Gabinet polityczny

Patrzę sobie na zeznania przed wiadomą komisją pana Marcina Rosoła i nachodzą mnie, imaginujcie sobie Państwo, refleksje. Refleksje te otóż głębokie są, smutne są i… organizacyjne one są mianowicie. Nie dotyczą one – byłoby to wszak płytkie – nadreprezentacji w czynnikach decyzyjnych różnych nieprzyzwoicie młodych i jawnie mało kompetentnych osób, mających w dodatku poważne kłopoty z czytaniem tekstu pisanego i poprawną wymową nosówek. Nie o to więc idzie. Idzie o coś znacznie ważniejszego: o chyba nieuchronną degenerację każdego niezłego pomysłu, jaki się u nas narodził.

Pomysł powołania bowiem gabinetów politycznych ministrów nie był zły. Dawna sytuacja, w której po zmianie politycznej w wyniku wyborów do resortu – dowolnego – przychodził nowy szef wraz z zastępcami (bo to są stanowiska polityczne) i musiał pracować z dokładnie tymi samymi ludźmi, co jego poprzednik – otóż, sytuacja ta była wysoce kłopotliwa. Tłumaczyć tego chyba szczególnie nie trzeba. Nowy szef chciał wszak mieć współpracowników lojalnych i zaufanych. Toteż – przed stworzeniem owych gabinetów – szefowie resortów starali się natychmiast wprowadzić zmiany personalne na niższych szczeblach zarządzania i wymieniali dyrektorów departamentów i ich zastępców, po czym fala zmian szła niżej; nie tylko teoretycznie czasami docierała do sprzątaczek.

Aby temu procesowi zapobiec (w którym im niżej – tym większą rolę odgrywały koneksje kumoterskie i towarzyskie, i który się w miarę upływu czasu kompletnie degenerował także co do wyższych stanowisk) – powołano Służbę Cywilną. Miała ona grupować zimnych fachowców, apolitycznych, wysoko kwalifikowanych urzędników państwowych, dobrze płatnych, od pewnego szczebla nieusuwalnych. Karnych jak wojsko – i dlatego nowy szef resortu powinien mieć do nich całkowite zaufanie. Ale jednocześnie – pamiętamy powiedzenie dowieraj no prowieraj – ów szef jednak powinien mieć paru własnych ludzi jako doradców; takich, których powoływałby on sam, na własną odpowiedzialność i słuchał (lub nie) ich zdania.

Myśl była przednia – i widziałem gabinety polityczne, w których zasiadali i służyli szefowi resortu autentyczni eksperci. Siwi profesorowie, wybitni dziennikarze – znawcy tematyki resortowej, w końcu – byli ministrowie, poprzednicy aktualnego. I to było – moim zdaniem – absolutnie w porządku. Szczególnie podobali mi się ci byli ministrowie – czasami z “cudzego” obozu politycznego – jako doradcy; tak samo, jak podoba mi się pomysł z dożywotnią funkcją senatora dla wszystkich byłych prezydentów i premierów.

Ale już dość dawno coś się w tym wyidealizowanym obrazie zaczęło psuć. Obok polityków z pierwszych stron gazet – najpierw, potem obok tych z drugich i dalszych stron – pojawiły się całe watahy młodych wilczków od prowadzenia kalendarza spotkań, telefonowania, noszenia teczek, skakania po fajki i różnych innych czynności pomocniczych. Te watahy pochodziły na ogół z partyjnych “młodzieżówek”.

I znów: tacy asystenci, specjalnie działający na zasadzie wolontariatu, mogą być bardzo przydatni. Teoretycznie dla nich to szansa nauki i zdobycia ogłady, dla dojrzałych polityków wyręka w jakichś głupstwach. Przynajmniej dopóty, dopóki im się nie wywali we łbie i nie uznają, że są niemal tak samo ważni, jak ten facet, za którym noszą teczkę.

Lata temu chciałem w pewnej sytuacji wyborczej poprzeć polityka, który wydał mi się sympatyczny i niegłupi. Złożyłem mu wizytę w jego biurze; był akurat zajęty i “powitał” mnie jego Główny Asystent. Dlaczego użyłem cudzysłowu?

Chłopię z młodzieńczymi pryszczami i z wyżelowaną czupryną siedziało z nogami na biurku i wycedziło w moim kierunku z wyraźną satysfakcją z posiadanej władzy “no to trzeba będzie, redaktorze, poczekać z kwadransik”. Po czym straciło zainteresowanie i wsadziło nos w gazetę.

Obróciłem się na pięcie i wyszedłem. Nigdy więcej nie zamieniłem słowa z tym politykiem i ma u mnie głosowanie “przeciw” jak w banku – w każdej sytuacji.

Wracamy do gabinetów politycznych: otóż w ciągu paru lat zniknęli z nich siwi profesorowie i byli ministrowie, a pojawili się właśnie chamowaci dwudziestoparolatkowie asystenci. Bo im trzeba się jakoś za owo noszenie teczki i skakanie po fajki odwdzięczyć, pensje członków gabinetów są tu znakomitym sposobem. Zaczęła się ta operacja na dużą skalę za rządów koalicji PiS-LPR-Samoobrona. To ci panowie właśnie wymyślili sposób na pozbycie się Służby Cywilnej i nauczyli się – z ominięciem przepisów – zatrudniać swoich na dowolnie wybranym stanowisku; dla zaufanych doradców miejsca w gabinetach politycznych stały się zbędne.

No a potem to już poszło. Zły pieniądz wypiera dobry nie tylko w gospodarce.

Czy da się to jeszcze odkręcić?

Może właśnie przez nakaz zatrudniania w gabinetach politycznych ludzi z kategorii wiekowej 50+? Małe są szanse, by to byli ci od skakania po papierosy.

