Rozpacz. A co najmniej absmak

No, może rozpacz to słowo ciut zbyt duże. Ale w każdym razie inne słowo niedawno użyte przez Jarosława Małego – absmak – jest absolutnie na miejscu jako opis sytuacji, która chyba jednak zaczyna się rysować: sojuszu SLD – PiS. Jeśli do niego dojdzie – a w TVP zdaje się on już wyraźny, zaś b. prezydent czegoś takiego nawet w sensie parlamentarnym, o zgrozo, nie wyklucza – to będzie to dla mnie osobiście niewyobrażalna katastrofa polityczna. PiS – to przecież klasyczna ohydna i parszywa post-endecja: klaustrofobiczna, nacjonalistyczna, zaściankowa, związana z najobrzydliwszym zakamarkiem kruchty, obyczajowo zlokalizowana gdzieś tak w połowie XVIII wieku. Jedyna rzecz, która ewentualnie mogłaby łączyć ją z lewicą – to odwoływanie się do biedoty i ludzi „wyłączonych”; ale dla mnie to akurat z lewicowością wiele wspólnego nie ma. Czym jest bowiem – w moim pojęciu – lewicowość?Po pierwsze (to rzecz jasna moje subiektywne specyficzne spojrzenie), jest to najdalej posunięty liberalizm obyczajowy. A więc nie tylko tolerowanie na przykład rozmaitości upodobań seksualnych i nowych modeli rodziny (czy nawet negacji rodziny), ale wręcz akceptacja ich i uznanie za normę.  Oczywiście, pełna akceptacja prawa do aborcji i eutanazji, rozumianej naturalnie jako spełnienie życzenia zainteresowanej jednostki. Oczywiście, najdalej posunięty rozdział Kościołów (bo przecież są ich setki, a nie – jak chce zaściankowy kołtun – Jeden Jedyny i Prawdziwy) od państwa; nie do pomyślenia dla mnie na przykład jest udział władz państwowych w jakichkolwiek uroczystościach kościelnych, czy zapraszanie klechów na uroczystości państwowe…), czy też obecność w jakiejś świątyni żołnierza, policjanta albo strażaka w mundurze.

Po drugie (rozumiem, że dla wielu: po pierwsze, ale dla mnie – nie), to równość. Ja ją jednak rozumiem wyłącznie jako równość szans, niepodważalne prawo ludzkie do równego startu; w żadnym wypadku nie jako „solidaruchowską” tezę o „identycznych żołądkach”. Owe żołądki mamy wprawdzie rzeczywiście wszyscy dość podobne, głowy jednak i mózgi – zgoła nie; jeśli zaś tak, to ci z lepszymi mózgami, jako dla społeczeństwa potrzebniejsi, muszą mieć w życiu wyraźnie lepiej. Ale – oni sami; a nie ich dzieci, rodziny czy kumple. Więc jestem – dla zilustrowania tej tezy – na przykład za pełnym finansowaniem przez państwo nawet płatnych studiów dla najzdolniejszych bez względu na ich pochodzenie (powiedzmy: 15% najlepiej zdających wściekle trudny egzamin wstępny studiuje za darmo i z niezwykle wysokimi stypendiami), zaś przeciw zwolnieniom z podatku spadkowego czy podatku od darowizn: nie można bowiem pozwolić, jak sądzę, na powstawanie majątków „rodzinnych”.

Po trzecie, wolność – wiążąca się z tym, co po pierwsze. Wolność słowa przede wszystkim, ograniczona tylko dobrym obyczajem (bez przyzwolenia dla chamstwa); więc bez żadnych zapisów o jakimś przestrzeganiu „wartości chrześcijańskich” (bo niby dlaczego nie dla muzułmańskich albo lamaistycznych?). Wolność krytyki każdego dostojnika państwowego czy innego (przy poszanowaniu absolutnego prawa do prywatności każdego człowieka) . Wolność zrzeszania się. Wolność wyboru miejsca zamieszkania i pracy. Języka, którym człowiek chce mówić. Muzyki, której chce słuchać.

Żadna z partii politycznych obecnych na polskiej scenie nie ma niczego takiego expressis verbis w programie. Można było jednak podejrzewać, że są to wartości do zaakceptowania przez SLD, niewerbalizowane ze względów taktycznych; ale w ewentualnym sojuszu z PiS-em to przecież mrzonka. Podobnie jak mrzonką jest w takim aliansie  – to już konkrety, ale niezwykle dla mnie osobiście istotne – starcie z powierzchni ziemi takich instytucji, jak IPN czy CBA, albo natychmiastowe zaprzestanie hecy lustracyjnej. A bez tego żadna partia mojego głosu nie uzyska. Po prostu: zostanę w domu. I pieprzcie się sami ze sobą. Howgh, jak mawiał Winnetou.

Reklamy

19 myśli na temat “Rozpacz. A co najmniej absmak

  1. W kwestii ZUSu. Mimo, że bliżej mi do lewicy (tej libertariańskiej, nie socjaldemokratycznej) zaproponuje rozwiązanie klasyczne. Otóż obowiązkowe ubezpieczenia społeczne to produkt myśli lewicowej, niestety. Skuteczniejszym mechanizmem moim zdaniem jest wolnorynkowy system ubezpieczycieli, których można sobie wybrać zamiast ZUSu. Oczywiście ze zdrową dozą kontroli finansowej ze strony państwa.

    Polubienie

  2. Conrad, jak mam to zrobić, skoro ten przymus jest? Jeśli uda się go znieść (nie wiem, jakim cudem, nie pytaj mnie), to pewnie, że Ci pokażę. Sytuacja nie jest na tyle beznadziejna, bo państwo może Cię zmusić do płacenia składek, ale nie może Cię zmusić do pracowania – a przynajmniej do pracowania na umowie o pracę; jeśli wiesz, co mam na myśli.

    Polubienie

  3. Panie Bogdanie – Z tym KRUSEm do piachu to ja bym uważał. Wpierw wypadałoby policzyć jak to się skończy gdy ponad połowa płatników KRUSU w raz z wielodzietnymi rodznami znajdzie się (a jeszcze częściej nie znajdzie się, bo nie będą mieli za co) w ZUSIE.

    Myślałem podobnie jak Pan – aż nie poznałem symulacji uwzględniającej rzeczywistą sytuację dochodową płatników KRUSu. Sytuację, a nie powszechne wyobrażenia o niej. Było to orzeźwiające.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.