Rakowski

Przyznam się do pewnej słabości: paru rzeczy ludziom,  w tym przyjaciołom – byłym i obecnym – w życiu zazdrościłem. Pewno to niezbyt ładne, ale kto w tym względzie bez winy…

Otóż jednym z takich powodów do zazdrości jest możliwość wpisania sobie do życiorysu pracy w “Polityce”, w szczególności w okresie redagowania jej przez MFR, jak się w środowisku zawsze nazywało Mieczysława Franciszka Rakowskiego. Wprawdzie i ja tam od czasu do czasu publikowałem – po raz pierwszy bodajże w roku 1962, pod pseudonimem, a potem nieregularnie już pod własnym nazwiskiem, utrzymując kontakt z tą wspaniałą redakcją do dziś – ale takie publikowanie, to przysłowiowy “mały Pikuś”. Nie mogę wprawdzie narzekać – pracowałem w kilku zespołach wysokiej klasy, ze wspaniałą atmosferą wspólnej roboty, miałem też w życiu ze dwóch-trzech szefów godnych najwyższego szacunku i szczerej przyjaźni – ale nie była to “Polityka”; ani żaden z nich nie był Rakowskim.

Rakowski był dla mnie legendą i idolem od zawsze, od czasu gdy objął “Politykę” po rozwiązaniu “Po prostu” (nie od razu ją objął, bo pierwszym naczelnym pisma był prof. Żółkiewski, człowiek mądry ponoć bardzo, ale według znajomych – śmiertelnie nudny). Błyskawicznie zrobił z niej gazetę światowej klasy. Sam też zrobił niesłychaną karierę, stając się partnerem do rozmów i człowiekiem zaufania najpotężniejszych ludzi świata. I błyskawicznie zyskał w Polsce śmiertelnych wrogów – z prawa, i z lewa. Zresztą, co ja będę tu pisał: każdy wie, a kto nie wie, niech przeczyta wyśmienity wywiad-rzekę z MFR-em “Nie bądźcie moimi sędziami”, którego autorami są Jan Ordyński z dzisiejszej “Polityki” i prof. Henryk Szlajfer. Akurat jest na rynku i to ją polecam Czytelnikom, nie ten ponury buch Domosławskiego o Kapuścińskim.

Już samo stworzenie i przeprowadzenie “Polityki” przez 25 lat PRL-u byłoby powodem do uzyskania przez Rakowskiego trwałego wpisu do historii; nie tylko historii prasy, ale politycznej historii Polski. Ale to nie wyczerpuje jego wkładu intelektualnego: jest przecież także  autorem wielotomowych “Dzienników”, bez wątpienia jednego z najważniejszych źródeł do współczesnych dziejów kraju, dziś chyba jeszcze niezupełnie docenianego. No i wreszcie jest – w moim głębokim przekonaniu – najmądrzejszym i najświatlejszym Polakiem po wojnie. Wielka szkoda, że generał Jaruzelski najpierw odsunął go w latach osiemdziesiątych na boczny tor, dając mu marginalną funkcję wicemarszałka Sejmu, na powierzenie MFR-owi funkcji premiera decydując się zaś dopiero wówczas, gdy praktycznie sytuacja ancien regime’u była beznadziejna. Myślę, że gdyby to MFR stanął na czele państwa bezpośrednio po Gierku – historia mogłaby potoczyć się dużo ciekawiej.

Tyle, że to było niemożliwe. Miał bowiem MFR potężnych wrogów w aparacie partyjnym i wśród tzw. aktywu. Na szczęście miał również przyjaciół, co na przykład – wbrew atakom wściekłości pewnych telewizyjnych zamordystów – pozwoliło mu utrzymać swój poważny program (chyba “Rozmowy o Polsce” się nazywał) na antenie, choć owi przeciwnicy zaklinali się, że “już od przyszłego tygodnia ten Żyd nie będzie miał wstępu na Woronicza”; sam słyszałem. Ale ci przyjaciele mogli zadziałać tylko w takich, dość drobnych w sumie sprawach.

Co zabawne: Rakowski był świetnym redaktorem, mając – uczciwie mówiąc – niezbyt lekkie pióro. Pisał teksty strasznie mądre i ważne, ale ciężkawe (co nie zmienia faktu, że w ankietach czytelniczych plasował się bardzo wysoko, kilkakrotnie zostając najpopularniejszym autorem “Polityki”). Był – w moim głębokim przekonaniu – jednym z dwóch najlepszych naczelnych w naszych dziejach (drugi – to Marian Eile, twórca legendy “Przekroju”). A polegało to nie tylko na tym, że miał wizję pisma i siłę charakteru osobistego, ale i na tym, iż zawsze był po stronie zespołu, broniąc nawet tych jego członków, którzy potrafili mu nieźle bryknąć. Bo redaktor naczelny ma dwie możliwości: stać się pełnomocnikiem wydawcy i wymagającym ekonomem, lub przywódcą i jednocześnie pełnomocnikiem swoich ludzi. Tylko wybór tej drugiej drogi prowadzi do wielkości; redaktora, ale także pisma.

