Trudne sprawy

Obejrzałem sobie wczoraj na DVD „Katyń” Wajdy – nie bacząc na to, że dziś będzie on w telewizji. Jakoś tak mnie naszło; długo nie mogłem się zebrać, bo jakoś niezbyt wierzyłem, że to w ogóle  jest temat do podjęcia w filmie fabularnym. Mówiąc szczerze, nie ze wszystkim też jestem przekonany do twórczości pana Andrzeja, bowiem obok genialnego „Wesela” czy wielkiej „Ziemi obiecanej” ma on na koncie też kilka innych filmów, których po prostu nie lubię. No, ale w końcu właczyłem odtwarzacz …

Najpierw o samym filmie: warsztatowo jest nadspodziewanie dobry i absolutnie da się oglądać, choć klasycznej fabuły – w sensie opowiadania jakiejś konkretnej historii – w nim istotnie mało; ale to i dobrze, bo narzucające się laikowi standardowe rozwiązanie scenariuszowe „uogólnienie przez szczegół” nie byłoby tu na miejscu. „Katyń”  jest dobrze zagrany, bez szarży, bez zbędnego patosu i niezły technicznie; nawet dialogi – rzadkość w polskim kinie – dadzą się zrozumieć. Nie jest to jednak film genialny, niestety; nie chwyta za gardło niczym, poza samym tematem. Żadną wielką przenośnią, żadnym epickim uogólnieniem.

Może dlatego, że jest taki wyważony politycznie i mądry; mówię to bez cienia szyderstwa. Oprócz sprawy katyńskiej mamy tu więc pokazaną sonderaktion Krakau – eksterminację przez Niemców inteligencji krakowskiej, czego nie sposób zrozumieć inaczej, niż jako przypomnienie, że nie tylko bolszewicy byli zwierzętami; naziści też. To święta prawda, ale jakby osłabiająca w tym kontekście główny temat emocjonalnie.

Jest też w filmie postać radzieckiego kapitana, który ratuje rodzinę polskiego oficera przed wywózką albo i gorszym losem. Też – święta prawda; tacy byli. Jeden z nich dokładnie tak właśnie uratował mnie i moją rodzinę, nakazując natychmiastową  ucieczkę do Generalnej Guberni z Równego, gdzie nas w 1939 roku zagarnęła Armia Czerwona; gdyby moja matka wtedy nie posłuchała, pewnie nie miałbym dziś okazji pisania tych słów i leżał sobie gdzieś pod kołem podbiegunowym. Pamiętam jego nazwisko, powtarzane przez rodzinę z wdzięcznością i szacunkiem: Anton Sirota. Major NKWD, proszę sobie wyobrazić.

Więc Wajda, pokazując uczciwego i ludzkiego bolszewika – pokazuje w filmie prawdę. Ale nie pokazując – ani nawet nie sugerując możliwości istnienia takiej postaci – przyzwoitego Niemca (a przecież tacy byli, wspomnijcie tego z „Pianisty”; zresztą, sam takich też znałem…) jednak nieco sprawę relatywizuje. Nie sposób odczytać jego przesłania inaczej, jak stwierdzenia, że hitlerowcy i bolszewicy byli wprawdzie zbrodniarzami, ale bolszewicy jakby trochę mniej; bo niektórzy mieli cechy ludzkie.

No i to jest uogólnienie z nutką fałszu. Totalitaryzm bolszewicki był w praktyce dokładnie taki sam (wczytajcie się w „Krótki kurs historii WKP (b)” i „Mein Kampf”) jak nazistowski. Ta sama zasada nieomylności wodza, ten sam prymat masy nad jednostką, ten sam kult siły; faszyzm i bolszewizm to w praktyce jedno i to samo, choć faszyzm eksponował nie tyle „wroga klasowego”, co „wroga rasowego i narodowego”; w sumie – jeden tyfus.

