię tego zapachu. Podobnie jak wolę Johnnie Walkera Green Label od czystej z czerwoną kartką, albo Kilkenny od Żywca.

I znów: wiem, że w tej walce – jeśli to jest w ogóle walka –  nie wygram ja, ani nie wygrają oni. Miną lata, czy może dziesięciolecia, i jak po średniowieczu nastąpił Renesans, po nim zaś najbliższe mi duchowo Oświecenie – tak po epoce globalizacji ze wszystkimi jej idiotyzmami i paskudztwami nastąpi jakiś okres nowy, który dziś nawet nie ma jeszcze nazwy. Mogę tylko żałować, że nie będę tego świadkiem, bo dobiegam swego kresu w momencie, który wydaje mi się mało estetyczny.

Nie jest też specjalnie ważne, po której stronie jest racja, bo zapewne tej racji nie ma w ogóle: jest tylko proces rozwoju, którego istotą – patrz punkt pierwszy – jest walka przeciwieństw; i dlatego nasza wymiana poglądów ma sens. Wszystko to znajdzie też swoje – jakieś! – odbicie w kształtowaniu się języka.

Pora kończyć te – mętnawe zapewne dla niektórych – rozważania. Co młodszym pragnę tylko wyjaśnić, że przedstawione tu skrótowo tezy były niegdyś obowiązkowo nauczane w toku wyższych studiów. Mówimy bowiem – horribile dictu – o dialektyce. Poznawałem ją przed laty z konieczności w ramach obowiązkowego kursu filozofii. Marksistowskiej.

Bardzo mnie to wtedy nudziło; pewno dlatego, że uznawałem jakoś te prawdy za oczywiste.

No i co nieco zapamiętałem.

Advertisements

10 thoughts on “Nic nowego

  1. W kwestii języka: z przerażeniem obserwuję inwazję Poglisha (Polish English) w Polskich mediach. O ile ‚czat’ ma jeszcze swój urok, to ‚njusy’ mają go już zdecydowanie mniej. Wkrótce w dziale Stołecznej czytać będziemy, iż „Kapy dają tikety na hajłeju”…

  2. A ja, człowiek nie uczony i o dialektyce nie mający pojęcia, podrzucam jednak ku uciesze lub zgrozie duskusje (wraz z odnosnymi linkami do oryginalnych tekstów) , jaka toczy sie na łamach Wiadomosci24.
    Zwycięski bloger , niejaki pan Piotr Wielgucki, posługuje sie JĘZYKIEM, od którego w naturze uszy więdną; albo – za który w naturze dostaje sie w zęby.
    Co kto woli.
    http://www.wiadomosci24.pl/artykul/oto_kogo_wybralismy_na_blogera_roku_129661-1-3–a.html#artykul-narzedzia

    http://www.wiadomosci24.pl/autor/348651.html

    Kłaniam sie wszystkim, dbajacym o tak zwane stosunki oraz język. 🙂

  3. W starym wpise komentarze są zablokowane (pewnie taki urok wordpressa), zapytam więc tutaj, odnośnie parytetów. Szczyci się Pan uczestniczeniem w projekcie ‚studio opnii’. A tam na w składzie zespołu na 15 osób kobieta! Może rozpocząć zmienianie świata od własnego otocznienia? I, bazując na własnym przykładzie i doświadczeniach zmieniać świat?

    1. Jedna kobieta, by było jasne, o co pytam. 1/15 jest dość daleko od 0.5.

    2. A co ma do tego parytet, który – o ile rozumiem to pojęcie – jest próbą zagwarantowania reprezentacji kobiet w polityce? „SO” powstało w ten sposób, że grupa starych kumpli się skrzyknęła przy – no, powiedzmy: kawie – by coś wspólnie zrobić. Głównie dla własnej przyjemności, ale z nieskromną nadzieją na jakiś pożytek. Tak się składa, że nie przyjaźnimy się akurat z paniami (w każdym razie: nie zbiorowo). Łamy SO są dla pań zresztą otwarte; każda, która chce – pisze, więc nie widzę problemu. Nie dajmy się zwariować! Nie będziemy przecież urządzać łapanek pod tytułem: a może się Pani z nami zaprzyjaźni? Tym bardziej, że proces naszego zaprzyjaźniania trwał lata całe…

  4. Nasi muzułmańscy sąsiedzi przegapili rewolucję przemysłową. Zostali z kupą stressów i kompleksów do dzisiaj.

  5. Trochę szkoda, że Pan dialektykę dookreślił do marksistowskiej, bo przecież w pojęciu pierwotnym jak u Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Przed Marksem tę teorię bytu wyznawali między innymi Girodano Bruno i Hegel, więc może warto byłoby o tym także wspomnieć.

    Co do średniowiecza, to proszę nie zapominać, że gdy w Europie rozwoju nie było, nauka rozwijała się w krajach arabskich. Sam zresztą zdziwiony byłem niezmiernie, odwiedzając pewną wystawę w londyńskim muzeum nauki:
    http://www.1001inventions.com/
    bo w naszym curriculum tego raczej nie uczyli – ani przed wojną, ani po wojnie, ani teraz.

    1. Nie dopisałem bynajmniej dialektyki Marksowi. Mówiłem tylko, że na zajęciach z marksistowskiej filozofii mnie tego uczono, jako praw dialektyki Hegla właśnie. A portrecik Karola zamieściłem w celach – nie kryję – leciutko prowokacyjnych; w tymże samym celu wspomniałem, że studiowałem to w ramach takiego, a nie innego wykładu. Po prostu tak sobie lubię pożartować ze świata i rzeczywistości… O średniowieczu z kolei myślę jako o etapie rozwoju myśli europejskiej, jako o symbolu regresu religijno-obyczajowego w kulturze głównie. Jasne, że w tym okresie rozumianym jako tysiąclecie od V do XV wieku, inna była sytuacja w świecie arabskim, inna w Indiach, jeszcze inna w Chinach…
      A tak przy okazji: odnoszę wrażenie, że chciałby pan, by niewielki, lekko ironiczny w zamierzeniu post był pełnym, poważnym i całkowitym opisem świata oraz Samą Prawdą. Zapytam nieśmiało: a po co? Pozwalam sobie uważać, że byłoby to dużo mniej zabawne…

      1. Panie Bogdanie,
        Skądże znowu – samej prawdy nie da się nawet zdefiniować! Ale tak bardzo Pana posty polubiłem, że pozwalam sobie głos zabierać – w nadziei na więcej 🙂

        Ja też, mimo iż studiowałem w Anglii, przeszedłem na zajęciach przez filozofię marksistowską. Podejrzewam, że mój wykładowca był bardziej zażartym marksistą niż wszyscy członkowie KC PZPR razem wzięci. Ale to takie dziwne były czasy.

        I jeszcze swoją odpowiedzią na mój komentarz natchnął mnie Pan do ciekawej refleksji. W poście napisał Pan, iż sądzi, że kończy się pewna epoka. W komentarzu, że inna była sytuacja w Indiach, jeszcze inna w Chinach. A ja stosunkowo niedawno czytałem gdzieś, że 80% wiz studenckich do USA wydawanych jest dla obywateli Indii zatrudnionych w dwóch czy trzech hinduskich korporacjach. Czyżby ciężar rozwoju przenosił się teraz do Azji?

Możliwość komentowania jest wyłączona.