Kto się śmieje…

szmaja Zakończona ostatnio konwencja (czy jak się tam ten spęd w końcu nazywa) SLD, na której wybrano kandydatem na prezydenta RP Jerzego Szmajdzińskiego, wzbudziła ogólną wesołość, żeby nie powiedzieć rechot komentatorów. Oto dowody; czytamy w różnych źródłach, które zebrał Onet:

Konwencja SLD przypominała kabaret, a Jerzy Szmajdziński nie ma żadnych szans w wyborach prezydenckich – ocenił rzecznik rządu Paweł Graś. Tego samego zdania są politycy innych partii. Wszyscy – z wyjątkiem SLD – są przekonani, że kandydat lewicy jest skazany na wyborczą klęskę.

Tadeusz Cymański, europoseł PiS kpił z Aleksandra Kwaśniewskiego, który parafrazując Martina Luthera Kinga stwierdził, że „miał sen, o zwycięstwie lewicy w wyborach”. – To są mary, a nie sny. Mroczne widzenie. Dajcie spokój! A kysz – śmiał się Cymański. Jego zdaniem Szmajdziński nie ma żadnych szans na nawiązanie walki z Lechem Kaczyńskim ponieważ „brakuje mu siarki”.

Napieralski ograł Szmajdzińskiego

Z poważnego kandydata i imprezy robili sobie żarty. Było zbyt wesoło i kabaretowo.Dziś rano nie zauważyłem, żeby zadowoleni ludzie skandowali: Szmajdziński na prezydenta – stwierdził z kolei rzecznik rządu Paweł Graś. – A może to jest, jak z ludzkim życiem z daleka komedia, z bliska dramat – dodał Cymański. – Napieralski usunął ostatnią osobę, która mogła zbudować jakąś alternatywę. Trudno sobie wyobrazić, żeby Szmajdziński wygrał. Albo się wycofa jeszcze przed rozpoczęciem kampanii, albo przegra sromotnie. Dziwię się, że taki stary lis dał się takiemu młodemu wilczkowi nabrać na plewy – skwitował Graś.

I tak dalej, itp. No to zastanówmy się nad tą reakcją.

Po pierwsze, komentatorzy nie zauważyli (lub lepiej: usiłowali nie zwrócić uwagi), że SLD tworzy znów jedność. Powrócili bowiem Miller i Oleksy ze swoimi zwolennikami. Nie dołączył wprawdzie pajacowaty Nałęcz, który postanowił startować oddzielnie próbując odcinać kupony od swojej niezbyt eleganckiej działalności w komisji “rywinowskiej”, ale on nigdy nie był w SLD i to jego szanse i szanse stojących za nim zapluskwionych kanap – a nie Szmajdzińskiego – w tej rozgrywce są śmieszne.

Więc jedność; to ważny argument, bo Polacy – jak się okazuje – nie lubią podziałów i sprzeczek.

Dalej, za kandydaturą Szmajdzińskiego przemawia ważna postać ją firmująca, czyli były prezydent Kwaśniewski. Można się nabijać, z jego mowy, która tak wyraźnie i dość bezczelnie nawiązywała do słynnego przemówienia Martina Luthera Kinga, ale nie da się ukryć, że cel tego wystąpienia został w 100% osiągnięty: powtórzyły je wszystkie media, często w bardzo atrakcyjnej oprawie. Za coś takiego trzeba by w prywatnej kampanii sporo zapłacić; a tu – komentatorzy kwiczą ze śmiechu, a naród co usłyszał – to usłyszał. Ja wiem: Kwaśniewski ma mnóstwo wrogów; ale też nie do wrogów on mówił, lecz – najpewniej – do niezdecydowanych (bo zdecydowanych zwolenników SLD do niczego przekonywać nie musi)…

Następnym atutem Szmajdzińskiego jest sam Szmajdziński. Już dostrzeżono jego pewne fizyczne podobieństwo do Kennedy’ego; można się z tego nabijać ile wlezie, ale nie radzę; wiele kobiet właśnie to weźmie pod uwagę. Poza tym Szmajdziński jest spokojny, bardzo inteligentny, świetnie wykształcony i ogromnie doświadczony; jeśli idzie o tzw. ogólne wrażenie, to leje Tuska o dwie długości, nie mówiąc już o Panu Prezydencie. I proszę nie domagać się ode mnie uzasadnień.

Kolejna sprawa, przemawiająca za Szmajdzińskim, to wspomniany na wstępie rechot komentatorów – tak dziennikarzy, jak i polityków. Będzie on “pasował intelektualnie” jego zdecydowanym przeciwnikom; ale przecież tych nikt i niczym nie zmieni, więc ich dobre samopoczucie staje się w tym kontekście bez znaczenia. Natomiast wielu innych – choćby ludzi nieco przekornych, jak ja – natychmiast wkurzy. Ci ludzie z irytacji na prawicowe agresywne bałwaństwo gotowi będą nawet dołączyć do kampanii Szmajdzińskiego, a już na pewno będą na niego głosować razem z “żelaznym elektoratem” SLD.

Poczekamy teraz na program. Jeśli będzie on zawierał postulat rzeczywistej, a nie tylko formalnej laicyzacji państwa (a wiem, że będzie); jeśli zawarte w nim będą istotne odniesienia obyczajowe, różniące się od kruchcianych postulatów różnych Gowinów i Terlikowskich; jeśli odwoła się on do inteligencji jako najważniejszej warstwy społecznej epoki gospodarki opartej na wiedzy – to zobaczymy, kto będzie się śmiał na końcu. Nie rechotał; bo rechocze wyłącznie endecki kibol mentalny. Waśnie: śmiał się, szeroko rozdziawioną gębą.

Mam nadzieję, panie Wildstein, panie Ziemkiewicz, panie Rydzyk, panie Pospieszalski, panie Rymanowski et consortes – że to ja się będę się tak śmiał. Pamiętajcie: w 1995 roku Kwaśniewskiemu też nikt szans nie dawał. I rządził 10 lat… W 1995 roku byłem w Płocku razem z Aleksandrem Małachowskim na jego konwencji wyborczej. Na konwencji Szmajdzińskiego też będę; a i pan Aleksander – gdyby ten wielki człowiek żył jeszcze – też byłby ze mną bez wątpienia.

Venceremos.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Kto się śmieje…

  1. Miller kiedyś powiedział
    „Nie ważne jak mężczyzna zaczyna, ważne jak kończy”

    moim zdaniem kończy marnie (jak dla mnie skończył się poprzez ożenek z Samoobroną).

    Co do Szmajdzińskiego-raczej bez szans!?

    Wszystko się rozegra między kandydatami PiS i PO (obojętenie kto tam zastartuje)

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.