„Artysta, artystka”

Na marginesie znanych zapewne powszechnie wydarzeń z raperem panem Peją naszła mnie chwila refleksji w związku z tym, że bandycki incydent spowodował kilka wypowiedzi, odnoszących się do swobody bycia artysty i zakresu jego odpowiedzialności etc. Wypowiedzi – jak wypowiedzi, raczej były głupawe. Moją refleksję – i, powiedzmy od razu, wątpliwości – spowodowało użycie w omawianym kontekście słowa artysta. Bo któż jest artystą?

Zajrzałem do słowników. Okazało się, że sprawa nie jest taka jasna. Powiadają tam bowiem, że artysta to osoba tworząca (wykonująca) przedmioty materialne, lub utwory niematerialne mające cechy dzieła sztuki. Z kolei dzieło sztuki – to całościowy i syntetyczny wytwór artystyczny o określonym sensie, charakteryzujący się wysokimi walorami estetycznymi (piękno). Poza funkcją estetyczną pełni również inne funkcje (np. wychowawczą, poznawczą, użytkową lub religijną). Jego twórcą jest człowiek – istota wyposażona w specyficzną wrażliwość (bez autora nie ma dzieła sztuki). Produkt ten stara się ukazać za pomocą określonej konwencji (formy) pewną rzeczywistość fizyczną lub psychiczną (treść). Dzieło sztuki ustanawia szczególny wgląd w świat widzialny lub emocjonalny, który może być wynikiem namysłu filozoficznego autora lub spontaniczną reakcją chwili.

Hm… Obawiam się, że sprawa nadal nie jest jasna. Weźmy te walory estetyczne, owo piękno. Jednemu podoba się Matejko, zaś Picasso – to dlań pacykarz, dla drugiego będzie odwrotnie. Jednemu częstochowska rymowanka poezją, drugiemu – tylko Miłosz i Szymborska… Czyżby piękno nie było tedy kategorią obiektywną, a zależało od odbiorcy? Wówczas cała zabawa w definiowanie sztuki, co za tym zaś idzie – artysty, nie ma sensu. Pełnienie funkcji wychowawczej albo poznawczej … Znaczy, podręcznik geografii do klasy V byłby dziełem sztuki? Dziwne.

Nie będę dalej wnikał w subtelności definicyjne; mam bowiem definicję własną. A nawet dwie. Jedna jest oparta na pewnym chwycie matematycznym, mianowicie na zasadzie indukcji. Powiedzmy, mogłoby być tak:

  1. Wisława Szymborska, Cesare Pavarotti, Pablo Picasso, Michał Anioł są artystami
  2. Artystą jest każdy, kogo artysta uważa za artystę.

… i to jest definicja, do której przyczepić się nie można, logicznie nie do podważenia (pomijając fakt subiektywnego doboru Artystów wyjściowych). Jest tylko pewien problem z p. Peją: trzeba byłoby skonstruować ciąg osób, który na nim by się kończył i zaczynał od którejś z wymienionych osób, i tu widzę pewien kłopot. No, ale to nie mój kłopot.

Druga definicja jest równie – podejrzewam – kłopotliwa dla p. Pei. Wymyślił ją niegdyś mój przyjaciel, który powiadał, że podstawową cechą artysty jest to, iż doskonali on swój talent – niezbywalną cechę artysty –  w ciężkim trudzie. Jeśli coś przychodzi komuś łatwo – na pewno nie jest to sztuka, mawiał. Dlatego nie są artystami pp. Mroczkowie, p. Doda, p. Cichopek i tak dalej. Pan Peja również, bo „rzucać mięchem”, nawet z użyciem częstochowskich rymów, nie jest tak trudno, zgódźmy się. Inaczej wierszowanki typu k… k… łba nie urwie będziemy musieli uznać za poematy. Jeśli jednak tę definicję przyjmiemy i pana Peję za jego wyczyny zapudłują – może okazać się, że tworzy on jednak w ciężkim trudzie, wówczas więc stanie się artystą. Może to własnie było jego celem, a  źródłem incydentu – ambicja twórcza?

