PZPR

pzpr[1] Jeden z moich czytelników (słuchaczy, widzów?) imieniem Grzegorz napisał ostatnio, komplementując skądinąd moje pogawędki matematyczne na Youtube: …Artykuł w Wikipedii opisuje pana także jako byłego członka PZPR.  Ponieważ jako dziecko (chodzę po Ziemi ponad dwa razy krócej niż pan) nigdy nie słyszałem nic dobrego o PZPR, ciekaw jestem jakie jest pańskie zdanie na jej temat i czy przynależność do tej organizacji zmieniła cokolwiek na lepsze w pańskim życiu.  Przepraszam, jeśli moja dociekliwość była nie na miejscu.

Nie, panie Grzegorzu: to pytanie nie jest “nie na miejscu”. Tak mi się zresztą wydaje, że w ogóle mało jest pytań “nie na miejscu”; jest za to wiele pytań, zadawanych niewłaściwym tonem lub z niesympatyczną intencją; ale to już do dzisiejszego tematu nie należy – tym bardziej, że ta uwaga o niewłaściwym tonie i intencji nie dotyczy pana w najmniejszym nawet stopniu.

Więc odpowiem, zdając sobie sprawę, że narażam się na a) wyszydzenie, b) potępienie, c) kompletny brak zrozumienia. Odpowiem, jak umiem. Szczerze.

Otóż lewica ciągnęła mnie od dzieciaka. Przede wszystkim – to zapewne nietypowa motywacja – głoszonym racjonalizmem, który był głęboko i żarliwie mój. Słowa “naukowy światopogląd” dla młodego chłopaka, wychowanego w kulcie nauki i naukowców, z wyboru osobistego od najwcześniejszych lat zaciekłego ateisty, rozczytanego od maleńkości w Darwinie, Wolterze i Diderocie, miały urok nie do opisania. Nic więc dziwnego, że ideologia ta stała się już pod koniec szkoły podstawowej – głównie oczywiście emocjonalnie – moją własną.

Na dodatek bardzo do mnie przemawiała idea sprawiedliwości społecznej. Sam pochodzę z warstw niegdyś uprzywilejowanych i uprzywilejowanie to wydawało mi się niezasłużone: niby dlaczego miałbym się mieć lepiej od Franka czy Józka tylko z tej przyczyny, że moi rodzice zarabiali przed wojną zapewne tyle dziennie, co ich miesięcznie?

Ten pogląd towarzyszy mi do dziś zresztą. Miałem na studiach kolegów, którzy w innych warunkach ustrojowych zostaliby zapewne pastuchami. No, może któryś – z racji zdolności – dochrapałby się funkcji wiejskiego pisarza czy rachmistrza. W PRL jeden z nich został pierwszym z mojego rocznika pełnym profesorem matematyki, drugi – po zrobieniu jeszcze doktoratu z ekonomii – doszedł do stanowiska ministra III RP. To był wielki plus tego PRL-u i jego “siły kierowniczej”. Nadal jestem o tym przekonany. Kto wie, czy nie największy. Już za samo to należy dorobek PZPR uznać za dodatni.

Akces do tego ruchu był więc dla mnie oczywisty i naturalny. Wstąpiłem najpierw do ZMP, tak szybko, jak na to statut pozwalał – i uczyniłem to nie dla jakiejkolwiek kariery, tylko z głębokiego przekonania o słuszności tego kroku. Nie zamierzałem być członkiem biernym; nie dla demonstracji zrobiłem to, co zrobiłem. Oczywiście, nikogo – w szczególności rodziny, która zapewne nie byłaby zachwycona – nie pytałem o radę. Nikt mnie też siłą nie “wciągał na członka”; to ja się o to starałem, a jako osobie z niezupełnie właściwym, bo nieproletariackim i niechłopskim pochodzeniem, nie było mi łatwo. Chciałem.

Wkrótce dostałem po uszach. Owo niewłaściwe pochodzenie plus głęboka wiara w piękne tezy naszego ruchu, która materializowała się u mnie nieliczeniem ze słowami i tzw. pyskowaniem – to przecież oznaczało nieuniknioną katastrofę. I ona nadeszła. Ukończyłem szkołę jako prymus; teoretycznie powinienem zostać w tamtych czasach przyjęty na wymarzone studia matematyczne bez egzaminu. Nie tylko nie zostałem przyjęty, ale oświadczono mi, że żadne studia w moim wypadku nie wchodzą w rachubę. Do końca życia.