Więc – fałsz. Historycznie – bez wątpienia. Ale politycznie, z punktu widzenia wymogów współczesności – Wajda ma jednak rację. Ma rację, bowiem dzisiejsi Niemcy potrafili się sami odciąć od swojej przeszłości i na zachód od Odry reminiscencje nazistowskie są dziś marginesem. Natomiast w Rosji – ciągoty stalinowskie marginesem jeszcze nie są. Nie mogę tego zrozumieć (bo cóż by szkodziło Putinowi powiedzieć, że Stalin i jego ferajna to degeneraci i zbrodniarze: przecież ta kompania dawno jest w piachu?), ale to fakt. Rosjanie jakoś ciężko i z trudem wychodzą ze swojej ciemności; pewno więc lepiej – tak jak to robi Wajda – pomóc im w tym, mówiąc „nie wszyscy byliście bydlakami”.

Tyle że przemyślany dydaktyzm nie robi dobrze Sztuce. I dlatego „Katyń” genialny nie jest. Tylko przyzwoity.

Advertisements

4 thoughts on “Trudne sprawy

  1. Poprawka – chodziło o Beethovena, urodzonego w Bonn. Mozart przyszedł na świat w Salzburgu, więc na terenie Austrii.

  2. Moim zdaniem w miarę dobrze się stało, że pierwszy film o tym temacie zrobił Wajda, bo mimo wszystko nie jest reżyserem złym ani ideologicznie wpatrzonym w jeden punkt. Jeśli film da się oglądać i dodatkowo nie trywializuje ani nie przejaskrawia tematu – to dobrze, temat mamy „odfajkowany”. Co nie oznacza oczywiście, że w przyszłości nie powinny sie pojawić inne spojrzenia na tą kwestię.
    O wiele gorzej by sie stało, gdyby za film katyński wziął się w poczuciu misji jakiś człowiek ogarnięty wizją IV RP.

    Druga sprawa – wydaje mi się, że tak naprawdę to nie jest film dla Polaków. Skoro Katyń jest częścią naszej historii – wypadałoby wiedzieć coś więcej niż film, nawet najlepszy, jest w stanie dać. Uważam, że kino jest idealnym towarem exportowym naszego krajowego PR i tutaj Wajdzie udało się np. (jak pamiętam z relacji w prasie) świetnie zagadać do Szwedów. Podobno nasi sąsiedzi zza Bałtyku odebrali film świetnie, dowiedzieli się czegoś nowego o sowietach, sprzedaliśmy im trochę naszych emocji i naszej historii. Jeśli rzeczywiście tak się stało – jest to sukces i dla Wajdy duży punkt. Kultura robi dobry PR (jak w tym komentarzu o Austriakach, którzy sprawnie wmówili światu, że Mozart był Austriakiem a Adolf H. Niemcem).
    Więcej takiego kina, nawet jeśli nie jestem osobiście jego odbiorcą.

  3. Ja tylko taki drobiazg. Bo w zasadzie trudno się z Autorem nie zgodzić. Otóż moim zdaniem terror bolszewicki skończył się szybko po dojściu do władzy Stalina, bo ten bolszewików wymordował, żaden się chyba nie uchował. Dokładniej byłoby powiedzieć terror stalinowski. Ale w sumie jeden tyfus :-). Z ciekawostek dodam, że rodzina mojego ojca też wiała z Równego, ale przed Ukraińcami, trochę później.

  4. Filmu nie oglądałem, więc nie będę polemizował nt. jego jakości. Jeśli chodzi jednak o pointę dotyczącą reminiscencji totalitarnych w Europie. Putinowi zaszkodziłoby moim zdaniem wyraźne potępienie stalinizmu. Może mówić, że metody Stalina były zbyt okrutne itd, itp. Natomiast całkowite potępienie okresu stalinizmu (i czasów potęgi ZSRR w ogóle) godziłoby w uczucia wielu fanatycznie oddanych mu obywateli. Obywateli, którzy widzą w nim nowego wodza, który nie pochyli pokornie głowy przed zachodem (ani wschodem, gdyż Chiny stanowią dla Rosji coraz większe zagrożenie). Wodza, który będzie budował potęgę nowego imperium rosyjskiego. Ile to ma wspólnego z rzeczywistością? Trudno powiedzieć. Niemniej jednak tak chyba rozumuje PR Kremla.

    Pozdrawiam serdecznie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.