Słowo o kulturze korporacyjnej

Jest kilka takich słów i określeń, które doprowadzają mnie do białej gorączki; z różnych względów zresztą. Na przykład używanie słowa “ryzyka”, czyli nieistniejącej w języku polskim liczby mnogiej od “ryzyko” (niedługo będziemy mówili o “pogodach, panujących w stolicach europejskich”…), albo jeszcze lepiej określenia “zarządzanie ryzykami”, co w ogóle nie ma sensu, a jest kalką idioty z angielskiego “risk management”. No, ale to są błędy, oczywiste błędy językowe; są jednak również określenia pozornie całkowicie poprawnie zbudowane, a budzące we mnie najżywszy opór samą swoją treścią. Taką nastrajającą mnie agresywnie wobec rzeczywistości zbitką słowną jest na przykład “kultura korporacyjna”; niby formalnie wszystko w porządku i ma to jakiś sens, ale zestawienie “kultury” z “korporacją” brzmi mi jakoś tak, jak “zielone niebo” albo lepiej “perfumy o zapachu gówna”…

Przejdźmy jednak do konkretów. Kilka (a może nawet już kilkanaście) lat temu przyszedł do mnie po zajęciach student i poprosił, bym się zgodził, by zaliczał przedmiot bez obecności na zajęciach, na podstawie specjalnego indywidualnego kolokwium. Motywował to tym, że zatrudnił się akurat w pewnej korporacji (właśnie), gdzie pensja i perspektywy wyglądają obiecująco, ale kolidują ze studiami. Oczywiście, zgodziłem się. Ku mojemu zdumieniu ów student po miesiącu był znów na zajęciach. Spytałem – co się stało. Powiedział – wie pan, jak przychodziłem do pracy, to mi ochroniarz kazał podciągać nogawki i pokazywać, czy mam podkolanówki – bo w krótszych tam nie wolno. I ja wiem, oczywiście, że dżentelmen nie ma prawa pokazać gołej łydki, zwłaszcza w pracy, ale ta procedura jest upokarzająca. Oni to nazywają “kultura korporacyjna”. A ja ich, proszę pana, p*…

Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z ową kulturą korporacyjną – i wtedy mnie to tylko śmieszyło.

Nieco później w instytucji, w której sam (bardzo krótko ze zrozumiałych względów) pracowałem, Dyrektor ds. Zarządzania Personelem (za “moich” wczesnych lat była to po prostu panna Kasia z kadr, która wbijała stempelki w legitymację i wstawała grzecznie, gdy pan redaktor raczył osobą własną przekroczyć próg jej kanciapy) zorganizował idiotyzm pod tytułem “impreza integracyjna”. Kiedyś pijałem wódkę z kolegami wtedy, kiedy mieliśmy ochotę skoczyć do pobliskiego baru; dziś trzeba to było zrobić w rytm pieśni firmowej i uczestniczyć w jakichś kretyńskich kwizach z nagrodami. “Kultura korporacyjna”, rozumiecie.

Teraz mówi mi kumpel, wielki fachowiec w swojej specjalności, którego młody arywista, dorwawszy się do władzy pozbawił pracy (a kumpel, niestety, ma więcej lat niż 40, ale do emerytury mu jeszcze sporo zostało; i o pracę z samego tylko tego powodu mu trudno), że przystąpił po miesiącach bidowania do castingu w pewnej firmie. Posada i on – to jakby dwie połówki tego samego jabłka. On jest ze względu na swoją gigantyczną wiedzę specjalistyczną idealnym kandydatem, ona bez reszty wpasowuje się w jego wiedzę i pasję. Po mojemu, pojawienie się kumpla w tej firmie, a ma on w swojej branży naprawdę niemałe nazwisko,  powinno spowodować, że – poczynając od ciecia, kończąc zaś na prezesie – wszyscy powinni na jego widok stanąć na baczność i pocałować go w rękę, że zechciał w ogóle zaszczycić to pętactwo swoją obecnością.

