Interesy. Obrzydliwość.

TV%20Station[1] Zadzwonił do mnie niedawno pewien kumpel; taki z nieco dawniejszych lat. Złożył mile życzenia noworoczne i zapytał, czy wpadnę na tradycyjne spotkanie towarzyskie ludzi, których niegdyś łączyło pewne wspólne działanie (proszę wybaczyć, że nie podaję szczegółów: rodzaj tego działania i konkrety nie są istotne; zapewniam jednak, że nic to zdrożnego). Powiedziałem, że nie chcę. Życzę wszystkiego najlepszego, ale ja już do tego środowiska nie należę. Zdziwił się: a czemuż to? Wypierasz się ich?

– Nie – odparłem – absolutnie się nie wypieram. Przeszłości nie da się zmienić i wcale nie ma takiej potrzeby, przynajmniej z mojej strony. To owo środowisko, podejmując ostatnio pewne działania całkowicie sprzeczne – w mojej opinii – z naszymi niegdyś wspólnymi ideami, wyparło się mnie. Choć z pewnością o mnie, szaraku, nie myślało.

– Ależ stary – powiedział mój rozmówca dość zdumiony – chyba rozumiesz, że w określonej sytuacji trzeba przyjąć inną taktykę. A zresztą tu wcale nie chodzi o żadną politykę,  ideologię, ani nic z tych rzeczy. Tu chodzi po prostu o interesy…

W tym miejscu uznałem, że wypada zakończyć rozmowę. Ponowiłem życzenia wszystkiego dobrego, podziękowałem za pamięć i odłożyłem słuchawkę.

Interesy jako motywacja… W dodatku: zasadnicza, jeśli nie: jedyna.

Jakoś nie umiem się z tym pogodzić. To pewno rodzinne: pół wieku temu mój ojciec opowiadał mi ze zgrozą i zgorszeniem, że pewien jego przyjaciel – profesor porządnego amerykańskiego uniwersytetu – zrezygnował z kariery akademickiej i założył sklep z tytoniem i papierosami, czy coś w tym rodzaju, bowiem pozwoliło mu to zarabiać o połowę więcej niż na uczelni. Zgadzałem się ze “Starym” w pełni i do dziś nie zmieniłem zdania: to była okropność, obrzydliwość. Deklasacja, zdrada środowiska, policzek dla uczelni.

Moje stanowisko  dla wielu moich ówczesnych kolegów było wtedy dowodem niepojętego pięknoduchostwa; dziś jeszcze liczniejsze zgromadzenie, w tym wielu ludzi naprawdę mi bliskich, też uważa nas obu – ojca i mnie – za głupawych naiwniaków. W końcu: chodziło po prostu o interesy…

Jakoś nieodparcie kojarzy mi się to z często pokazywaną w filmach gangsterskich sceną: ponury facet wyciąga spluwę, z której ma za moment wypalić rozmówcy prosto w łeb, i mówi: wybacz stary, to nic osobistego; to wyłącznie interes…

Nie pojmuję. Nie pojmuję nie tylko wtedy, gdy chodzi o podniesienie – własnej, lub kumpli, ale głównie jednak własnej – stopy życiowej o połowę: od dostatku, do sporej zamożności. Nie pojmowałbym zapewne również wtedy, gdyby chodziło o przejście z przeciętności do owego dostatku. Pewno bym pojął, gdyby chodziło wyjście z nędzy; ale też nie jestem pewien. Zrozumiałbym, ale mordę bym skrzywił z niesmakiem i tak. Nie wszystko przystoi dżentelmenowi, widzicie. Wybór: żyć na klęczkach, czy umrzeć na stojący – dla wielu jest pozorny; dla mnie to dylemat.

