O encyklopediach multimedialnych

Przed kilkoma laty namiętnie zbierałem interaktywne encyklopedie na CD i DVD (nawiasem mówiąc: również procesory tekstu). Miałem tego sporą kolekcję, ale w miarę rozrastania się Wikipedii zaglądałem do nich coraz rzadziej; w końcu wszystkie płyty wyrzuciłem. Poza Wikipedią są w końcu w Sieci inne ciekawe encyklopedie – szkoda gigabajtów na dysku. Ostatnio zainstalowałem na próbę Multimedialną Encyklopedię PWN w. 2.0. Obejrzałem  – i zdjąłem ją z dysku błyskawicznie.

Prawdę mówiąc, myślałem tak: Wikipedia, choć wnika w rozmaite problemy bardzo głęboko,  to tylko jedno pojedyncze źródło; w dodatku nie tak stuprocentowo pewne, bo zdarzają się  tam – choć dość rzadko – różne wpadki, czy nawet celowe przekłamania. Warto mieć na dysku – sądziłem – drugie źródło, trzecim byłaby jeszcze jedna encyklopedia on-line i po takiej potrójnej weryfikacji miałbym sporą pewność, że o badanym fakcie wiem coś istotnego.

Niestety, błąd. Okazuje się na badanym przykładzie, że encyklopedie na DVD są to kolejne twory popkultury, przeznaczone bardziej do rozrywki niż do przekazywania wiedzy. Ciekawa rzecz: encyklopedie sprzed – powiedzmy – 10 lat takie nie były, w każdym razie nie w takim nasileniu; dzisiejsze (liczba mnoga, bo rzecz dotyczy nie tylko wspomnianego dzieła PWN-u) są skażone czymś, co na osobisty użytek nazywam „estetyką MTV” w stopniu już przekraczającym moją granicę tolerancji. Rozumiem, że przeciętny debil nie będzie zainteresowany subtelnościami dzieł Stefana Banacha czy istotą filozofii Poppera – ale przecież miejsca na dysku jest sporo: niech typowy kretyn dostanie swoją minimalną porcję wiedzy, zaś potrzebującego czegoś więcej można przecież odesłać dalej, do materiału pogłębionego. Nie robi się tego jednak. Myślę, że z premedytacją: chodzi o to, by sprzedać publice nie tyle wiedzę, co przekonanie, że ową wiedzę posiada. Z naciskiem na słowo sprzedać.

Nie ulega wątpliwości: świat głupieje. Niestety, producenci tzw. dóbr kultury i cywilizacji  – oczywiście, w pogoni za zyskiem – wydatnie w tym procesie społeczeństwa wspierają. Kokietują prostaka i debila, dają mu fałszywą z gruntu iluzję erudycji („przeczytałem to w encyklopedii, więc wiem... „- a tu gówno wiesz, pacanie!), sprzedają mu te parszywiutkie licencjaty czy byle jakie, zerżnięte z Sieci magisteria z prywatnych Wyższych Szkół tego-i-Owego…

A potem napakowany pseudowiedzą i przekonaniem o własnej wartości jeden z drugim „kark” na sterydach czy jego plastikowa dupencja w miniówie puszą się formalną przynależnością do warstwy oświeconej.

Co to mi przeszkadza? Właściwie – nie wiem. Ale to nieestetyczne jakoś.

Uprzedzając niektóre komentarze: rzeczywiście, pewnym typem „prostego człowieka” i specjalnie tymi, którzy mu wmawiają, że taki nie jest – serdecznie gardzę. I nie jest to wcale sprzeczne z lewicowym widzeniem świata, baranie.

Advertisements

10 myśli na temat “O encyklopediach multimedialnych

  1. Ach.. świat z pozoru staje się łatwiejszy. Żeby wyszukać tych „prawdziwych” informacji musimy się teraz nieźle napracować. Jeśli „na szybkiego” szukam info o jakimś konkretnym ,rzadkim pluskwiaku muszę posprawdzać ,dla pewności, w kilku źródłach. Błędy zdarzają się często ,szczególnie w ilustracjach.. Zastanawia mnie to.. po co publikować i powielać bzdury ludzi, którzy się w ogóle nie orientują w danym temacie ? Czy wikipedia to jakaś wyrocznia ?

    1. Wikipedia sprawdza się jako encyklopedia popkultury. Sam nie mam pojęcia, kim są różni „znani”, przemykający przez ekran telewizora czy łamy różnych pism. Tam mogę dość szybko sprawdzić, że najnowsza „gwiazda” to tańczący koleś, panienka pokazująca tyłek czy ktoś o im podobnych dokonaniach.

      W kwestiach innych Wikipedia jest już dużo mniej precyzyjna, a historia militariów oraz szeroko pojęte IT przyprawiać może o ból głowy.

  2. „Rozumiem, że przeciętny debil nie będzie zainteresowany subtelnościami dzieł Stefana Banacha czy istotą filozofii Poppera…”

    Naprawdę nie? Niech Pan Panie Bogdanie nie burzy mi światopoglądu. Powinien…

  3. Miałem to samo przed zinternetyzowaniem: na poprzednim kompie miałem słowniki, mapy, encyklopedie, książkę kucharską, program do komponowania drinków, przeliczniki miar i wag, spis wszystkich „E” dodawanych do żywności…
    W tej chwili to wszystko jest w sieci. Nawet potrzebując konwersji jakiegoś formatu, szukam usługi online zamiast programu.

    Nie tylko nie zajmuje gigabajtów, ale jest szybciej. Dosłownie, szybciej jest odpalić słownik w sieci niż z własnego dysku, zabawne, prawda?

    A do multimedialnych encyklopedii zraziłem się już wcześniej. To są takie bzdety, jak te wszystkie kioskowe encyklopedie i kompendia w odcinkach z darmowym segregatorem. Nabyłem kiedyś encyklopedię kultur starożytnych PWN: bzdet straszny. Marne artykuliki na poziomie najwyżej niedociekliwego gimnazjalisty, nędza merytoryczna (bo tylko najbardziej oczywiste kultury), kiepskie mapki i nagranych kilka tekstów przez lektora.

    1. Jeśli to ta sama starożytna, którą ja miałem to polecam animację zmian terytorialnych imperium rzymskiego. Majstersztyk pokręcenia. Po jej zobaczeniu zaprzestałem korzystania z tego produktu. 🙂

      Swoją drogą, to już nawet zbyt dokładnie nie pamiętam, co pokręcili, bo dawno świństwo gdzieś zagubiłem. Ale łomot szczęki uderzającej o podłogę do dziś pamiętam…

      1. Ha! Znalazłem! To była nie starożytności, a „Złota encyklopedia PWN”. A szło to tak: „Udział króla Epiru Pyrrusa w II wojnie [chodzi o punicką – WP] rozpoczął ciąg wojen macedońskich, zakończonych w 146 roku podbojem Dalmacji, Macedonii i Grecji.”

        Dla niezorientowanych: Pyrrus zmarł w 272 r. p.n.e. II punicka zaczęła się w 218 r. p.n.e. 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.