Nie przyjąłem do wiadomości, że to jest (był, dziś to widzę wyraźnie) błąd systemowy. Uznałem, że paru idiotów nic nie rozumie z naszych Idei. Ruch ma rację – myślałem – ale ludzie są omylni. Rok ciężko tyrałem jako instruktor “czerwonego harcerstwa”. Po 12 miesiącach partia pozwoliła mi iść na studia; “do końca życia” tyle tylko potrwało. Musiałem jedynie złożyć uroczystą obietnicę, że nie będę nosił już krawatów w palmy i butów na słoninie, ani garniturów kosztowniejszych niż towarzysz sekretarz (tej obietnicy nie dotrzymałem; boleję nad tą wiarołomnością do dziś, ale się jej wcale nie wstydzę…).

Tu mała dygresja. Rzeczywistość widziałem – zgodnie z doktryną – tak: znakomitej większości ludzi nic się nie chce i jest im dokładnie wszystko jedno, kto i jak nimi rządzi. To jest jakieś 80% społeczeństwa: nie chce im się, i już; to są masy – albo, jeśli kto woli, motłoch.

Pozostałej części się nie tylko chce, ale jest ona – jak to się wtedy mówiło – awangardą. To ludzie, którzy świat rozumieją. Mają świadomość (w tamtych czasach z obowiązkowym przymiotnikiem: klasową), mają wiedzę, są znacznie od pozostałych lepiej wykształceni, mają ów – wedle dzisiejszej terminologii – power działacza. Są przywódcami.

Najlepsi z nich tworzą Partię. I ona ma takie oto zadanie: historia rozwija się wedle reguł naukowych, w sposób nieunikniony, w kierunku socjalizmu, ale trochę wolno; więc ten rozwój trzeba wesprzeć, przyspieszyć. Na przykład w ten sposób, że się da temu i owemu kopa na rozpęd. Cel wszak szczytny.

Jak można nie chcieć być wśród najlepszych?

Ale jednak dość długo nie miałem na to specjalnej ochoty. Widzi pan, panie Grzegorzu: była Marta. A potem jeszcze bardziej Baśka. A potem Anna. i Inka. I… mniejsza z tym. I wszyscy lubiliśmy dobre wino, jazz i brydża… Naprawdę, mieliśmy lepsze zajęcia niż politykowanie. W każdym razie dużo przyjemniejsze. A metody dawania historii owego kopa na rozpęd czasami bywały nieeleganckie…

Ale długo myślałem “gdzie drwa rąbią”…

I nadszedł rok 1967, potem zaś 1968. W 1967 piłem wódkę za armię izraelską, która dała w dupę jednemu z ostatnich faszystów (tak go ocenialiśmy wówczas z przyjaciółmi), Gamalowi Nasserowi. W 1968 okazało się to już czynem na granicy występku. W Polsce zaczęła się też podnosić brunatna hydra. Siedziała właśnie w PZPR, byli to zwolennicy Moczara. “Polscy nacjonaliści”. “Narodowi komuniści”. Wielu moich przyjaciół skrzywdzono, liczni się zaczęli pakować i wyjeżdżać. Bywałem co i raz na Dworcu Gdańskim; odjechał stamtąd mój druh serdeczny i nauczyciel, Ryszard Serafinowicz, wielki dziennikarz. Zaczęło się robić dość strasznie.

I wtedy jeden z moich ówczesnych (a i dzisiejszych) przyjaciół – był w Partii – powiedział: choć do nas, trzeba się temu przeciwstawić, bo zaraz będziemy tu mieli endeckich bandytów w czerwonych krawatach i getta ławkowe; Dmowski już maszeruje. Posłuchałem. Nie bez namysłu. No i Moczara dało się dość gładko spławić.

A ja – jak w starym dowcipie – “jak spowiadam, to spowiadam”. Rola “biernego członka” – nie dla mnie. Zaangażowałem się po uszy. Nie ukrywam: pełniłem różne (niezbyt wysokie, ale zawsze) funkcje partyjne z wyboru. I z mianowania też. Mogę pana jednak zapewnić: nigdy niczego nie zrobiłem z nakazu ani wbrew sobie, ani dlatego, że mi coś za to dano; zawsze sam chciałem. Nie sądzę, bym kogoś skrzywdził; co najwyżej parę osób pryncypialnie op…

Bardzo lubiłem Gierka. Po przaśnym Gomułce, który mi zamknął moje ukochane “Po prostu” i zapluwał się przy tasiemcowych przemówieniach, był świetny. Uprawiałem jego “propagandę sukcesu” całkiem świadomie. Popierałem go właściwie bez zastrzeżeń. Przynajmniej do 1976 roku żyło mi się rewelacyjnie. Popsuło się w 1980.