Tak mi się to jakoś wszystko skojarzyło z sytuacją w telewizji publicznej i publicznym radiu. Nie ulega wątpliwości, że tzw. lewica (obojętne – SLD jako całość, czy też pewien jego podzbiór) zwarła deal z pisuarem. Mówią: a co mieliśmy robić, gdy “Trybuna” upadła, różne kampanie wyborcze się zbliżają… W końcu, jeden program radiowy dla nas – to sukces, jeden program (czy półtora) telewizyjny – to sukces jeszcze większy; dotrzemy do wyborcy…

Nie dotrzecie; i przecież całkiem nie o to chodzi. Po pierwsze dlatego, że jesteście totalnie niezdolni i nie znacie warsztatu dziennikarskiego dokładnie tak samo jak pisuary i paltformersi, nie mówiąc już o tym parszywym chłamie neonazistowsko-chadeckim, który tam rządził do niedawna. Po drugie dlatego, że w  warunkach komercyjnego działania nie macie na to żadnych szans: jak podskoczycie zanadto, to wam odetną reklamy i będzie po was w ciągu kwartału. Po trzecie dlatego, że media w zjednywaniu nowych zwolenników – a o to podobno w warunkach 8% poparcia głównie chodzi – nie odgrywają żadnej roli. Media utwierdzają ludzi w ich przekonaniach; nie zmieniają ich – to znana prawda.

Ale wy, ludzie inteligentni, przecież doskonale o tym wiecie. Więc jeśli się w to bawicie – to wyłącznie dlatego, że w tle jest właśnie interes: wasze spółki producenckie (w których z jednakowym entuzjazmem, mierzonym tylko wysokością faktury, zrobicie program pornograficzny, jak i  transmisję z kolejnej mszy), konieczność załatwienia godziwych dochodów paru nieudacznikom, potrzeba odwdzięczenia się zacną pensją temu-i-owemu za poparcie, czasem chęć wylansowania jakiejś dupencji, która wiedziała kiedy i przed kim się rozkraczyć…

No i dlatego, kochani: mam was noworocznie w dupie.

Advertisements

11 myśli na temat “Interesy. Obrzydliwość.

  1. Panie Bogdanie – Do Siego Roku 2010! I jeszcze wielu, wielu lat…
    🙂
    Rozbawiło mnie to wańkowiczowskie całowanie tyłka – musiało mocno wkurzyć to eseldowskie bratanie medialne z pisiorstwem. Ja podobnie ostatnio oświadczyłem Panu Premierowi, że „mam w dupie oświadczenie w sprawie senatora Piesiewicza” i przebiłem propozycją „całowania mego tyłka przez rząd miłościwie nam panującej Platformy (Jakoby) Obywatelskiej” po nominacjach antykryzysowych.

    To reakcja na zawód sprawiany wyborcy, czy zwolennikowi. Zawód to gorzki, bo sprawiony tym, którzy w jakiś sposób popierali i zostali oszukani, albo czują się oszukani. W sumie, na jedno wychodzi!

    Tyle, że znowu zostaniemy skazani na wybory PRZECIW, a nie ZA. Kolejny już raz. W końcu może nastąpić zmęczenie materiału wyborczego, i zamiast na wybory pójdę do kina…

    Pozdrowienia i powodzenia

  2. Uśmiałem się serdecznie, zwłaszcza z końcówki tekstu, cóż, niezależność ma swoją cenę. Można być zwolennikiem, oponentem, można być z przekonania przedstawicielem lewicy, prawicy, centrum, można nawet zostać księdzem lub szafarzem. Jest jednak coś ważniejszego, należy zawsze być człowiekiem, o czym wielu już zapomniało i żyć zgodne ze swoimi ideałami, które dla wielu mogą być niezrozumiałymi z prostej przyczyny – zapomnieli już czym jest moralność i dobre wychowanie, a to zwykle wynosi się z domu prócz sreber rodowych i cudzej żony. Wszystkiego najlepszego w NOWYM ROKU.:)

  3. Najpierw, panie Bogdanie, proszę przyjąć najlepsze życzenia noworoczne. Obym mógł czytać Pańskie komentarze do końca świata i jeden dzień dłużej, i oby nie musiały być już gorzkie.
    Zastanowiłem się nad tym amerykańskim profesorem i jakoś nie mogę przyznać pełnej racji Panu i Pana ojcu. Wasza opinia zabrzmiała tak, jak gdyby poza pracą naukową i dydaktyczną wszelka inna praca hańbiła. Człowiek nie miał widocznie już serca do nauki, jeśli zdecydował się na odejście i to za niewiele więcej niż miał. Zdaje się, nie byłoby z niego pożytku w tej dziedzinie. A zajął się uczciwą pracą, nie został gangsterem. Jedyne, co mu liczę na minus, to sprzedawanie akurat papierosów, paskudnego towaru, jakkolwiek legalnego.
    Osobiście nie sądzę, że Pan jest zdania, że praca inna od naukowej jest dużo mniej warta. Ale tak to jakoś zabrzmiało… No chyba że czegoś ważnego o tej sprawie czytającemu nie wiadomo.
    A o SLD to prawie szkoda gadać. Wypadają dużo gorzej niż amerykański profesor.