Tymczasem – nic takiego. Owszem, odbyto z nim zimną rozmowę, traktując człowieka jak świeżo upieczonego licencjata z jakiejś gównianej Wyższej Szkoły Tego-i-Owego (przy okazji wyjaśniam, że kumpel jest magistrem, absolwentem jednej z najlepszych uczelni w Europie).  Owszem, powiedziano mu, że “kwalifikuje się do dalszych rozmów”. Po pewnym czasie wyszło w dodatku na jaw, że jest kandydatem – zdaje się – w ogóle jedynym. Ale “kultura korporacyjna” nakazuje tak czy tak człowieka wstępnie przeczołgać, żeby mu się we łbie nie przewróciło…

Więc gdy słucham takich opowieści – nie dziwcie się, że trawestuję Goebbelsa: jak słyszę słowa “kultura korporacyjna” sięgam natychmiast po moją czterdziestkę piątkę (teraz wiecie, dlaczego dałem taki obrazek na początku). Mają szczęście sukinsyny, że to tylko atrapa.

A to “zarządzanie ryzykami” to, rzecz jasna, język korporacyjny.

Jak się cieszę, że jestem na emeryturze!

Reklamy

25 uwag do wpisu “Słowo o kulturze korporacyjnej

  1. Bardzo dziękuję za „Słowo o…” z powodów wielu, których jednak pozwolę sobie nie wymienić 🙂 a także za NIE dla antysemickich wypowiedzi. Serdecznie pozdrawiam, Ola – Bobe Majse

    Polubienie

  2. Moja żona pracuje w korporacji. Po przyjściu z pracy obsiadają ją nasze dwa koty i wyciągają z niej stres. Koty pełnią rolę bioenergoterapeutów.

    Polubienie

  3. A na jakiej podstawie Pan twierdzi, że ryzyko nie występuje w języku polskim w liczbie mnogiej? Sprawdziłem właśnie w moim wysłużonym słowniku j. polskiego i nic tam takiego nie ma! Stoi tylko w definicji, że słowo znajduje się w II grupie deklinacyjnej r. nijakiego.

    Akurat to słowo zapożyczyliśmy sobie z języka obcego, co widać po tłumaczeniach:

    angielski: risk
    francuski: risque
    hiszpański: riesgo
    niemiecki: Risiko
    włoski: rischio

    W języku angielskim, w którym najczęściej się posługuję „risk” jest jak najbardziej rzeczownikiem policzalnym – np.”the company is exposed to various risks”.

    Ponieważ wykładam i szkolę właśnie z „Risk Management”, to czuję się w obowiązku trochę Panu pomącić w Pana przestrzeni. Jak widać z wersji angielskiej (l. poj.) tłumaczy się to na „Zarządzanie ryzykiem”.

    Natomiast „zróżnicowanymi ryzykami” zarządzają w firmach ubezpieczeniowych, gdzie ubezpieczają nas od różnych ryzyk, m.in. od pożaru, powodzi czy choćby katastrofy budowlanej. Każde z tych ryzyk jest inne, trochę inaczej się je wycenia i trochę inaczej się nim zarządza.

    Gdyby Pan nadal się upierał przy swoim, to proszę napisać do poradni językowej PWN. Bardzo szybko i wyczerpująco odpowiadają, czego doświadczyłem w poszukiwaniu serendypii:
    http://miropress.wordpress.com/2010/03/01/serendipity/
    Odpowiedź prof. Bańko zacytowana jest tam w komentarzach.

    Na marginesie, czy jest Pan w stanie przytoczyć choć jedno polskie słowo, które nie jest zapożyczone z obcego języka. Ja ostatnio taki eksperyment przeprowadziłem na sobie i sromotnie przegrałem. Ochrona języka prowadzi do takich idiotyzmów jak „zwis męski prosty” – zapewne Pan taki purytański okres pamięta.

    I jeszcze pragnę się odnieść do „kultury korporacyjnej”. Pamięta Pan może jak bohater pewnego starego polskiego serialu studiował kulturę i sztukę? Serial nazywał się bodajże „Droga” (?)