Rzecz w tym, że nie zawsze chciałem tego, czego chcieli inni; wręcz: rzadko tego chciałem. Wprawdzie w najmniejszym stopniu nie byłem sympatykiem “wielkiego ruchu społecznego”, głównie dlatego, że mi strasznie – ale to naprawdę: strasznie – przeszkadzały te msze, wiadomy znaczek w klapie i teksty o tym, kto będzie wisiał na drzewach zamiast liści. Nigdy nie miałem sympatii do Robespierre’a; ani nawet do Dantona. Ale i druga strona też mi się nie całkiem podobała (nie mam na myśli Ludwika XVI, choć to był dupek i skoro przywołałem panów R. i D. to muszę i jego…), i nie kryłem tego. Znów pyszczyłem.

Więc jak przyszedł stan wojenny, to mnie negatywnie zweryfikowali i koniec końcem wyleli z telewizji (choć paru miłych, a wysoko postawionych ludzi sabotowało tę decyzję dość długo). Nie mogli mi darować na okładce tygodnika “Antena” (nie mój to był pomysł, ale ja – jako ówczesny szef wydawnictwa – za to odpowiadałem i z pełnym rozmysłem “nie dałem odporu”) lektora Dziennika Telewizyjnego z wyretuszowaną twarzą. To moich towarzyszy zabolało, ten brak twarzy. Nie pomyśleli, że można sobie ten symbol tłumaczyć niekoniecznie wyłącznie na korzyść “S”, ale na przykład też jako krytykę ICH głupoty.

Drugą przyczyną negatywnej oceny mojej osoby był… przyjaciel. Tak, tan sam, który mnie w 1968 namówił. Otóż ten przyjaciel został akurat uznany za Wroga; każdego dziennikarza zresztą pytali o stosunek do niego, taki stał się wtedy ważny. A ja się go nie wyparłem, bo Partia – Partią, żona – żoną, a przyjaciel – przyjacielem. I nawet coś tam podpisywałem w proteście przeciw jego wywaleniu z PZPR. Bez skutku.

Więc jego wywalili ze wszystkiego – a mnie tylko z pracy. I, jak mówiłem, nie od razu.

Zapyta pan, panie Grzegorzu: a dlaczego nie rżnął pan właśnie wtedy czerwoną legitymacją o podłogę? Wszak zrobili to Rolicki, Walter i tylu innych?

Szanuję ich decyzję, ale ja reaguję inaczej. Nikt mnie nie może posądzić o koniunkturalizm, bo najważniejsza jest przecież praca i dochody. To, że nie rzuciłem wtedy legitymacji – w tym sensie nic mi nie dało. Pracę załatwili kumple, mocno średnią – ale wyżyć się dało; zresztą, i Rolicki i Walter mają się dziś znacznie lepiej ode mnie. A ja sobie po prostu myślałem, że rozsądek musi w końcu wygrać. Jak mnie nie będzie – szanse na zwycięstwo rozsądku będą ciut mniejsze, myślałem nieskromnie. Pyszałek jestem, widzi pan.

Mijały lata. Było coraz wyraźniej widać, że System jest do bani: nieskuteczny. Ale z tonącego statku się nie schodzi. Niehonorowo. Tak samo gdy się złożyło przysięgę oficerską, to nie można pomagać przeciwnikowi; nawet gdy ów przeciwnik jest całkiem sympatyczny, a “swój”znacznie  mniej. Dlatego dla mnie – tak przy okazji – Kukliński jest zdrajcą i nie będzie inaczej. Trudno. Wiem, że moje stanowisko to głupia szlachetczyzna i oficerskie zupactwo – ale nie umiem inaczej. Tak się składa, że jestem oficerem (artylerii, dla jasności).

Więc oddałem tę czerwoną legitymację dopiero wówczas, gdy Mietek Rakowski powiedział “sztandar PZPR wyprowadzić”. Słusznie powiedział. A ja prawdę powiedziawszy oddałem ją tylko w przenośni: leży w biurku, w archiwum. I na moje w końcu wyszło: rozum zwyciężył. Po obu stronach. Mam na myśli oczywiście Okrągły Stół.

Podsumowując: było w PZPR sporo idiotów i tępaków. Ale było też mnóstwo autentycznych inteligentów, fajnych, wykształconych i mądrych ludzi, na których można było liczyć. I wiele przedsięwzięć i decyzji nieboszczki Siły Kierowniczej nadal uważam za słuszne. Na przykład, telewizję z wszystkimi ograniczeniami propagandy sukcesu i cenzury mieliśmy o niebo lepszą niż dziś. Wyższe uczelnie też miały nieskończenie wyższy poziom. Nawet ta wyśmiewana Wyższa Szkoła Nauk Społecznych przy KC PZPR była wielokrotnie lepsza niż większość dzisiejszych prywatnych Wyższych Szkół Tego-i-Owego. Nasi twórcy kultury też mieli się znacznie lepiej, a i lepsze dzieła zrobili. Awans społeczno-kulturalny mas to też coś, czego nikt PRL-owi nie odbierze.