    1. Dziękuję za miłe słowa. Co zaś do meritum… video meliora proboque, deteriora sequor. Wiem, że to podejście z gruntu niesłuszne i przez historię skompromitowane; wiem, że żadna uczciwie wykonywana praca nie hańbi. Ale jednak wysublimowana praca intelektualna, twórcza (niekoniecznie naukowca, także artysty, lekarza, inżyniera) jest dla mnie czymś nieskończenie lepszym (poprawka: szlachetniejszym) od zajęcia – dajmy na to – kupca, biznesmena, handlowca, specjalisty od marketingu; nie mówiąc już o innych, których tu nie wymienię, bo by mnie na ulicy skopali. Wiem świetnie, że to podejście typowe dla ziemiańskiego darmozjada (którym w najmniejszym nawet stopniu nie jestem); cóż jednak na to poradzę. Tak czuję po prostu. Kwestia gustu. I bardziej będę lubił średniej klasy fizyka czy biologa – nie każdy w końcu musi mieć Nobla – niż, powiedzmy Steve Ballmera czy jakiegoś wielkiego gracza na giełdzie. Albo nawet od tego spryciarza, który stworzył Ikeę…

  4. Skoro

    Media utwierdzają ludzi w ich przekonaniach; nie zmieniają ich

    ,

    to dlaczego:

    [działacze SLD] Wszystkie pieniądze, jakimi dysponowali (…) powinni przekazać po prostu “Trybunie”, zapominając o wszelkich reklamach ulicznych, imprezach masowych, gadżetach wyborczych itp. Dla partii politycznej, szczególnie biednej i opozycyjnej, nie powinno być ważniejszej sprawy od własnej gazety.

    ?

    Tylko po to, by zatrzymać tzw. twardy elektorat?

    1. Nie. Po to, że lewicowa gazeta codzienna – nie jakiś tam żałosny biuletynik, tylko właśnie porządna gazeta – jest społecznie potrzebna, choćby jako przeciwwaga różnych „Rzep” i „Polsk”. Żeby lewicowy czytelnik miał gdzie skierować własną aktywność. Zupełnie nie chodzi tu – w każdym razie nie przede wszystkim – o elektorat i wybory. Obawiam się, że z dealem z PiS rozumowano tak: będziemy mieli i billboardy, i na pensje dla apartatu i (za fryko) program II TVP i coś tam w radiu. A to niemożliwe – choćby dlatego, że PiS wykiwa towarzyszy bez cienia wahania, tak jak kiwnął Giertycha i Leppera. I pewno z tym samym skutkiem…

  5. Poeta pisał „idź wyprostowany, pośród tych, co na kolanach”…

    Z jednym się nie zgodzę: że lewewica nie dotrze dzięki dealowi do wyborców. Ależ dotrze, to tych inteligentnych właśnie już dotarło: ile lewewica jest warta. Co również na wynikach wyborów – jestem głęboko przekonany – zaważy.

  6. A pamięta Drogi Autor taką maksymę: „Nie jesteśmy komunistami, jesteśmy PRAGMATYKAMI”? Cały PRL przez te interesy upadł. Bo za dużo ludzi chciało zarobić. Też chcieli mieć buty na miarę, jak Rakowski. Innego sposobu na funkcjonowanie tego świata nie ma i nie ma się na co obrażać. Money makes this world go round…

    1. Nie za wszelką cenę. Nie ma niczego takiego, co byłoby warte współpracy z PiS-em. Włącznie z własnym istnieniem jako partii.

Możliwość komentowania jest wyłączona.