Język i akulturacja

Moje marginalne uwagi na temat – błahy z pozoru – błędnego użycia w liczbie mnogiej niemającego w języku polskim tej liczby rzeczownika “ryzyko” wywołały niewielką polemikę, której przedmiot wydał mi się jednak na tyle ważny, że postaram się go rozszerzyć i nie ograniczę dyskusji do sporu w ramach komentarzy.

Otóż tak: gdy chodzi o traktowany jako zjawisko dynamiczne język (nie tylko polski, ale na nim się skupmy), to mamy do czynienia z dwoma doń podejściami specjalistów. Jedni – także, niestety, ci utytułowani i uznawani z tego powodu  (przez grzeczność nie powiem: wyłącznie z tego powodu…) za autorytety – akceptują wszystko, co się w tym języku dzieje. Powiadają, że język wszak się rozwija, wchodzą do niego nowe słowa, stare zmieniają dawne reguły użycia – i tak dalej. Przykłady – nie tylko uznanie dopuszczalności użycia “ryzyk” (wprawdzie z ograniczeniem tej formy do żargonu ubezpieczeniowego) i innych podobnych okropności, ale także przymykanie oczu na mówienie “poszedłem w stronę”, na używanie zwrotów “za wyjątkiem” (zamiast “z wyjątkiem”) czy “pod rząd” (zamiast “z rzędu”), niedostrzeganie subtelności użycia “mi” i “mnie”; i tak dalej. Innymi słowy, ta szkoła językoznawców hołdując zasadzie “najważniejsze, byśmy się w ogóle rozumieli”, uznaje za normę każdy dostatecznie rozpowszechniony błąd  i za chwilę dopuści do użycia nie tylko “poszłem”, ale i pisanie “3mam” zamiast “trzymam”. Jest też na ogół za skrajnym nawet upraszczaniem wszelakich sytuacji językowych, widząc w tym szansę dla nowowchodzących w warstwy oświecone.

Druga grupa – nie ukrywam, że to ona ma właśnie moją gorącą sympatię i jej racje w pełni akceptuję – stoi na stanowisku daleko posuniętego rygoryzmu i konserwatyzmu językowego. Ci specjaliści także rozumieją, że język nie jest martwy i ulega przekształceniom, ale do zaakceptowania spontanicznie się pojawiających w nim zmian (odpowiedników mutacji w biologii) potrzeba im nie trzech, ale stu lat. Przedstawiciele tej grupy zdają sobie sprawę, że przemiany społeczne (w tym: demokratyzacja życia) prowadzą do zjawiska swoistej akulturacji, czyli – w tym wypadku – przenikania i wzajemnego oddziaływania kultur “niskiej” i “wysokiej”, że “wejście ludu na salony” musi się jakoś odbić na obyczajach całości społeczeństwa i, w szczególności, na języku; uważają jednak, że zjawiska tego nie można zostawić samemu sobie i zaakceptować “as is”. Nie ów lud ma upowszechnić swoją kulturę, lecz odwrotnie: ma się podciągnąć, przyjąć obyczaj – i język – warstw bardziej oświeconych.

Że to dla ludu trudniej? 

Że lud mówi “poszłem” i “zarządza ryzykami”?

A niech sobie mówią co chcą i jak chcą. W przedpokoju; bo dalej nie wejdą

Powracam do tematu. Mówiąc otwarcie: jestem głęboko przekonany, że każdy ma prawo aspirować do wejścia w kręgi inteligenckie; co więcej, każdy ma święte i niezbywalne prawo w te kręgi rzeczywiście się dostać; ale na warunkach tej grupy, nie na własnych. To nie inteligent ma się dostosować do obyczaju pospólstwa, ale odwrotnie. To nie inteligent ma zacząć mówić językiem żula czy wieśniaka, ale oni mają się nauczyć jego języka i jego obyczajów; inaczej – z tej grupy mają zostać słusznie wyproszeni za drzwi. W przeciwnym wypadku “rozwój” cywilizacji będzie jej regresem. Dlatego w szczególności uważam specjalistów, tolerujących błędy językowe – za populistów, czyli zwykłych szkodników. Za taki “PiS kulturowy”. To, że mają oni autentyczne tytuły naukowe i zwolenników, nawet licznych – niczego nie zmienia. Martwi co najwyżej, że grupa ta się rozszerza.

Powiedzmy sobie szczerze: każdy może przyswoić sobie pewien poziom kultury językowej. Wystarczy, by w dzieciństwie i młodości czytał choćby setkę książek rocznie przez, powiedzmy, osiem lat. I pisał w gimnazjum i liceum po dwa wypracowania tygodniowo, zaś nauczyciel by mu te wypracowania oceniał i korygował.