Advertisements

9 myśli na temat “Gabinet polityczny

  1. Nie ważne kto ważne aby miał odpowiednie kompetencje do wykonywania określonego zawodu. To czy dany fachowiec ma 20 czy 60 lat jest mało istotne.

  2. Każde miejsce dobre!
    Więc korzystam z tego aby ogłosić wszem i wobec ,że został przedstawiony pełny spis inteligencji pisowskiej.
    Na tak wielki kraj nie jest to liczba zatrważająca.
    Ale lepiej wiedzieć z kim się ma do czynienia .
    Powód a może raczej pretekst do jej powstania (ogłoszona na łamach RP to znaczy jawna?),
    dała koszmarna działaczka pisowskiego frontu ideologicznego niejaka pani redaktor Gargas niedawno mianowana a następnie zdekapitowana przez to samo ciało pisowsko-seldowskie, które ją uprzednio wywyższyło!
    W myśl zasady im wyżej będziesz tym szybciej zlecisz.
    Bardzo śmieszny teatrzyk w sam raz coś dla pana Mzurka 1
    Chyba ,że też wpisał się na listę obecności pisiaków!

  3. Też tak sądzę dodam jeszcze , że nie tylko leciwych ale i bogatych

  4. Panie Bogdanie, z całym szacunkiem i sympatią do Pańskich pomysłów, tym razem zgodzić się nie mogę. Stwierdzenie, że rolę eksperta powinny pełnić osoby 50+, jest kompletnie nietrafione. Owszem, doświadczenie powinno być doceniane. Nie możemy jednak zapominać, że świat bardzo się zmienia, a w Polsce i tak mamy zbyt wielu ekspertów myślących w bardzo starych kategoriach (o gospodarce, internecie, problemach obywateli i sposobach ich rozwiązania; o nauce już nie wspominając)…

    Właśnie przez tego typu ekspertów, którzy nie są w stanie wymyślić żadnego nowego rozwiązania nowego problemu, a co najwyżej czekać, aż ktoś w USA lub Europie wymyśli rozwiązanie i bezmyślnie je skopiować (nie zwracając uwagi na to, czy jest szansa, by u nas się sprawdziło) mamy większość problemów, o których wie każdy, ale jakoś nic się nie robi.

    Przykład? Proszę bardzo. Mamy całkiem niezłych naukowców, także młodych, a jednak system szkolnictwa wyższego totalnie nam się rozpada Uczelnie kształcą jedynie masy bezmyślnych i nieprzygotowanych ani do pracy naukowej, ani też do pracy zawodowej absolwentów, którzy do tego wybierają kierunki gwarantujące im w zasadzie problemy ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Miło zatem posłuchać Panią Minister opowiadającą o tym, jaka to wspaniała będzie polska nauka za 20 lat oraz wielkich profesorów (którzy w większości ostatnią pracę opublikowali 20 lat temu w gazetce uczelnianej) kłócących się w zasadzie o to, kto i jak dużą władzę na uczelni mieć powinien. Problemem w tym przypadku bynajmniej nie jest brak doświadczenia, intelektu czy wiedzy, lecz właśnie chęć braku zmian, zakonserwowania uczelni w formie, jaką każdy zna sprzed 20-50 lat. A tak niestety się nie da…

  5. Zgadzam się w całej rozciągłości poza jednym. Psucie gabinetów politycznych zaczęło się nie za koalicji PiS+przystawki a od ich powstania. Wynika to głównie ze słabości naszych partyjek politycznych. Otóż eksperta politycznego wysokiej klasy kształci się długo. A jak partia nie obrosła osławionymi „think tankami” to nie ma go gdzie zimować żeby z głodu nie umarł i żył na jakim takim poziomie. A i tak 90% wymięka i idzie do biznesu albo pracować jako regularny urzędnik. Bo gabinet polityczny to fucha w swej istocie kiepska, zagrożona likwidacją z byle powodu (patrz np. poprzedni ministrowie sprawiedliwości). Nasza polityka może się profesjonalizuje marketingowo ale deprofesjonalizuje w wymiarze urzędniczo obsługowym. A jest to wymiar ważny. Żadna polskich partii nie ma zasobu kadrowego aby z marszu obsadzić rząd. Nie ma ludzi nawet na połowę stanowisk. I dlatego ministrowie z łapanki to norma nie wyjątek.

  6. Ano wlasnie – obrzydliwosc. Usiluje sobie wypobrazic, ze w Anglii jakikolwiek minister wysyla swego civil servanta po papierosy, albo nawet kawe z automatu w korytarzu! No, nie mialby jednak odwagi. I balby sie gazet…

  7. siwi profesorowie, nastawieni, że należy robić tak, „Bo tak się zawsze robiło”.
    młode, pryszczate wilki, wykształcone w niemczech, w stanach, w uk; z językami, z otwartymi głowami.

    uproszczenie. liczy się kryterium kompetencji, nie wieku.

    1. Naturalnie. Tylko w pojęcie „kompetencje” wchodzi również kategoria „doświadczenie”. A wykształcenie w Niemczech (osobiście bardzo cenię) może dotyczyć równie dobrze „marketingu i zarządzania” (tfu!), jak jakiejś inżynierii. Zaś otwarta głowa bywa często pusta. BTW, w pańskim komentarzu też można się dopatrzeć kryterium wieku; tyle że zapewne odwrócone. Zgódźmy się: młodość sama w sobie sobie, to żadna wartość. Tylko w matematyce (i fizyce teoretycznej) szczyt możliwości intelektualnych przypada przed trzydziestką; wszędzie indziej grubo później, w zarządzaniu zaś wręcz po 50. A dawanie posad za noszenie teczki to głupota. I obrzydliwość.

Możliwość komentowania jest wyłączona.