Burza o emerytury. Głos Ireny Dziedzic.

Irena Na czołówkach gazet – sprawa emerytur. Wychodzi na to, że w sporej części globu, a już w szczególności u nas, coś z tym sknocono. I mogą być kłopoty. Dla rządów; bo my, emeryci, te kłopoty mamy od dawna – i mała pociecha, że w przyszłości będzie gorzej. W końcu dotknie to naszych bliskich: dzieci, wnuków…

Proponuję, byśmy raz jeszcze sięgnęli do chwalonej w tym miejscu niedawno książki Ireny Dziedzic; sprzed siedemnastu lat! Oto, co pani Irena pisała – wówczas – na ten temat:

Czy starcza pani na życie? (pyta S. Zieliński)

Musi.

Milo, że pan się o to troszczy.

Jak pan wie, mam zawód, w którym dozwolone są honoraria i podatki.

Ale musi starczać milionom emerytów, których tak jak obrabowywano dawniej, tak są obrabowywani nadal.

Jak to się dzieje, że w krajach rozwiniętych o nowoczesnej medycynie, opiece i świadczeniach socjalnych, coraz więcej ludzi dożywa emerytury, a nikt tam nie słyszał o rewaloryzacjach, procentach, odłożonych emeryturach, podstawach wymiaru, sło­wem o tym wszystkim, co u nas wymyślane jest po to, aby ludziom mącić w głowach i nie dopuścić, aby doliczyli się tego, ile im się zabiera.

Sprawdzałam to.

Wie pan, co jedynie działa w krajach demokratycznych? Przelicznik. Jeden i ten sam do końca życia!

Wygląda to tak:

1. Rok przejścia na emeryturę

2. Miesiąc

3. Pełna średnia zarobków (bez żadnych potrąceń) z ostat­
niego roku, albo – z 3 ostatnich lat, albo – z 12 „złotych lat”, do
ustalenia.

4. Stosunek tej średniej do średniej krajowej w roku i miesiącu
przejścia na emeryturę.

Wynika z niego:

5. Przelicznik, który będzie obowiązywał do końca życia emeryta: np. 0,85 średniej, albo – 2,50 średniej, albo 10 średnich. Liczy się to, ile człowiek zarabiał, a więc ile płacił (ZUS-owi).

6. Powyżej ustalonej wysługi lat o ustalony procent za każdy rok więcej, poniżej wysługi lat, o ten sam procent za każdy rok mniej.

7. Dopiero teraz odlicza się procent, który ZUS potrącałby na cele własne i państwa: 3,4,5,8 czy 10 procent, od każdej emerytury. Taki sam – jako podatek.

8. I dopiero to jest sprawiedliwe.

Emerytura rośnie wraz ze średnią krajową. Automatycznie.

Człowiek na emeryturze – ma ten sam poziom życia, jaki wypracował i opłacił przez całe życie.

Nie większy niż zapracował. I nie mniejszy niż zapracował.

System komputerowy, którym dysponuje ZUS – obliczyłby wszystkie polskie emerytury w 3 miesiące.

Polskim emerytom opowiada się bez końca, że budżet nie ma pieniędzy.

Więc niech budżet nie zabiera cudzych pieniędzy i niech nimi nie szasta.

To nieprawda, że budżet łoży na emerytury. Jest dokładnie odwrotnie. To budżet czerpie pełnymi garściami ze składek na emerytury.

Na co?

Nie ja będę pierwsza, która to powie. Ale że ktoś to zrobi – to pewne.

Nie budżet płaci emerytom, tylko 18 milionów pracujących, blisko połowę swoich zarobków wpłaca na 7 milionów emerytur.

tak jak robili to pracując – dzisiejsi emeryci. Z 10 procent potrąceń – starczyłoby dla inwalidów i wszystkich pozostałych poszkodowa­nych przez los,

9. Wszystko. Cała filozofia.

10. Znam człowieka, który ponad 10 lat temu przeszedł na emeryturę, zarabiając blisko 7 średnich krajowych.

Teraz – jego emerytura – to niepełna jedna średnia.

I to jest skala rabunku.

Jeśli obecnie daje się nam kroplówkę, to stajemy się klasą wykluczonych.

Nie mam wątpliwości, że osoba, która ten numer na naszej starości wykonała, cieszyć się będzie dożywotnio swą synekurą.

Jeśli teraz czasem nie wiemy, na co idą nasze pieniądze… to przecież widać gołym okiem: na wyprawy od zera za minione pokolenia (bo trzeba jakoś wyglądać) oraz na ustawianie się – też od zera – własne i przyszłych pokoleń. Na “podróże życia” do “oazy wypoczynku”, jeśli w małżeństwie zapanuje np. lekki szmerek.