A propos. Rzecz dzieje się w głębokim PRL-u. Poeta (inżynier dusz, artysta – właśnie) jedzie na spotkanie autorskie na wsi. Wiezie go jakiś włościanin furą; droga dłuży się, więc panowie zaczynają gawędzić.

– Kto to taki poeta? – pyta włościanin.

– A, mój dobry człowieku, powiada artysta – to ktoś co pisze wiersze.

– Aha… – powiada chłop – wiersze… Rozumiem. Ale co to takiego, te wiersze?

– Hm – zastanawia się poeta – no to jest tak: słowa do rymu i myśl jakaś piękna; na przykład „pod wozem jest koło – pocałuj mnie w czoło”.

– Eee – mówi chłop – to i ja jestem poeta, posłuchaj pan: między końmi jest dyszel, pocałuj mnie w dupę.

– Co wy – oburza się poeta – przecież rymu tu nie ma!

– Ale myśl jaka piękna – rozmarza się włościanin.

Dziś – wydaje się – wystarczy powiedzieć dupa i już się zasługuje na miano artysty. Inne słowa z tego gatunku kwalifikują już do miana Wielkiego Artysty. N’est ce pas?

Reklamy

5 uwag do wpisu “„Artysta, artystka”

  1. Moim zdaniem słowo „artysta” zaczęło funkcjonować w kulturze popularnej po części jako kalka z angielszczyzny, po części z racji rozmycia się tradycyjnych definicji. Typowy „artysta” zazwyczaj zarabia pieniądze „bywając”, śpiewając i grając (w filmach itp), a pewnie niektórzy też np. malują. Jakim więc jednym słowem ich określać?

    Zwykle jednak większy szkopuł nie tyle w mnogości zajęć, co w nieadekwatności tradycyjnych określeń. Umysł się wzbrania przed nazwaniem śpiewaczką, aktorem, malarzem „artysty”, co śpiewać bez studia i programów korygujących czystość każdej nuty nie potrafi, z gry aktorskiej najlepiej wychodzi mu drewno, a o malarstwie lepiej nie wspominać.

    Podobnie jest i z innymi zawodami, najprostszy przykład to dziennikarz. Dziś dobra definicja to osoba tworząca w mediach teksty (pisane czy mówione) na temat, na którym zna się wcale lub słabo, i jest poniżej jej godności douczenie się w temacie. Na to nakładamy nieporadność językową na wszystkich polach (błędy semantyczne, gramatyczne, ortograficzne i paskudny styl) i mamy współczesnego dziennikarza. Na szczęście jest jeszcze trochę osób, które trzymają jaki taki poziom, nawet, jeśli mylą imię Pavarottiego 😉

    PS. „podstawową cechą artysty jest to, iż doskonali on swój talent – niezbywalną cechę artysty – w ciężkim trudzie. Jeśli coś przychodzi komuś łatwo – na pewno nie jest to sztuka, mawiał. ” – niebezpieczna moim zdaniem definicja. Beethoven, jeśli nawet uważać go za większego od Mozarta, to nie z racji łatwości z jaką Wolfgang pisał.

    Polubienie

  2. Coraz więcej „artystów”, coraz mniej dzieł sztuki. Chyba, że za dzieło artysty zaczniemy uznawać bandyckie zadymy? Takie naćpane performansy?

    Polubienie

  3. No cóż, statystycznie (czyli matematycznie) to teraz nie ma artystów (Szymborska, Pavarotti etc), są tylko ci, którzy występują w TV w najgłupszych programach, albo zaludniają łamy plotka, pudelka, kozaczka, lansika (he he, nawet nie wiedziałem, że takie istnieją). I to jest norma, trzeba się z tym pogodzić. Odstępstwami od normy nie chcemy się zajmować, prawda? 🙂

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.