Spotkanie z gwiazdą

Spotkałem się ostatnio z Ireną Dziedzic. Nie, nie osobiście – to robimy dość rzadko, kawał drogi nas dzieli, to i dużo częściej do siebie dzwonimy. A tym razem to nie był nawet telefon, choć od telefonu się zaczęło. Otóż pani Irena poprosiła mnie, abym sprawdził w Sieci, czy rzeczywiście jej przed siedemnastu laty wydana książka jest obecna w Internecie w dwóch wersjach kolorystycznych: brązowo-rudej i zielonkawo-niebieskiej; świadczyłoby to o tym, że były dwa wydania, podczas gdy wydawca zapłacił tylko za jedno. A więc – albo wydawca wykantował autorkę, albo ktoś zapiratował. Okazało się: prawda, są dwie wersje. Zajmiemy się tym zatem w odpowiedni sposób, ale nie o to teraz idzie.

Chodzi o samą książkę. Ze wstydem przyznaję, że jej dotychczas nie czytałem; po prostu, jakoś mi umknęła, a w księgarniach już jej nie ma od lat. Tymczasem Autorka co i raz mnie pyta o opinię… Tym razem wydałem więc kilkanaście złotych i znaleziony w jakimś sieciowym antykwariacie egzemplarz trafił do moich rąk.

Słuchajcie: dwa wieczory z głowy. To jest wspaniała lektura, wielce pouczająca i ogromnie zabawna (choć momentami również smutna). Pani Irena (czy uwierzycie, że znamy się już 48 lat, lubimy się – i nadal nie jesteśmy na „ty”; to chyba coś mówi o nas obojgu…) wykonała numer wręcz nieprawdopodobny: zgodziła się odpowiedzieć na wszystkie pytania grupy dziennikarzy pod warunkiem, że nie zostanie w jej odpowiedziach (udzielanych na piśmie) zmieniony nawet przecinek; co więcej, choć pytający chcieli na początku być anonimowi, to – pod dyskusji – w końcu z tego zrezygnowali; pani Irena wiedziała więc, kto pyta…

Naiwni i niebaczni. Chcieli ją przyprzeć do muru i zarzucić kłopotliwymi pytaniami… Ją? Mistrzynię wywiadu? Rozniosła ich na strzępy. To były odpowiedzi z cyklu no mercy, bez litości. Sędziwy Broniarek został zjedzony na surowo, nieco mniej sędziwy Atlas po prostu rozdeptany w błocie, były dyrektor programu 1 TVP, Sławomir Zieliński także dowiedział się o sobie znacznie pewno więcej, niż by lubił publicznie usłyszeć… Suum cuique, każdemu co mu się należało. Niech się karzełki nie porywają na Guliwera: kichnie, i już ich nie ma.

Swoją drogą – jakich to ludzi wychowywały tak zwane „dobre polskie domy”…  Nie tylko z nienagannymi manierami, nie tylko znakomicie wykształconych i pracowitych, ale z żelaznym charakterem, który tak się w „wiadomym okresie” jaśnie panience wielokrotnie przydał (ale i parę razy zdrowo zaszkodził). Warto o tym poczytać. Świadectwo epoki, w końcu.

Próbka. Wybrana przypadkowo, okazała się nienajbardziej jadowita. Pyta red. Szmidt z pisma „Twój Styl”: Jerzy Koenig mawiał, że „nie ma telewizji bez indywidualności”. Ale czy nie jest tak, że jak się telewizja uprze, to wylansuje nawet żabę?

Redaktor Irena odpowiada: Z całą sympatią do Jerzego Koeniga (nieświadomym wyjaśniam: znany niegdyś wybitny teatrolog i krytyk, długoletni szef Teatru Telewizji – BM), nie on to wymyślił, tylko powtarzał. I słusznie.

Piętą Achillesową waszego pokolenia jest – już nie luka, ale przepaść, dzieląca was od wykształcenia ogólnego. Od umysłowego dorobku ludzkości, krótko mówiąc. Kiedy Walldorff cytuje Irzykowskiego, wy mówicie „jak mówi Jerzy Waldorff”, bo nie wiecie o niczym poza tym, czego dowiecie się teraz. I to – w najlepszym wypadku z gazety, tygodnika, albo z telewizji.

To Irzykowski napisał w swoich Dziennikach: „Jeśli kanonik w Poznaniu zostanie prałatem, to szewc w Radomiu kładzie się chory do łóżka”. I nie przekręcajcie, na Boga, na „księdza w Zamościu, a szewca w Poznaniu”, bo to Radom był stolicą polskiej skóry i szewców. Tak więc nie Jerzy Koenig, ale pół wieku temu bez mała w Stanach Zjednoczonych ustalono, że „Television is the Art of Personality”.

Nasza telewizja dokonywała i dokonuje heroicznych prób, aby wylansować żaby, bo żaby myślały i myślą, że jeśli mają telewizję, będzie to pestką.

Nic z tego.

Ani żaby byłego systemu, ani żaby w cudowny sposób odnowione, lub 3 lata temu – jak należy – urodzone, nie dają się wylansować.

Już przed laty przekonała się o tym pewna żaba, dla której nie było barier w autolansowaniu się, a która zyskała tylko tyle, że publiczność nazwała ją „Eichmanem humoru”.

Inne podobnie.

To publiczność lansuje i mianuje gwiazdy.

Tylko ona.

To właśnie tak wścieka kolejnych właścicieli telewizji.

Kupcie tę książkę. Poczytajcie – zrozumiecie, być może, czym się różni prawdziwa lady od pudła z gminnej spółdzielni.

Advertisements

3 thoughts on “Spotkanie z gwiazdą

  1. Cholera, to niesamowite, czyli są jeszcze normalni ludzie, którzy myślą i mówią! A byłem przekonany, że z ekranów, głośników i lektury codziennej przemawiają do mnie już tylko „maski” wpatrzone w przesuwający się przy kamerze tekst. Stało się nieuniknione – odbiorców zalała informacyjna papka, a mnie krew.

    Zbyt późno wymyślono ten cholerny Internet, może i Lem wreszcie przekonałby się do niego?

    Jak to śpiewał kabaret Tey? http://www.youtube.com/watch?v=Gx_XRGqA65s

    Pozdrawiam.

  2. Podoba mi się. Naprawdę. Pytanie tylko czy zrozumiem odpowiedzi,wszak jestem z pokolenia tu_i_teraz 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.