A teraz państwo pewno zapytają: dlaczego władza jest aż tak sexy?

No i jak się to ma do sytuacji dzisiejszej?

Advertisements

11 myśli na temat “Burza o emerytury. Głos Ireny Dziedzic.

  1. Pan o tym wie, ja o tym wiem. Ale masy, pojęte jako „opinia publiczna” czy też wyborcy, pojmują SLD jako lewicę i poprzez pryzmat tej partii kształtują sobie zdanie o „lewej stronie”. Oczywiście ja się zgadzam z tym, że ich szyld może nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością – i tak pewnie jest; tak samo, jak PO nie jest żadną partią liberalną, a PiS nie ma nic wspólnego ze swoją nazwą. Dlatego, według mnie, partie polityczne nie powinny mieć możliwości promowania się w mediach, bo to media formują obraz tych partii. Potem Kowalski idzie i głosuje na PO, bo lubi wolność, a pani w TV powiedziała, że PO to partia liberalna. Obecny stan to nie tyle demokracja, co mediokracja. Działalność polityczna powinna się odbywać „w terenie”, powinno się przekonywać do swoich programów politycznych „w żywe oczy”. Może wtedy świadomość wyborców uległaby jakiejś poprawie.

    1. To prawda. Ale nie jest to wyłączna wina samych mediów (choć ich szefowie mają w tym swój udział), lecz w dużej mierze sposobu uprawiania polityki, który z rzeczowej debaty o sposobach rządzenia państwem wyrodził się w bijatykę. Dziś nie dyskutuje się konkretnych rozwiązań, ale wszelkimi sposobami wali w łeb wroga politycznego. To już nie jest żadna polityka, ale zwykły cyrk dla ćwierćinteligentów, uprawiany przez półinteligentów (o ile obu stron tym sformułowaniem nie przeceniam).

  2. Pan, Panie Bogdanie, w ten sposób pojmuje lewicowość, ale partia polityczna spod szyldu SLD może pojmować ten koncept w diametralnie inny sposób, a to oni, jako „rządzący”, kreują twarz lewicy.

    Mnie do lewej strony dalej niż do Słońca, ale czego by Pan nie napisał, to się z Panem zgadzam (no, może 95% 😉 ), a więc w tym niezrozumieniu mogę się złączyć z jezterem.

    P.S. Chyba sobie sprawię tę książkę, zwłaszcza że na Alledrogo tanio hula. I mam nadzieję, że uda się udupić tego wydawcę.

    1. SLD (a i każda inna grupa ludzi) może się nazywać, jak chce – co to ma mieć wspólnego z rzeczywistością? To wszak tylko zabieg marketingowy! Tak samo PiS – to żadna prawica, ale zwykły narodowy socjalizm, zaprawiony katolicką nutką. O lewicowości – czy prawicowości – ugrupowania nie świadczy jego własna opinia czy deklaracja, ale osąd obiektywnych politologów. Nawiasem mówiąc to pojęcie nie jest liniowe, ale co najmniej dwuwymiarowe: w sferze gospodarczej można być lewicą, obyczajowo – skrajną konserwą i odwrotnie. Od dawna usytuowanie partii politycznych obrazuje się zatem na wykresie dwuwymiarowym.

  3. @ jezter: Z prostej przyczyny: niech same dochodzą do czegoś; tak jest – moim zdaniem – uczciwie. Są kraje (bynajmniej nie lewicowe, w najmniejszym stopniu!), w których podatek spadkowy sięga – od pewnej kwoty, czyli progresywnie – 90% i więcej. Oznacza to, że jeśli pański majątek wynosi np. 100 mln $, to pańskie dzieci mogą odziedziczyć 10 mln $, resztę bierze państwo; i tak bachorom starczy. W tych krajach opłaca się unikać podatków jedynie fundując uniwersytety, filharmonie, tworząc fundacje charytatywne i stypendialne; można więc kupić sobie przepustkę do historii (słyszał pan zapewne o Stanford University albo Fundacji Rockefellera?); sobie. Ale nie dzieciom. I to uważam za słuszne. Powtarzam: niech się same dorabiają jak są zdolne – a jak nie, to niech idą do szewca.

