Prasowy obyczaj…

…ciekawy jest nadzwyczaj; znowu to powtarzam. Tym razem na tle afery z prywatyzacją Wydawnictw Naukowo-Technicznych. Otóż zapewne pies z kulawą nogą by o tym nie usłyszał, gdyby nie udział w aferze byłej żony dość znanego niegdyś aktora, jednej z tzw. celebrytek. Tymczasem od działań wielce urodziwej i niewątpliwie seksownej skądinąd pani – znanej głównie stąd, że jest znana i miała takiego męża, jakiego miała – znacznie ciekawsza jest sprawa samych WNT. Ale to już nie jest dla sępów ciekawe. No to uzupełnijmy wiedzę publiczności. WNT – to zasłużone dla polskiej kultury wydawnictwo książek (jak sama nazwa wskazuje) naukowo-technicznych, w tym podręczników akademickich.  Jego wielkim osiągnięciem jest przyswojenie polskiej nauce kanonu wielkiej literatury informatycznej (nie tzw. książek komputerowych, czyli instrukcyjnego gówna, ale poważnych dzieł naukowych). W ciągu dziesiątków lat istnienia wydawnictwo dorobiło się także ciekawej oferty w innych dziedzinach, m. in. gdy chodzi o poradnictwo na wysokim poziomie dla inżynierów i techników, czy o słowniki specjalistyczne.

Rzecz w tym, że tego typu profil – zwłaszcza wobec wszechobecnego piractwa i nielegalnego kopiowania – bardzo się trudno przekłada na sukcesy ekonomiczne. Moim skromnym zdaniem, wynika stąd tyle tylko, że taka firma powinna być uznana za strategicznie ważną dla państwa polskiego i – może na zasadach non-profit – być  dotowana. Ale Władza postanowiła inaczej; żeby zaś zepchnąć z siebie kłopot, przekazała władztwo nad WNT… wojewodzie.

Ten z kolei – za czasów pisuarów – zauważył, że w WNT jest niezła posada dyrektorska. Nie oszałamiająca, ale zawsze. No to pod byle pretekstem usunął ze stanowiska wieloletnią szefową (pod której kierownictwem wydawnictwo wprawdzie majątku nie zrobiło, ale jakoś tam istniało…)  i dał tę posadę swojemu: wprowadził do WNT zarządcę komisarycznego. Ten wprawdzie miał bardzo nikłe doświadczenie wydawnicze, ale był swój. Zaczął – dość bez sensu i bez jakiegokolwiek przygotowania marketingowego – przeprofilowywać firmę; w ofercie pokazały się – zgodnie z upodobaniami nowego szefa – militaria i książki np. o… chrapaniu, ale sukcesu nadal nie było. Wręcz sytuacja ekonomiczna firmy się pogorszyła. Zarządca podjął jednak pewną bezsprzecznie słuszną decyzję: wywalił jednego z dotychczasowych zastępców, który nie miał absolutnie żadnych kwalifikacji wydawniczych, a za to dużo tupetu. I jakieś doświadczenie w handlu… nieruchomościami. Okaże się to później istotne.

Nadeszła zmiana warty politycznej. Nowy wojewoda oczywiście odwołał mianowańca pisuarów i powołał na jego miejsce swojego. Ten kolejny swój był… tym samym właśnie dżentelmenem, którego wywalił poprzedni szef.  Nieprzyjaciele naszych nieprzyjaciół są naszymi przyjaciółmi, czyż nie?

Nowy zarządca wydawnictwa poszedł na całość. Doświadczonych pracowników ciupasem wywalił, zrobił jakieś bezsensowne zakupy, przestał płacić zobowiązania i honoraria autorom, nie płacił też (wybranym…) pracownikom… Przy obrocie ok. 5 mln zł rocznie, WNT w zeszłym roku zaksięgowało 700 tys. zł straty; nieźle, jak na całkiem niedużą firmę. Każdy widział, że wszystko to razem nie ma sensu i rychło doprowadzi firmę do ruiny.

Zainteresowani nie rozumieli, o co tu biega. Tymczasem – jak się wydaje – chodziło wcale nie o wydawanie książek, ambitnych czy nie. Chodziło o… budynek WNT, usytuowaną w samym centrum Warszawy czteropiętrową dużą kamienicę. W sytuacji, w której firma była przewidziana do rychłej prywatyzacji – kupiono by ją tym taniej, w im gorszej sytuacji finansowej była. A wraz z nią ów budynek; a – jak się rzekło – szef na nieruchomościach się znał…

I tak się rzeczy mają. Polska właśnie. Ale ciekawa jest tylko paniusia z kolorowych czasopism o celebrytach.

Advertisements

5 myśli na temat “Prasowy obyczaj…

  1. Ciekawe jest to, w telewizorze chyba na TVN lecący z offu lektor/dziennikarz podsumował WNT jako posiadacza budynku w dobrej lokalizacji, uznając wydawania książek za coś marginalnego i dziwnego.
    Do teraz się zastanawiam czy to był taki przemyślany chwyt dziennikarski, czy on rzeczywiście uważa, że wydawanie książek technicznych to pikuś.

  2. w ofercie pokazały się – zgodnie z upodobaniami nowego szefa – militaria i książki np. o… chrapaniu

    Zatem onże szef powinien był raczej wydać książkę nie o chrapaniu, a o dochrapywaniu się… stanowisk za protekcją. Sukces komercyjny gwarantowany! Jakież miałaby powodzenie wśród ludzi niebędących kuzynami prezydenta!

  3. Publikowanie przez WNT książek o militariach mogłoby mieć sens, gdyby to były książki o technice lotniczej. Drzewiej tego typu publikacje wydawane były przez Wydawnictwo NOT Sigma i cieszyły się sporym powodzeniem. Ale to na marginesie…

    1. Do dzisiaj, gdy widzę zdjęcia samolotu bojowego, to przechodzą mnie ciarki 🙂 i bardzo chętnie szukam (gugluję) informacji o nim. Wg „niektórych” 😉 jestem jak dziecko.
      Kupowałem książki tego wydawnictwa często. Jednak teraz wydaje mi się, że dużo bardziej cenię to , co mogę znaleźć w internecie. Ale wciąż miło jest poczuć ciężar książki w ręku, jej zapach i obietnice odkrywania.
      To smutne, że mali ludzie są wszędzie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.