    Możemy się denerwować na zbitki słowne, ale „kultura korporacyjna” funkcjonuje od lat. Gdy w latach 80-tych ub. wieku pracowałem w londyńskim banku, szef obciął mi któregoś dnia krawat. Było to w jednym z pierwszych dni mojej pracy i w ten sposób zostałem wprowadzony w lekcję korporacyjnej kultury mojego pracodawcy. Można było nosić dowolny krawat, pod warunkiem że był czerwony. W IBM mieli podobną politykę – i tu nie wiem jak na polski przetłumaczyć „dress code” – kodeksu ubioru?

    Polubienie

    • Cytuję: Nowy słownik poprawnej polszczyzny PWN, wyd. 1999; ryzyko (nie rezyko) [wym ryzyko, pot. ryzyko], n II, blm…
      Otóż owo blm znaczy BEZ LICZBY MNOGIEJ, co kończy dyskusję. Fakt, że w innych językach ten termin ma liczbę mnogą – jest dla polszczyzny bez znaczenia. Co do „zarządzania ryzykiem” (z pewnością NIGDY: ryzykami), to jest to wyjątkowo niezręczne dosłowne tłumaczenie terminu angielskiego. Chodzi o uwzględnianie ryzyka, minimalizację ryzyka lub jeszcze co innego; zarządzać można firmą, nie ryzykiem, bezpieczeństwem ani barwą domu! Trzeba mieć kompletną głuchotę na polszczyznę, by tak mówić! Niestety, ktoś mówiący o „zarządzaniu ryzykami” stawia się w jednym szeregu z mówiącym, że „dziś w Warszawie były cztery stopnie ciepła” (zamiast: było, wyjaśniam), czyli z osobą po prostu ewidentnie z nizin społecznych, bez wyniesionej z domu wielopokoleniowej kultury języka. Nawiasem mówiąc, najbardziej chyba – poza kibolami oczywiście i inną prymitywną mierzwą menelską – kaleczą język wykładowcy wyższych uczelni (specjalnie prywatnych i szczególnie ekonomiczno-politologicznych). Czytuję – ze smutnej konieczności – ich dzieła od czasu do czasu i widzę głównie pseudofachowy bełkotliwy żargon analfabety-prostaka. Przy okazji wyjaśniam: nie protestuję przeciw związkowi frazeologicznemu „kultura korporacyjna”; zwracam uwagę, że napisałem, iż zbudowany jest poprawnie i ma sens. Budzi mój sprzeciw właśnie desygnat tego pojęcia, brzydzę się tym, co ono opisuje: owymi kodeksami zachowań, kodami ubioru i tak dalej. Brzydzi mnie nie to, że gdzieś noszą czerwone krawaty, ale to, że obcinają krawaty innego koloru; rozumie pan? Przy okazji: rozumiem nawet konieczność takich uregulowań: jak się przyjmuje do pracy prostaka, nawet z magisterium, nie mówiąc już o licencjacie, to warto go na wszelki wypadek nauczyć jeść nożem i widelcem. Ale smutną refleksję budzi właśnie ta konieczność uwzględniania faktu, że część warstwy zwanej „managementem” wywodzi się ze sfer, które przedwczoraj zlazły z drzewa…

      Polubienie

      • Zanim Pan przypuści atak, dobrze czasem jest sprawdzić, co na ten temat mówią specjaliści:

        http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id=743
        *
        4.02.2002
        kilka ryzyk
        Czy słowo ryzyko występuje w liczbie mnogiej, np. ryzyka?

        Tak, ale w liczbie mnogiej jest używane rzadko, głównie środowiskowo. Można je znaleźć np. w ogólnych warunkach ubezpieczeń, jakie oferują firmy ubezpieczeniowe.

        — Mirosław Bańko

        Czy według Pana profesor Bańko także nie potrafi się naszym językiem posługiwać?

        Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.