    1. Załóżmy więc, że zacząłem jako pucybut i dorobiłem się firmy, wartej 100 mln $.
      Dziecko moje dorastając pracuje w tejże firmie zarabiając ‚średnią krajową’, ucząc się biznesu. Wiedząc, że po mojej śmierci firmę odziedzczy. Ja umieram, państwo w myśl Pana idei nacjonalizuje 90% firmy, mojemu dziecku zostaje pakiet mniejszościowy i zarząd z nadania polityków. Tak, wiem, że można by inaczej ‚poprowadzić proces przekazywania firmy’, unikając być może takiej sytuacji. Tak, wiem, nie mam firmy wartej 100 mln $ i pewnie mieć nie będę. I wiem, co to Stanford University.
      Ale wszystko to nie zmienia faktu, że chciałby Pan moje dziecko z tych 90 mln $ (a tak naprawdę 100 mln $ bo wiemy, jak firmą zarządzać będą władze z nadania polityków) po prostu okraść, uzurpując sobie prawo do zarządzania wypracowanym przeze mnie majątkiem.

  4. Przyznam szczerze – nie rozumiem! W zajawce na stronie deklaruje się Pan jako lewicowiec, redystrybucję dochodów od ‚bogatych’ do ‚biednych’ powinien mieć Pan chyba ‚wypisane na sztandarze’. Więc powinien być Pan za również za tym, by zabierać pracującym i dawać emerytom – jako biedniejszym.
    Mam dziwne wrażenie, że powoli konfrontuje Pan lewicowe postrzeganie świata (przymusowe ubezpieczenia społeczne, będące tak naprawdę narzędziem do łupienia pracujących, państwowa służba zdrowia) i zaczyna Pan dostrzegać, że to TO nie działa.
    Cóż, lepiej późno, niż wcale…

    1. No właśnie. Dlaczego niektórzy uważają wszystkich ludzi, przyznających się do lewicowości, za idiotów, domagających się „urawniłowki”? Lewica – tak jak ja ją pojmuje – domaga się równości szans, nie aktualnych warunków bytowych. Te ostatnie człowiek sam sobie tworzy; chodzi o to, by nie był stracony na starcie bo ma gorsze pochodzenie, mniej wykształconego tatusia itp. Ale potem? Niby dlaczego byk, któremu nie chciało się chodzić do szkoły, ma mieć to samo co profesor uniwersytetu? Bo mają równe żołądki, jak to różne barany nie tak dawno głosiły? Ale łby mają całkiem inne… Więc: nie zabierać, aby dawać innym – tylko nie dopuszczać, by niektórzy mieli więcej tylko dlatego, że to odziedziczyli albo załatwili sobie układami. Stąd na przykład poparcie przede wszystkim dla kolosalnej progresji podatku spadkowego, stąd dążność do równego dostępu do szkół (ale już niekoniecznie na wszystkich szczeblach bezpłatnego, lecz na wszelkich szczeblach wspieranego bardzo wysokimi konkursowymi stypendiami dla 3-5% najzdolniejszych, bez względu na ich status życiowy). Poza tym dzisiejsza lewicowość – to przede wszystkim lewicowość obyczajowa: negacja tradycyjnej rodziny, równość płci i upodobań seksualnych, swoboda wyboru wyznania lub jego braku (stąd dążność do wyparcia wszelkich kościołów i wyznań ze sfery publicznej do ściśle prywatnej). To tak mniej więcej, napisane spod palca. A że prawica dorabia lewicy gębę Janosika – cóż, nic na to nie poradzę…

      1. Nie do końca rozumiem – jaka jest różnica między ‚progresją podatku spadkowego’ a janosikowaniem?
        Dlaczego chce Pan zabrać moim dzieciom to, co mogą po mnie odziedziczyć?

  5. A ja, panie Bogdanie, starałem się nie płacić tych haraczy -unikałem pracy na etacie, nie dałem się złupić przez dobrowolne ubezpieczenie twórców -w efekcie dziś jestem pozbawiony przyjemności narzekania na emeryturę, za to mam miłe wspomnienia z okresu, kiedy mogłem wydawać znacznie więcej pieniędzy na rożne szaleństwa, zamiast dawać je do państwowego dziurawego wora. Opłaciło się! Wiem, że nie wszyscy mogli tak postępować i teraz cierpią nie tylko z powodu wysokości jałmużny zwanej emeryturą, ale także szybciej, o co zresztą chodzi -opuszczają ziemski padół. Wystarczy parę spotkań z urzędnikami ZUS-u, a żyć się już nie chce.

  6. No i pięknie, a po co państwo w ogóle zabiera te składki? Będę się powtarzał. Oddajcie mi moje pieniądze już ja sobie sam wypłacę emeryturę. Albo moje dzieci. Zostawcie mi prawo wyboru.

Możliwość komentowania jest wyłączona.