PRL vs III RP. Przyczynek.

prl2[1] Nie ulega kwestii: PRL – ze swoją monopartią – nie była państwem demokratycznym w dzisiaj przyjętym powszechnie rozumieniu demokracji. Faktycznie, w szczególności karierę w tamtych czasach – w każdym razie urzędniczą czy gospodarczą, z artystami i twórcami było nieco inaczej – można było zrobić w początkowym okresie wyłącznie gorliwie i czynnie wyznając obowiązującą ideologię (no i spełniając – w różnym nasileniu zależnie od etapu – pewne dodatkowe warunki, jak posiadanie odpowiedniego "pochodzenia społecznego”, brak krewnych po niewłaściwej stronie granicy itp.) . W okresie schyłkowym owa “gorliwość i czynność” nie była już tak do końca obowiązkowa, w wielu wypadkach wystarczało używanie pewnych “zaklęć liturgicznych”; zdarzało się też, że zaklęciom tym towarzyszyło ewidentne “perskie oko” – i żadne negatywne konsekwencje temu nie towarzyszyły.

Jeszcze w zupełnie schyłkowych latach osiemdziesiątych, kiedy dla każdego trzeźwo myślącego człowieka jasne już było, że czerwony sztandar za moment zostanie wyprowadzony, jeden z moich znajomych na przykład został pozbawiony eksponowanego stanowiska za to, że publicznie powiedział, iż realny socjalizm w ewidentny sposób przegrał konkurencję gospodarczą z Zachodem. Inna sprawa, że z tego tytułu został po prostu przeniesiony na posadę dużo mniej prestiżową, ale równie dobrze płatną; o tym, by wyleciał z pracy nie było mowy…

Generalnie – jeśli ktoś (cały czas mówię o warstwie urzędniczej) raz dostał jakąś posadę, to utrzymując swój język w pewnych granicach konformizmu – mógł czuć się dość bezpiecznie. Nawet zawsze drażniące kwestie światopoglądowe, czyli stosunek do religii (poza “organami” i – w mniejszym nieco stopniu – wojskiem) nie miały większego znaczenia. Oczywiście, jakiś ministerialny dyrektor departamentu, czy prowincjonalny dyrektor dużego zakładu, demonstracyjnie chodzący do kościoła – był często źle widziany przez przełożonych, ale jeśli na przykład nie był on członkiem “siły kierowniczej”, uchodziło mu to na sucho. Od czasów Gomułki prawdę mówiąc dużo gorzej były tolerowane demonstracyjne zdrady małżeńskie czy rozwody…

Dziś sytuacja wygląda zgoła inaczej: mówić i myśleć można w zasadzie co się chce (choć i teraz radzę na jęzor w niektórych kwestiach uważać), pochodzenie społeczne w niczym nie przeszkadza, krewni za granicą są całkiem mile widziani, ale pojawiły się nowe patologie. Monopartia już nie istnieje; istnieje za to znaczących partii kilka, które – w różnych, jak wiadomo, układach – okresowo wymieniają się u władzy. Czy, jak niektórzy obrazowo rzecz ujmują, u żłobu.

No i oznacza to, że po kolejnych wyborach zaczyna się zawsze w urzędach fala zmian personalnych. Zaczyna się od ministrów, wojewodów i różnych “gabinetów politycznych”. Potem proces zmian sięga niżej; niekiedy bardzo nisko. Po roku czy dwóch od objęcia władzy już nie chodzi bezpośrednio o poglądy czy afiliacje polityczne, o zapewnienie “naszym” faktycznego wpływu na państwo czy gospodarkę; rolę grać zaczynają powiązania kumplowskie i rodzinne. “Tej małej Kasi (Ani, Marysi czy Zosi…), kuzynce – no wiesz, tego z Zarządu czy Komitetu – musimy załatwić robotę”. No i się załatwia, bo o robotę dziś dość trudno, zwłaszcza w urzędzie czy jakiejś spółce skarbu państwa. A że przy okazji kogoś, kto nie ma odpowiedniego znajomka czy kuzyna trzeba kopnąć w d***? No to się kopnie…

Lekarstwem na to miała być Służba Cywilna. Korpus zawodowych urzędników, dobieranych na zasadzie kompetencji fachowych i konkursu, bardzo trudno usuwalnych z pracy. Ale jakoś żadnej partii nie spieszno do konsekwentnego wdrożenia tej idei w życie. Powiada się bowiem, że ci, którzy pierwsi ów Korpus w pełni utworzą – ci obsadzą w nim kluczowe posady i dla ewentualnych następców po kolejnych wyborach zostanie już bardzo mało swobody ruchu personalnego. A tu przecież aktyw czeka i liczy na te rady nadzorcze czy dyrektury… A ów aktyw ma żony, dzieci, braci i kuzynów…

Sytuacja jest – jednym słowem – skomplikowana. Obawiam się, że mamy do czynienia z klasyczną “alternatywą akademika Kurcenki” (zaraz wyjaśnię!); za PRL było z tym źle, teraz jest też zgoła nie lepiej…

A owa alternatywa brzmi: tak ch**, i tak ch**. A więc: co robić?

Advertisements

3 myśli na temat “PRL vs III RP. Przyczynek.

  1. Co robić? To proste, robić swoje i nie oglądać się wstecz, a tym bardziej na ludzi, którym popaprało się w głowach od pogonie za dobrami doczesnymi.

    Pozdrawiam

  2. Sytuacja bez wyjścia, z perspektywą nieuniknionej porażki to po rosyjsku krótko, a dźwięcznie : „pizdiec”.

Możliwość komentowania jest wyłączona.