Znałem go – czego ogromnie żałuję – dość przelotnie; spotkaliśmy się w sumie kilkanaście razy w życiu i wymieniliśmy po kilka zdań. Byłem ogromnie dumny, gdy okazało się w jednej z rozmów, że mam na półce pewne materiały z dawnych czasów, których on nie zachował.

Wielu ludzi go opuściło w różnych momentach. Nie rozumiem ich kompletnie. Niektórych skreśliłem z listy znajomych. Nie tylko z tego powodu, ale ta zdrada przez nich Rakowskiego nie była bez znaczenia.

Zacząłem bywać w “Polityce” w jej drugiej siedzibie, w miejscu, w którym dziś stoi hotel “Forum” (przepraszam, “Novotel”…). Potem bywałem na Dubois, w Domu Słowa Polskiego… Wszędzie była atmosfera zupełnie niesamowita, to się czuło. A ja się czułem tam, jak Anglik zaproszony do Pałacu Buckingham.

A i dziś powiem wam – kto pracuje w “Polityce”, może być przekonany, że złapał Pana Boga za nogi. Albo odwrotnie. Rakowskiego już tam nie ma; ale jego materialistyczny duch tam się unosi. Bez wątpienia. A ja, ilekroć jestem na warszawskich Powązkach, poza bliskimi i przyjaciółmi odwiedzam zawsze dwie osoby: MFR-a i Jacka Kuronia.

Reblog this post [with Zemanta]
Reklamy

2 uwagi do wpisu “Rakowski

  1. Nie wiem, czy się z moją obserwacją zgodzisz: wydaje mi się, że żaden autentyczny twórca (w dowolnej dziedzinie, najszerzej rozumianej, od sztuki po politykę) nie to, że nie jest wolny od pewnej megalomanii, ale że jest ona elementem wręcz mu niezbędnym. Nie znam pisarza, który by nie był przekonany najgłębiej, że Nobla dotychczas nie dostał wyłącznie przez pomyłkę. I to dobrze: bo bez odpowiedniej (porządnej!) dozy asertywności (tak się to dziś ładnie nazywa) w ogóle nie można nic robić. A w ogóle dziękuję, że tu zaglądasz.

    Polubienie

  2. Ja akurat znałem go osobiście w najgorętszym okresie lat 80-tych – i to w kilku rolach: sekretarza ds propagandy KC PZPR, wicemarszałka Sejmu no i stałego współrecenzenta (wraz ze ścisłą grupą ówczesnej elity władzy) tekstów, które pisałem dla Kiszczaka (była taka stała grupa, która nawzajem przeglądała kolejne wersje tekstów wystąpień, artykułów itp., a gost-writerzy potem się mordowali, żeby te uwagi uwzględniać i scalać).
    Ceniłem go za poziom intelektualny i rzetelną wiedzę o sprawach społecznych i politycznych. A osobiście – dość paradoksalnie – jakoś mnie przyciągał swoją szczególną megalomanią. Bo był niewątpliwie megalomanem w jakimś pozytywnym znaczeniu tego słowa: miał bowiem po temu gruntowne, realne podstawy, nie był osobą tuzinkową.
    Bardzo jednak pilnie obserwowałem jego trzy dość przykre osobiste wpadki, do których ta megalomania się w jakimś stopniu przyczyniła: pierwsza – to wystąpienie w Stoczni, gdzie usiłował przekonywać zrewoltowany aktyw solidarnościowy, druga – to wystąpienie już nie wiem przy jakiej okazji, ale przed forum intelektualistów, nieufnych i obojętnych na jego agitację za porozumieniem i współpracą z władzami sprzed stanu wojennego, no i trzecia – dość nonszalancka deklaracja o chęci likwidacji Stoczni Gdańskiej. We wszystkich tych trzech przypadkach zadziałał mechanizm głębokiego przekonania o swojej racji (to dobrze!), a zarazem wielkiej wiary w swoją charyzmę i nienaruszalność swojej pozycji i autorytetu. Ten drugi element był źródłem porażki. Chyba rozumiem, jak go to mogło boleć, bo nic tak nie boli, jak urażona duma. Najgorsze było chyba to, że we wszystkich przypadkach miał obiektywnie rację, ale nie docenił realnych ouwarunkować psycho-socjologicznych, na pewno nie był trybunem ludowym, ani nawet porywającym mówcą. Zdaje się też, że nie miał do siebie samego zbytniego dystansu, że traktował się niezwykle serio – czego dowodzi w jakimś sensoe ta skrupulatna, pedantyczna dokumentacja własnych przemyśleń i działań w dziennikach.
    To już brzmi prawie jak przytyk, ale nie krytykuję go – zresztą nie uzurpuję sobie prawa do oceny w przypadku ludzi z pierwszej linii polityki – nie jestem pajacem z IPN-u, czy trzeciorzędnym dziennikarzyną, który nonszalancko i bezczelnie podejmuje się ocenić czyjeś skomplikowane, ponadosiemdziesięcioletnie życie. Chyba wiadomo, do czego piję…
    MFR niewątpliwie był postacią frapującą i jednym z niewielu polityków i intelektualistów tak silnie wpływających na myślenie polskich środowisk inteligenckich.

    Wojciech Garstka

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.