Czy przynależność do PZPR zmieniła coś na lepsze w moim życiu?

Przyznam, że zaskoczyło mnie to pytanie. Nigdy nie patrzyłem na sprawę w tych kategoriach.

Moja odpowiedź brzmi zatem: nie. Wcale mi o to nie chodziło zresztą. Wręcz przeciwnie, parę rzeczy zmieniła na gorsze: gdyby nie ten cały socjalizm, a przedtem wojna, pewno nadal mieszkałbym w tym luksusowym mieszkaniu na Mokotowie, z lokajami i pokojówkami. Ale raczej spacerowałbym po ogrodach jakiegoś Princeton czy Oxfordu. I wie pan co? Uważam, że stało się sprawiedliwie. Bo może wspomniany wyżej kolega Wiesiek nie zostałby profesorem; a należało mu się.

Ale może zmieniła się troszkę – ona, owa Siła Kierownicza, dzięki naszej pyskatej i nieformatowalnej pace? Może popełniła jedno czy dwa głupstwa – mniej?

Więc gdyby można było żyć jeszcze raz…

Powiedziałbym jak Bertrand Russell: popełniłbym wszystkie te same głupstwa. Tylko wcześniej.

Reblog this post [with Zemanta]
Advertisements

78 myśli na temat “PZPR

  1. ” się nie odzywać, ale pokusa zostania naprędce ”

    Nu, ja wiem, Wy takie, jak dzieci przy słoiku z marmoladą śliwkową…
    I nie ma się co złościć, trochę humoru, ale, dla odmiany, na gojskich warunach…

  2. Miałem się nie odzywać, ale pokusa zostania naprędce wyszkolonym Żydem jest zbyt silna… NIE PISZE SIĘ „WZIĄŚĆ”, TYLKO „WZIĄĆ” panie gruntownie wykształcony (historycznie zwłaszcza) goju…

  3. „człowiek z tytułem naukowym (z kropką). Co wydaje się być dla Pana ważne.”

    Ci z kropką mieli troche bardziej pod górkę w życiu. To czyni ich bardziej wiarygodnymi.
    Jeszcze raz: Pan Goebels miał swoje poglądy, a ja mam swoje. Tłumaczenie oraz dogłębna
    exegeza tychże jest wyłącznie Pana dziełem, to i Pan powinien wziąść za to odpowiedzialnść.

    Co zaś do poprawnośći pisowni.
    Przed rokiem 1939 Polska posiadała sporą część obywateli ktorzy byli pochodzenia żydowskiego. Rożnili oni się bardzo od rodowitych Polaków, budową ciała, ubiorem i, co najważniejsze językiem. Słabo znali polski, wlasnego nie mieli, używali „jiddisch” który jest niechlujnym zlepkiem kilku języków, z przewagą niemieckiego.
    Między inymi z tych powodów Polacy nie byli w stanie ich ukryć, i okupanci niemieccy mogli ich w znacznym stopniu wymordować. Ich bracia (Żydów) w Ameryce, choć mogi im pomóc, ie kiwnęli nawet palcem.
    Ci Żydzi co przeżyli nauczyli się z tej lekcji.
    Z zaciekłością własciwą swej nacji, postawilina naukę języa, m.in. polskiego.
    Technicznie się to powiodło, lecz jak zwykle, i ze wszyskim innym, czego się dotknęli, chybili celu, nie zrozumieli myśli za tym. Tak jak z literaturą, finansami, przedsiebiorczością, ba, nauką nawet.
    Dziś posługują się językiem tak, jak troglodyta maczugą.
    Nie aby zrozumeć i przekazać, ale aby waląć w łeb, ośmieszyć, i ostatecznie, uciszyć swego dobroczyńcę, od którego to, co ma, dostał, darmo…

    Można być pewnym ze ten, co się wyśmiewa z cudzych błędów pisowni, to jest naprędce wyszkolony Żyd.

  4. Inspektorze, czy ja twierdziłem coś innego? Ja po prostu konstatuję zbieżność pańskich (jak najbardziej własnych) poglądów z poglądami pana Dr. (też jego własnymi) – co powinno Pana cieszyć, w końcu człowiek z tytułem naukowym (z kropką). Co wydaje się być dla Pana ważne.

  5. „Pan Dr. Joeseph Goebbels byłby ”

    Proszę mi nie przyklejać łatek, Panie telemach.
    Pan Dr. Goebbels odpowiada za swoje słowa, nawet pośmiertnie, a ja za swoje.

Możliwość komentowania jest wyłączona.