Sprawa dotyczy zatem nie tylko języka, ale i ważnych zjawisk ze sfery edukacji; a nawet pewno i polityki. Upowszechniliśmy bardzo wykształcenie na wszystkich poziomach, od podstawowego po wyższe; zrobiliśmy to jednak – ku mojemu szczeremu ubolewaniu – na zasadzie zaakceptowania koszmarnego zaniżenia na wszystkich poziomach wymagań. Znaczna część wysokiego słynnego “współczynnika scholaryzacji” i ogromny wzrost w Polsce liczby ludzi z nominalnie wyższym wykształceniem – to skutek właśnie tego, nie zaś żadnej demokratyzacji procesów edukacyjnych (a już z całą pewnością nie “obalenia komuny”…). Co z tego, że jeden z drugim bałwan dopisze sobie do nazwiska tytuł licencjata czy nawet magistra, skoro tym bałwanem pozostanie i pożytku społecznego z jego formalnego wyedukowania nie będzie żadnego?

Mam tu kłopotliwe pytanie: co by było, gdyby warstwa ludzi z wyższym wykształceniem nadal nie liczyła więcej niż 3-5% populacji? A ludzi z maturą – powiedzmy – 15%? Co by się takiego stało, gdyby maturę oblewał nie 1% abiturientów, ale 60%?

Otóż: poza tym, że owe trzy literki przed nazwiskiem coś rzeczywiście by znaczyły – nic zapewne by się w życiu społecznym nie zmieniło. No, może tyle, że ubyłoby nam… frustratów, którzy dziś ze swoim licencjatem z “marketingu politycznego” albo “zarządzania zasobami ludzkimi” mogą co najwyżej podawać gościom palta w szatni kiepskiego hotelu i ubolewają nad swoim losem, z maturą zaś w portfelu obsługują szambowozy. Nic im nie współczuję w tych warunkach. Może tego tylko, że zostali zrobieni w bambuko przez cwanych polityków.

Na zakończenie: wysoce niepoprawny politycznie żart, który mi jednak niezwykle przypadł do gustu. Otóż Rosjanie ponoć powiadają, że do zaliczenia do warstwy inteligenckiej potrzebne są trzy dyplomy studiów wyższych: własny, ojca i dziadka. Jak się to ma do zamieszczonych powyżej rozważań o języku – to już niech sobie każdy z Czytelników sam dośpiewa…

Advertisements

20 thoughts on “Język i akulturacja

  1. A co z frazą: „stoi na stanowisku”?;)

    Poza tym zgadzam się w pełni i pozdrawiam.

  2. Język rozwija się, czy tego chcemy, czy nie. Ale, paradoksalnie, do jego rozwoju potrzebne są obie siły – zarówno ci mówiący niepoprawnie, bo to oni tworzą nowe słowa i sposoby wymowy, jak i ci strzegący, niekiedy może nawet przesadnie, poprawności. Z ucierania się ich wpływów powstaje żywy język. Może mi się to nie podobać, ale trudno dyskutować z faktami. Osobiście jestem po stronie poprawności, wiem zresztą, że wiele nawet słabo wykształconych osób chce mówić poprawnie, stąd zresztą popularność prof. Miodka, ale z braku lektur książkowych korzysta z łatwiej dostępnych wzorów telewizyjnych „polityków”, czyli prawie z rynsztoka.
    A na „pokoje” jednak powinno się trafiać za swój dyplom, w przenośni mówiąc, a nie ojca i dziadka. Poza obciążeniami genetycznymi, rozum i głupota nie są dziedziczne. A jeśli, niezależnie od punktu startowego, zdobędzie się pewną pozycję i pewną ogładę, nie do każdego salonu chce się wejść, nawet na zaproszenie. W niektórych jest zbyt wielu takich, których obecność wynika głównie z dyplomu dziadka.

  3. Podpisuję się pod Twoimi refleksjami. Analogicznie do dziwacznych ‚ryzyk’ mamy też ‚polityk’ – tych polityk. Nie wiem, skąd taka tendencja. Prawda jest jednak taka, że błędy językowe popełniają też sami poloniści, ba, nawet językoznawcy. A tolerancja kwitnie nie tylko w dziedzinie moralności, ale w sferze języka. teraz wolno wszystko i niechlujstwo językowe staje się normą, tak jak inercja moralna. Bardzo to smutne.

  4. W przedpokoju; bo dalej nie wejdą.

    Przepraszam, parafrazując korzysałam z kombinacji klawiszy Ctrl+C i Ctrl+V i nie zamieniłam średnika na przecinek. Uzycie średnika jest błędem, powinno być: „W przedpokoju, bo dalej nie wejdą”.

Możliwość komentowania jest wyłączona.